Opracował Jerzy Czerwiński.

Istniejący do dzisiaj krzyż cmentarny, który pierwotnie miał napisany rok „1865” (obecnie jest „1863”) - rysunek K. Chlebowskiego.

Istniejący do dzisiaj krzyż cmentarny, który pierwotnie miał napisany rok „1865” (obecnie jest „1863”) – rysunek K. Chlebowskiego.

W kolejnej części zaglądania w czasy sprzed ponad wieku nadszedł moment na przyjrzenie się sprawom śmierci, czczenia zmarłych i wierzeń w życie pozagrobowe. Etnografów szczególnie te zagadnienia interesowały, gdyż tam właśnie przetrwały najstarsze i pierwotne cząstki dawnej kultury. I jak się będzie można przekonać, tak było także u świątniczan. Dzisiaj już trudno sobie to wyobrazić, że jeszcze niedawno nasi przodkowie pomimo tego, że od blisko tysiąca lat wyznawali wiarę chrześcijańską, że poprzez służbę w królewskiej katedrze mieli kontakt z ludźmi z całego znanego świata, że sami potrafili docierać na krańce Europy z towarem wykonanym w tutejszych warsztatach i pomimo tego nadal silna była wiara w świat duchów, strzyg i czarownice. A potem nagle w XX wieku te przesądy i wierzenia całkowicie zniknęły. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na końcu tego artykułu.

Postanowiłem oddzielić poważne zagadnienie rytuału, tradycji pochówku i czczenia zmarłych, od wierzeń i niejednokrotnie groteskowych zabobonów, choć dla ówczesnych ludzi stanowiło to jedną wspólną całość. Przewodnikiem w poznaniu XIX wiecznych Świątnik ponownie jest Karol Chlebowski, ówczesny dyrektor szkoły ludowej. Gdy spisywał swoje notatki w 1899 roku, łączył w nich spojrzenie wykształconej osoby niepochodzącej ze Świątnik zarazem z osobą wżenioną w tamtą społeczność i dającą się przekonać do miejscowych wierzeń. Prezentuję także kilka rysunków nagrobków cmentarnych, wykonanych w tymże roku przez uczniów klasy IVb.

Nagrobek Feliksy Słomkowej 1865-1905 (2015 r.)

Nagrobek Feliksy Słomkowej 1865-1905 (2015 r.)

Rytuał pogrzebowy. Rytuały pogrzebowe są najstarszym świadectwem istnienia cywilizacji. Każda społeczność posiadała własną, uregulowaną tradycję (rytuał) grzebania swoich zmarłych. Poniżej przedstawię, jak wyglądało to w Świątnikach pod koniec XIX wieku.

Konanie. Umiejącemu najczęściej towarzyszyli krewni i jeśli w ostatnich chwilach życia zachowywał przytomność, to starał się przekazać otoczeniu swoją ostatnią wolę oraz instrukcje co do stroju pogrzebowego, miejsca pochówku i rodzaju trumny. Najczęściej umierający chcieli być pochowani blisko swoich nieżyjących krewnych. Krewni zapalali świecę (gromnicę) i modlili się, odmawiając litanię za umierających. Jeśli konający tego sobie życzył, to sprowadzano księdza, aby udzielił ostatnich sakramentów, a także proszono siostry zakonne o wspólną modlitwę. Nierzadko jednak umierający nie chcieli ostatniej sakramentalnej posługi.

Śmierć. W chwili zgonu tradycją było zatrzymanie w domu zegara na godzinie śmierci. Zmarłego przykrywano tymczasowo prześcieradłem, a następnie krewni przygotowywali ciało zmarłego do pochówku poprzez umycie i ubranie. Zdarzało się, że czynności te wykonywali najmowani ubożsi. Jeśli zmarły miał otwarte oczy, to zamykano je, a niekiedy także kładziono na oczy monety, tzw. czworaki, czyli złote monety 4-dukatowe austriackie.

Kamienny krzyż (2016 r.)

Kamienny krzyż (2016 r.)

Strój pogrzebowy. Wybierano najczęściej najlepsze ubranie, jakie zmarły miał za życia. Nie zakładano kapeluszy i chust. Często były to ślubne stroje. Zamożniejsi zamawiali czasem uszycie nowych strojów. Dzieci ubierano w stroje białe, bladoniebieskie lub liliowe. Dziewczęta ubierano w białe sukienki, młode kobiety w stroje popielate, niebieskie i liliowe (nie czerwone), a starsze w suknie ciemne, granatowe i fioletowe. Końce sukien wypuszczano później na zewnątrz trumny i ozdabiano kwiatami.

Trumna. W owych czasach było dwóch stolarzy wykonywających trumny. Dostępne były droższe trumny z twardego drewna (np. dębowe) oraz tańsze z drewna miększego. Jednakże nawet najubożsi zamawiali trumny malowane i ozdabiane. Dla dzieci trumny malowano na biało, a z papieru pozłacanego wycinano i ozdabiano ją krzyżami i koronkami. Dla starszych trumny malowane były w kolorze orzechowym, wiśniowym lub brązowym także ze złocistymi krzyżami i galonikami. Droższe trumny miały krzyże zdobiące wykonane z blachy oraz żółte i białe galony szychowe.

Czuwanie przy zmarłym. Do czasu dostarczenia przez stolarza trumny, zmarły pozostawał w swoim łóżku. Następnie ciało zmarłego umieszczano powoli w trumnie na wznak i ustawiano obok krzyż i dwie zapalone świece. Pod głowę zmarłego kładziono poduszkę, którą stolarz wypełnił wiórami z desek. Ręce zmarłego składano jak do modlitwy, wkładając do rąk książeczkę modlitewną, różaniec, koronkę lub krzyżyk. Dzieciom do rąk wsadzano obrazek. W zamożnych domach przy marach ustawiano także wazony z kwiatami, duże (kościelne) świece i mniejsze przy krzyżu lub figurze Matki Boskiej. Jeśli to było możliwe (ze względu na stan ciała), to trumna była otwarta, a każdy kto chciał, mógł przyjść na modlitwę. Przy trumnie czuwał opłacony wyrobnik1 i modlił się – nie było jednak w Świątnikach tzw. dziadów2, znanych w innych regionach Polski. Odwiedzający modlili się w ciszy, a po wyjściu wspólnie omawiali i szczerze podsumowywali życie zmarłego, nie stroniąc czasem i od przykrych słów o nim, jeśli na nie zasłużył. Wieko trumny opierano o ścianę frontową domu na znak, że w tym domu leży zmarły. Dla dzieci, panien i kawalerów wieko było zdobione wiecami z zieleni i kwiatów. Zamożniejsi ozdabiali trumnę sztucznymi wieńcami zamówionymi w Krakowie z opisanymi szarfami. Zmarłym członkom straży ogniowej umieszczano na trumnie (do czasu pochówku) hełm, toporek i pas strażacki oraz ozdabiano wieńcami od kolegów strażaków. Z zamknięciem trumny czekano, aż przyjdzie ksiądz i zmówi modlitwy.

Rysunek ucznia szkoły ludowej nagrobka Joanny Bodzoń (1876-1896) z 1899 r.

Rysunek ucznia szkoły ludowej nagrobka Joanny Bodzoń (1876-1896) z 1899 r.

Procesja do kościoła. Zgodnie z lokalną tradycją trumnę ze zmarłym chłopczykiem niosły dziewczęta w białych strojach i z wiankami zielonymi na głowach, a zmarłą dziewczynkę nieśli chłopcy w odświętnych strojach. Kawalera lub pannę nieśli zawsze kawalerowie z asystą panien ubranych na biało z czarnymi pasami, które niosły świece. Dorosłych niosło zawsze czterech silnych mężczyzn, krewnych zmarłego.

Przy ostatnim wyjściu z domu niosący trumnę symbolicznie uderzali nią trzykrotnie o każdy mijany próg domu, na znak ostatniego pożegnania się zmarłego z domem. Podczas procesji do kościoła ksiądz i organista śpiewali psalmy, a w rzadkich przypadkach, kiedy to ksiądz nie brał udziału w procesji, proszono śpiewaka Wojciecha Koterbę o prowadzenie pieśni żałobnych. W kościele trumnę ustawiano na katafalku w ten sposób, aby głowa zwrócona była w kierunku drzwi. Przy katafalku ustawiano tacę, do której rodzina zmarłego składała ofiarę za posługę, przeważnie 60-80 centów3. W połowie mszy uczestnicy pogrzebu zawartość tacy wrzucali do skarbony za ołtarzem.

Pochówek. Po mszy świętej wyruszała z kościoła procesja do miejsca pochówku. Po opuszczeniu trumny do wykopanego dołu najpierw ksiądz, a następnie wszyscy uczestnicy z wyjątkiem dzieci zmarłego rzucali grudkę ziemi na trumnę. Po utworzeniu ziemnej mogiły sadzono w niej kwiaty (róże, lilie, astry, goździki) lub krzewy (tuje, kalinę, bez turecki), a z czasem stawiano krzyż lub kamienny nagrobek. Krzyże stawiano drewniane (ubożsi) lub żelazne (bogatsi). Nagrobki najczęściej budowano z piaskowca.

Pamięć o zmarłych. Krewni i znajomi dbali o to, by co najmniej raz w roku, w rocznicę śmierci, odprawić za duszę zmarłego mszę świętą oraz dać na wypominki w wigilię Dnia Zadusznego i w sam Dzień Zaduszny. Wierzono szczerze, że tylko dusze wspomniane na wypominkach mogą liczyć na łaski. Na dzień 1 i 2 listopada ozdabiano groby poprzez rozwieszenie na krzyżach i nagrobkach wieńców z zieleni i kwiatów, składano świeże i sztuczne kwiaty oraz zamówione wieńce z Krakowa. Pod wieczór w dniu Wszystkich Świętych na cmentarz udawała się procesja i wtedy cmentarz rozświetlał się światłem świec. Kolejna procesja wiernych odbywała się rano w Dniu Zadusznym, po nabożeństwie w kościele.

Fantasmagoryczny świątnicki cmentarz w noc Wszystkich Świętych (2015 r.)

Fantasmagoryczny świątnicki cmentarz w noc Wszystkich Świętych (2015 r.)

Świat duchów. Powszechnie wierzono w przenikanie się świata zmarłych i świata żyjących. Zmarli mieli się kontaktować głównie poprzez sny i w nich przekazywać o tym, co je dręczy i dlaczego spokoju nie mogą zaznać. Zapewnienie spokoju duszy przodków było bardzo ważne dla świątniczan, w związku z tym byli oni zobligowani do wypełnienia ostatniej woli zmarłego, a gdy zmarły pojawiał się w snach, spokój jego duszy miało zapewnić zamówienie mszy świętej w jego intencji oraz jałmużna dla ubogich.

Krzyż żelazny na grobie Tekli Walas (1834-1898) – rysunek ucznia z 1899 r.

Krzyż żelazny na grobie Tekli Walas (1834-1898) – rysunek ucznia z 1899 r.

Pod koniec XIX wieku nadal nie budziły większej sensacji kontakty z duchami na jawie. Wierzono, że duchy można spotkać między 23 a północą zwłaszcza pod przydrożnymi figurami. Jeśli się sąsiadowi zaorało kawałek pola, to na tym zajętym bezprawnie kawałku miała pokutować i straszyć później jego dusza. Ingerencji umęczonej duszy można było się spodziewać, jeśli ktoś dopuściłby się dewastacji grobu. Wierzono w istnienie strzygoni i strzyg4, które dostrzegali ci nieliczni, co podróżowali nocą. Świadków kontaktów nie było trudno znaleźć – niejaki Błażej Bodzoń twierdził, że o godzinie 0:30 pukał w okno jego domu strzygoń i chciał ognia, a znów za Jackiem Cholewą, który w nocy wyruszył do Krakowa, miał podążać drogą taki strzygoń aż do figury we Wrząsowicach.

Do największej demonstracji świata duchowego miało dochodzić w noc Wszystkich Świętych, kiedy to do powracającej ludzkiej procesji z cmentarza miała się dołączać procesja dusz w kierunku kościoła. Następnie zmarli kapłani odprawiali nabożeństwa dla nieżyjących wiernych. Co ciekawe, na tę noc faktycznie zostawiano na ołtarzu kielich i akcesoria mszalne. Przez całą noc duchy miały nawiedzać miejsca znane im za życia. Zmarli mieli wracać na cmentarz wraz z poranną procesją w Dniu Zadusznym. Wiele osób twierdziło, że widzieli światła z kościoła i słyszeli głosy modlących się dusz – m.in. żona Karola Chlebowskiego, którą nawet brat-proboszcz ks. Jan Słomka nie mógł przekonać. W nocy z 1 na 2 listopada przestrzegano, żeby nikt się z domu nie wychodził.

Nagrobek ks. Jana Słomki z 1874 r. (2015 r.)

Nagrobek ks. Jana Słomki z 1874 r. (2015 r.)

Społeczność lokalna w dość prosty sposób pojmowała prawdy wiary chrześcijańskiej i nie widziała sprzeczności z ludowymi wierzeniami. Wierzono, że po śmierci czekało piekło lub niebo. W piekle „lejom diabli pijakom smołę do ust, bogaczom zaś widłami pchają do ust pieniądze” i mieli tam trafiać bezpośrednio po śmierci ci, co za życia klęli, nie chodzili do kościoła, nie modlili się, nie spowiadali i zmarli bez pojednania się z Panem Bogiem. Niebem miało być miejsce 9 chórów anielskich, gdzie brak jest zmartwień i trosk, ale bezpośrednio do nieba miały trafiać tylko małe dzieci, a przed dorosłymi była to bardzo trudna droga. Uważano, że do nieba częściej trafiali biedacy, a bogaci częściej do piekła. Ponieważ stosunkowo niewielu miało trafiać bezpośrednio do piekła lub nieba, większość dusz miała przebywać („mieszkać”) na cmentarzu, dlatego większość ludzi z bojaźnią przekraczała bramę cmentarza, a nie było odważnego, co by w nocy drogą wzdłuż cmentarza chciał podróżować.

Przesądy świątnickie związane ze śmiercią i rytuałem pogrzebowym. Ludzie przełomu XIX i XX wieku nie znając jeszcze bakterii, wirusów czy nowotworów, próbowali jakoś wytłumaczyć nagłe choroby, zgony i szukali powiązań w znakach i symbolach, które miały zwiastować tragedię.

Gdy podczas ślubu zgasła przy ołtarzu świeca, zapowiadało to rychłą śmierć tego małżonka, po którego stronie ta świeca zgasła. Nadchodzącą śmierć w rodzinie zwiastowało uschnięte drzewo w sadzie czy też uschnięty egzotyczny kwiat w doniczce oraz gdy trzasnął stół, komoda, obraz, zegar czy okno. Śmierć nadchodziła, gdy nagle spadł obraz lub coś uderzyło w okiennicę. Nawet dyrektor Chlebowski potwierdza, że zgon jego teścia Antoniego Słomki, nastąpił w tym samym momencie, gdy rozpadł się nagle stół. Zdarzało się też, że o nadchodzącej śmierci informowali we śnie sami zmarli.

Nagrobek Stefana Dziewońskiego (1871-1903) i Stanisława Dziewońskiego (1860-1907) (2011 r.)

Nagrobek Stefana Dziewońskiego (1871-1903) i Stanisława Dziewońskiego (1860-1907) (2011 r.)

Ludowy przesąd miał także „pomagać” tym, którzy męczyli się i nie mogli spokojnie umrzeć. Wierzono, że nie można skonać na pierzu, więc umierającemu wyciągano spod głowy poduszkę. Szukano także osoby, z którą umierający był w sporze lub gniewie, bo dopiero podanie ręki i pogodzenie się miało pozwolić duszy odłączyć się od ciała.

Różnie próbowano wytłumaczyć nagłą śmierć: a to się przerwał coś dźwigając, a to wyszedł na pole zgrzany, a to się gniewał i krew go zalała, a to był otyły i go zadusiło, a to przysięgał fałszywie i umarł, a to mu się flaszka z naftą rozbiła i pomarło. Słowem – każde zdarzenie z minionego roku mogło być znakiem śmierci.

Gdy w domu ktoś umarł, odwracano wszystkie lustra do ściany. Oczy zmarłego zamykano, żeby śmierć nie wypatrzyła następnej osoby. Wodę po umyciu ciała zmarłego wylewano w takim miejscu, gdzie nic nie rośnie, aby żywe nie uschło. Jeśli szyto ubranie dla zmarłego, to ważne było, żeby ścieg był robiony „przed”, a nie „za igłą”, bo można było zaszyć duszę w ciele. W takie i inne niespisane tu przesądy wierzyli świątniczanie u schyłku XIX wieku.

Podsumowanie. Na postawione na wstępie pytanie, dlaczego w Świątnikach tak powszechna była wciąż wiara w duchy, a życie i zachowanie regulowane było licznymi przesądami, odpowiedź brzmi: wrak wiedzy. Dorośli schyłku XIX wieku byli ostatnim pokoleniem mieszkańców, którzy w większości nie mieli do czynienia z oświatą i nauką. Potwierdza to także Chlebowski pisząc, że wierzenia i zabobony obce są w zamożniejszych świątnickich domach, gdzie inwestowano w wykształcenie młodego pokolenia. Pokolenia, które wkrótce miało zobaczyć prawdziwe demony w okopach Wielkiej Wojny, przy których śmiechu warte okazały babcine duchy i strzygi.

Na postawie rękopisu K. Chlebowskiego „Świat zmarłych” z 23.12.1899 r., Muzeum Etnograficzne w Krakowie sygn. I/139/Rkp

Fotografie własne wykonane na cmentarzu świątnickim w dniach 1 lub 2 listopada.

Przypisy:

1Wyrobnik – dawniej osoba wynajmowana najczęściej do różnych prac fizycznych.

2Dziady – wędrowni żebracy uznawani przez społeczności wiejskie za posiadające zdolność kontaktu ze światem umarłych i w wielu regionach byli najmowani do pilnowania ciał zmarłych i stanowili ważny element rytuałów pogrzebowych.

3K. Chlebowski pozwolił sobie na komentarz, że w Świątnikach ofiary dla kapłana za posługę były bardzo niskie, ale za to dostępne dla każdej kieszeni.

4Strzygonie i strzygi – męskie i żeńskie słowiańskie demony, złe dusze w potwornym ciele mszczące się za krzywdy doznane za życia.

Reklamy

opracował Jerzy Czerwiński

Wielki Tydzień i Święta Wielkanocne to jeden z najważniejszych okresów nie tylko pod względem religijnym, ale także społecznym i kulturowym. Zapraszam ponownie to przeniesienia się do podkrakowskich Świątnik z początku XX wieku i przyjrzeniu się, jak rozumieli świat ówcześni ludzie.

Niedziela Palmowa. Od wczesnego rana na świątnickim placu targowym ruch był niebywały, albowiem zjeżdżali się do Świątnik handlarze z Wieliczki, Myślenic oraz Podgórza, aby sprzedać drewniane kołatki (tu nazywanymi kłapaczkami), terkotki (tzw. tyrkaczki), palmy, a także nabiał, wędliny i pieczywo. Kłapaczki i grzechotki stanowiły niezbędny atrybut w czasie od Wielkiego Czwartku do Wielkiej Soboty. Większość gospodyń zaopatrywała się w kupną wędlinę, nabiał i pieczywo, a tylko najmajętniejsze świątniczanki miały własne produkty do święcenia i późniejszego podania na stole wielkanocnym. Palmy, zwane tu bagnięciami, wykonywali najczęściej mieszkańcy okolicznych wsi, a świątniczanie kupowali już gotowe produkty. Taka bagnięć zbudowana była z 2-3 prętów1 wierzbiny, tudzież leszczyny z baziami oraz z szakłaku i trzciny zwyczajnej. Wszystko to związane było 2-3 razy witką wierzbową, szakłakiem lub kolorową tasiemką. Cena takiej palmy wynosiła od 4 do 8 halerzy. Z palmami w rękach świątniczanie udawali się do kościoła i tam poświęcone palmy zabierali do domów, jednak nie wnoszono ich izb, gdyż wierzono, że sprowadzają muchy do mieszkania, tylko w sieni każdy z domowników obrywał po jednej bazi z wierzbiny i połykał je, gdyż miała ona chronić przed bólami gardła. Samą palmę tradycyjnie wieszano nad drzwiami wejściowymi w sieni lub na strych2.

Wielki Tydzień. Od poniedziałku rozpoczynały się wielkie sprzątania domostw i obejścia. Poprawiano elewacje budynków i farbowano ją wapnem z domieszką niebieskiej farby. Na polu czyszczono naczynia i sprzęty domowe, a posiadacze bydła dodatkowo wyrzucali nawóz i sprzątali w budynkach gospodarczych.

W Wielki Czwartek mieszkańcy Świątnik licznie udawali się do kościoła brać udział w mszy świętej, gdzie podczas Glorii następowało „zawiązanie dzwonów” i aż do Rezurekcji ich dźwięk zastępowały kłapaczki i grzechotki. Po nabożeństwie i przeniesieniu Pana Jezusa do Ciemnicy (tu nazywanej też Piwnicą) powracano do prac domowych, zgodnie jednak z lokalnym przesądem w okresie „zawiązania dzwonów” powstrzymywano się od siania oraz sadzenia3.

Kłapaczki (fot. archiwum Parafii w Świątnikach Górnych)

Tyrkaczki (fot. Salvatore Capalbi – wikipedia)

W Wielki Piątek wszyscy wstawali przed wschodem słońca, aby umyć się w zimnej wodzie, na pamiątkę wrzucenia Pana Jezusa przez żołnierzy do potoku Cedron. Jedni robili to przed domem, inni udawali się do jednej z gromadzkich studni. Czynność ta miała pomagać przy wrzodach, strupach i innych chorobach skóry oraz przed takimi chorobami chronić. Podczas rannego nabożeństwa kapłani w procesji przenosili Najświętszy Sakrament do Grobu Pańskiego, który przygotowano na czarnym marmurowym ołtarzu pod chórem4. W tabernakulum umieszczano „puszkę”, a na tabernakulum wystawiano Najświętszy Sakrament w monstrancji. Pod ołtarzem znajdował się obraz przedstawiający w pozycji leżącej ciało Chrystusa. Na samym ołtarzu i na stopniach paliły się świece i lampy kolorowe. Siostry zakonne udekorowały stopnie wazonami i doniczkami z kwiatami. Na przełomie wieku nie było jeszcze tradycji trzymania straży przed Grobem, ale przez cały dzień świątniczanie mogli w ciszy modlić się i adorować. Cisza i powaga udzielała się także na ulicach, skąd znikł codzienny gwar i śmiech. Jedynym wyjątkiem były dźwięki kłapaczek i tyrkaczek, autorstwa nawet 30-osobowych grup młodych świątniczan. Wieczorem w kościele odprawiane były Stacje oraz Gorzkie żale, a nabożeństwo kończyło kazanie. Świątnicki kościół w tym dniu zwykle bywał przepełniony, gdyż poza świątniczanami przybywali także mieszkańcy z okolicy.

Procesja przeniesienia Pana Jezusa do Grobu 2008 r. (fot. archiwum Parafii w Świątnikach Górnych)

Wielka Sobota. Rano odbywało się w kościele poświęcenie ognia i wody, zatem za kościołem kościelny rozpalał ognisko z suchej tarniny wcześniej przygotowanej, a kapłan święcił ogień. Wypalone węgle i popiół z tarniny zbierali później ludzie, zwłaszcza z okolicznych wsi, uznając je za skuteczne lekarstwo na rany dla koni i bydła. Podczas mszy świętej, która odprawiana była zaraz po poświęceniu ognia i wody, w czasie Glorii następowało „odwiązanie dzwonów”. Po powrocie do domów sadzono w ogrodach kapustę, buraki oraz siano nasiona warzyw takich jak marchew czy sałata. Gospodynie natomiast miały do wykonania liczne prace przy kuchni, gdyż o godzinie 3 po południu pojedynczy dzwon oznajmiał czas, aby się udać na święcenie pokarmów. Trzeba było zatem przygotować i umieścić w wiklinowych koszach, chustach lub misach szynki cielęce, wieprzowe lub baranie (osoby uboższe); kiełbasy, chrzan, bochenki chleba, masło, oliwę, sól, pieprz, ocet i jaja. Do święcenia posyłano chłopców, dziewczęta, a czasem służbę. Kosze ustawiano przed kościołem, a kapłan poświęcał je kolejno. Do zamożniejszych domów ksiądz był zapraszany po południu i udawał się święcić przygotowaną zastawę, gdzie oprócz wspomnianych produktów było także wino oraz upieczone baby, placki oraz torty. Do początku XX wieku nieznany był obyczaj ozdabiania i malowania jaj (pisanki), a jedynie niektórzy gotowali je w łupinach cebuli, aby barwic jaja na kolor czerwony oraz w uciętej na polu trawie lub zbożu, aby nadać kolor zielony.

Grób Pański (2011 r.)

Rezurekcja odbywała się wieczorem, a rozpoczynała ją procesja trzy okrążeń wokół kościoła. Krzywym okiem patrzono, jeśli ktoś nie przeszedł wszystkich okrążeń, uznając taką osobę za czarownika lub czarownicę, bo Boża moc miała nie pozwalać im przejść całej uświęconej procesji.

Niedziela Wielkanocna. Rano świątniczanie zbierali się przy zastawionych stołach i odmówiwszy modlitwę, rozpoczynali uroczyste śniadanie poprzez dzielenie się święconym jajkiem i życząc sobie nawzajem zdrowia, powodzenia oraz doczekania szczęśliwie następnych świąt. Następnie spożywali święcone chleb i mięso wraz z „wielkanocnym chrzanem”, tj. tartym chrzanem zmieszanym z żółtkami jaj z dodatkiem octu. Popijano wódką, herbatą lub piwem. Na stołach zamożniejszych świątniczan pojawiały się też ciasta. Śniadanie kończyła wspólna modlitwa, a po śniadaniu udawano się do kościoła. Skorupy święconych jaj oraz kości mięs zakopywano w zagonach zasadzanych ziemniakami, gdyż miało chronić przed szkodnikami i zapewnić dobre zbiory. Z podobnymi intencjami niektórzy zakopywali je także między korzeniami drzew owocowych. Na ulicach panował spokój i powaga wielkiego święta, w związku z tym w tym dniu nie prowadzono handlu, a domy opuszczano tylko w celu udania się do kościoła.

Poniedziałek Wielkanocny. Gromady dzieciaków, zwłaszcza z biedniejszych rodzin, od wczesnego ranka biegały od domu do domu, a wchodząc do każdej izby, chwaliły Pana Boga i wołały, że przyszły po śmigusie. Mogły liczyć na kawałek kołacza, babki czy chleba, a czasem 2-4 halerze. Dzieci z zamożniejszych domów odwiedzały tylko krewnych i chrzestnych, licząc na kawałki ciast oraz święconego lub 10-20 halerzy.

Starsza młodzież oraz dorośli w tym dniu odwiedzali się wzajemnie w godzinach popołudniowych, częstowali się święconym oraz pili wino, piwo czy herbatę (ubożsi także wódkę). Obowiązkowo każdy kawaler musiał odwiedzić w tym dniu swoją narzeczoną, bo brak śmigusa był równoznaczny z zerwaniem znajomości. Pojawiały się także grupy poprzebieranych wyrostków przepasanych powrozem i twarzami umazanymi sadzą. Ci wchodząc do mieszkania, mówili:

Przyszedłem du po śmiguście,

Ale mnie też nie opuście.

Dajcie sera i kołacza,

Będę skakał koło pieca.5

Mogą oni liczyć także na kawałek święconego lub kilka halerzy.

Przez cały dzień w tym dniu chłopcy z sikawkami biegali po domach i polach, oblewając się wzajemnie wodą oraz czyhając na przechodzące dziewczęta.

We wtorek po Świętach życie miejscowości wracało do stanu powszechnego, bo starsi chwytali za młotki i bukfele, a jedynie młodzież więcej zaglądała do szynku, a niektórzy udawali się do Podgórza, by wziąć udział w Święcie Rękawki6.

Tradycje wielkanocne w latach późniejszych. Przez cały XX wiek wiele z opisanych tradycji przetrwało w podobnej do opisanej wyżej formie, gubiąc najczęściej swój wielowiekowy przesąd, który na początku XX wieku był jeszcze bardzo silny. Pojawiły się też nowe zwyczaje i zakorzeniły się w miejsce starych.

Wspomniane obmywanie się w zimnej wodzie z czasem zaczęto praktykować o północy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, gdzie wielu mieszkańców tłumnie udawało się do starych świątnickich studni np. do Dziadowca lub do Wielkiej Studni na Gwoźnicy. Zwyczaj ten ostatecznie zaczął zanikać w latach 90. XX wieku.

Przez lata zmieniała się liturgia i pory nabożeństw Triduum Paschalnego i dziś nabożeństwa te odprawiane są tylko wieczorem, a Rezurekcja została przeniesiona na godzinę 6.00 Niedzieli Wielkiej Nocy. Od kilku dekad Grobu Pańskiego strzeże miejscowa Ochotnicza Straż Pożarna.

Świątniczanie wciąż święcą w swych koszykach nie tylko kolorowe pisanki, które od lat zadomowiły się w świątecznej tradycji, ale także tradycyjne pokarmy na niedzielny stół, choć wiele osób spożywanie święconego rozpoczyna już w Wielką Sobotę po święceniu, kiedy to liturgicznie ogłaszany jest koniec Wielkiego Postu.

Śmigus-Dyngus utracił w Świątnikach swój społeczny charakter, ale może to nie dziwić w czasach, kiedy osoba oblana wodą ma prawo wezwać Policję. Z drugiej jednak strony w wielu miejscowościach zwyczaj ten jest wspierany przez gminne ośrodki kultury i w formie społecznej zabawy ściąga wielu widzów i uczestników.

Należy także wspomnieć o tzw. judaszach, który to zwyczaj stosunkowo niedawno pojawił się w Świątnikach i polega na płataniu przez młodych ludzi różnych figli i dowcipów w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, co jednak prawdopodobnie przy braku fantazji, prowadzi przeważnie do różnych chuligańskich wybryków łącznie z niszczeniem prywatnego mienia. Zwyczaj judaszy obchodzony jest lub był w wielu miejscowościach, ale trudno odnaleźć taki, który miałby podobieństwo do świątnickiego, tym bardziej że nawet te nieszkodliwe dowcipy nie za bardzo licują z powagą Wielkiego Piątku. Za to miejscowa Policja ma więcej roboty, bo „tradycja” ta popularna jest również w sąsiednich miejscowościach.

1Pręcie – cienki pręt; witka, rózga (także zbiorowo: pręty) – Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego.

2Według wierzenia miała chronić przed piorunami.

3Uważano, że zasiane lub zasadzone rośliny dałyby schorowane plony.

4Pierwotnie jeden z wawelskich ołtarzy marmurowych został umieszczony w „nawie” zachodniej pod chórem i skierowany był w kierunku północnym. Na podstawie K. Chlebowski, Opis zwyczajów i przesądów ludowych w czasie Świąt Wielkanocnych w Świątnikach Górnych, 1903, Muzeum Etnograficzne w Krakowie I/40/Rkp.

5Cytat za K. Chlebowski, op. cit.

6Święto Rękawki – zwyczaj od wieków praktykowany pod kopcem Krakusa w każdy wtorek po Świętach Wielkanocnych.

Oprac. Jerzy Czerwiński.

Po okresie świąt Bożego Narodzenia, począwszy od 6 stycznia, tradycyjnie rozpoczyna się karnawał, którego kulminacją są zapusty, dziś częściej zwane ostatkami. W Świątnikach Górnych zapustami nazywano ostatnie trzy dni przed Popielcem.

Dla dorosłych świątniczan zapusty oznaczały przede wszystkim wzajemne odwiedziny i gromadzenie się w większym towarzystwie, aby przy jedzeniu i piciu wspólnie porozmawiać o nowinkach, powspominać stare (lepsze) czasy oraz wspólnie pośpiewać, bo w Świątnikach nie było wspólnej zabawy bez śpiewu i muzyki. Na stołach z jadła pojawiała się kiełbasa, pączki, pieczone mięso, grzanki, a nade wszystko przypiekana słonina. Przysmak stanowiły psie ucha, którym to mianem miejscowa ludność określała kruche ciasto zwane chrustem lub faworkami. Szkło wypełniała wódka, piwo, wino, a najczęściej herbata z rumem (tzw. herbatka z Dziadowca). Śpiewano piosenki ludowe, ale także patriotyczne. Wspólne biesiadowanie rozpoczynało się już niedzielnym popołudniem, ale kulminacja świętowania przypadała na wtorek zapustny.

Ryc. 1. Świątnickie psie ucha, czyli chrust (2018).

Właśnie wtedy dodatkowy ruch we wsi zaczynali robić zapustnicy, zwani tu zapuśnikami lub bogusłami. Chłopcy w wieku od 8 do 14 lat zbierali się grupy 3-, 4-osobowe i przebierali się za Cyganów, tj. ubierali się stare, dziurawe stroje, podarte czapki, połamane kapelusze. Twarze czernili sadzą lub też nosili maski papierowe. Jeden z chłopców przebierał się za Cygankę, nosząc na plecach zawiniątko ze szmat niczym niemowlaka. Wchodząc do nawiedzanej izby tańczyli, „przygrywali” na patykach niczym na skrzypcach i fletach oraz śpiewali różne przyśpiewki, udając mowę cygańską:

Ja jest cygan nic nie mom

Jeno jedne cyganeckę, co z nią biegam

Cygon jo se, cygon, cygon

Weznę zapaseckę, zrobię cyganeckę.

Ja cyganka spadłam z wiśnie

Ostargałem se fartusek, widzieliście?

My cygani, dobrzy ludzie,

Wychowali cyganecke we psiej budzie.

Ja cyganka będę panio,

A jo cygon pude za niom.

Posedł cygon do fabryki,

I zarobił cyganeczce na tsewiki!1

Dzieciaki następnie przyskakiwali do gospodyni domu ze śpiewem: „Dajcie też ta gosposiu spereczki, kiełbaski, bułeczki, chlebeczka dla tego na plecach dzieciąteczka!” Za takie przedstawienie mogli liczyć na kawałek chleba, 2-3 jajka, kawałek kiełbasy, ciasta, czasem także na parę groszy. Otrzymawszy dary, wychodzili ze śpiewnym podziękowaniem: „Niech wom tez tu Bóg zapłaci i niech wom tez tu da zdrowie i scęście, żeby się wom wszystko dobrze rodziło! Żeby wom się rodziło w oborze, w komorze, w stajni i na polu i w każdym kątku po dzieciątku, a na piecu troje”.2

Grupy zapustników tworzyli też poprzebierani kawalerowie – muzykanci. Był tam Cygan z poczernioną twarzą ubogo ubrany; Cyganeczka takoż często z dwójką czy trójką dzieci; Żyd w chałacie, długich włosach, z siwą brodą i łupinami orzechów na oczach; Żołnierz w kabacie i czapce wojskowej; Ułan polski w rogatywce z kitą i kaftanie; byli i inni poprzebierani w kożuchy i w kaftany „na lewą” stronę ubrane. Wszyscy oni przy dźwiękach muzyki odwiedzali izby biesiadników. Cyganeczka tańczyła i „wróżyła” z ręki (za monety), a za trafne wróżby otrzymywała kawał chleba, sera, kiełbasy czy słoniny. Taki przykładowy zaśpiew rozchodził się po izbach:

Nie moge cię wyzałować miły mięsopuście,

Śtery spery w grochu były, a piąto w kapuście.

Jagem był maluśki, posołem cieluśki,

Siedziołem pod ksockiem bowiłem dziełuski.

Jagem się zalecoł miałem śtery sadła

Jakzem się ozenił wsyćkie baba zjadła.

Ej zapusty, zapusty, nie chcą baby kapusty,

Wolałyby kobzole upicone w popiole.3

W zamian za udany występ i zabawienie gospodarzy zapustnicy mogli liczyć nie tylko na poczęstunek herbatą, wódką i jakąś przekąską, ale także na datek pieniężny. Po skończonym obchodzie grupa wraz z uzbieranym dobytkiem kierowała swe kroki do domu jakieś panny lub wdowy i tam urządzali końcową imprezę.

Ryc. 2. Zapustnik świątnicki (1954).

Zwyczaj przebierania się dotyczył nie tylko wędrownych grup zapustników, ale także nierzadko podczas ostatkowego ucztowania z przyjaciółmi ktoś zaskakiwał współbiesiadników przebraniem, najczęściej kobiety przebierały się za mężczyzn, a mężczyźni za kobiety.

Pozostaje jeszcze wyjaśnienie, dlaczego zabawy w zapusty nazywano w Świątnikach sperkowinami albo też chodzeniem po sperkośku. Otóż jak wspomniałem, popularną przekąską ostatkową była przysmażana słonina (sperka) i nią często obdarowywano przebierańców.

Była też i ciemna strona zapustów, albowiem gdy tak przy alkoholu zaczynano wspominać dawne czasy, często przypominano sobie też o dawnych krzywdach i zniewagach, a alkohol i liczne towarzystwo zwiększało odwagę. Przykładem może być awantura wywołana przez ślusarza Antoniego Drapicha, który wraz z siedmioma współtowarzyszami został oskarżony „o zbrodnię gwałtu publicznego, współwiny w ciężkim uszkodzeniu ciała i przekroczenie złośliwego uszkodzenia cudzej własności”. A było to tak:

Szajka ta, składająca się z miejscowych awanturników, uraczyła się w dniu 24 lutego b. r. z powodu ostatków karnawału wódką, a wówczas zmówiła się, aby się zemścić na tych osobach w gminie, do których ktokolwiek z nich miał jaką urazę. Najpierw napadli na rygorozanta praw p. Ludwika Cholewę i grozili mu sztyletem, następnie wybili szyby w szynku St. Dziewońskiego, a potem mieszkaniach u Piotra Wilkosza, Jana Walasa, Fr. Cholewy i Stanisława Walasa, pobili ciężko dwóch chłopców, oraz wtargnęli do domu p. Maryi Kotarbowej i pobili jej lokatorów, uczniów miejscowej szkoły ślusarskiej. Oskarżeni uzbrojeni byli w sztylety, noże i żelazne pałki”.4

Fotografie:

Ryc. 1 – fotografia własna.

Ryc. 2 – Ze zbiorów Muzeum Ślusarstwa im. Marcina Mikuły w Świątnikach Górnych.

Przypisy:

Julian Tomaszewski, Karol Chlebowski „Zapusty w Świątnikach Górnych” Świątniki Górne, 1903 r. Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli w Krakowie, Dokumentacja Kontekstowa Kultur, I/108/Rkp

2 Tamże.

3 Tamże.

4 Nowa Reforma, wydanie popołudniowe z 22 kwietnia 1914 r., Rok XXXIII nr 143

Opracował Jerzy Czerwiński.

W dzisiejszych czas coraz częściej odchodzi się od tradycyjnego sposobu obchodzenia i przeżywania Świąt Bożego Narodzenia, a tradycja nie podtrzymywana szybko ginie, jeśli nie zostanie utrwalona choćby opisem. Świątniczanie mają to szczęście, że pod koniec XIX wieku dyrektor miejscowej szkoły ludowej, Karol Chlebowski1, podjął współpracę z krakowskim etnografem, Sewerynem Udzielą i sporządził dla niego wiele szkiców i notatek dotyczących ówczesnego życia i zwyczajów miejscowej ludności. Notatki te pozwolę sobie poniżej szeroko zacytować, tym bardziej, że Chlebowski w ujmujący sposób przedstawia zwyczaje świątniczan.2

Poniższy opis, zwłaszcza dotyczący wieczerzy wigilijnej, jest też w pewnym stopniu sprawdzianem na ile rodzinne tradycje są podobne do tu opisanych.

Wigilia

Wigilia Bożego Narodzenia. Ta odwieczna osada ślusarzy, wiążąca swój początek według podania z panowaniem królowej Jadwigi, przedstawia jak zresztą i wszędzie może we wigilię ruch niezwykły. Już od wczesnego ranka roi się jak w ulu się na placu targowym. Tu zakupują Świątniczanki pulchne i smaczne kukiałki od piekarza z Golkowic lub wielkie strucle z Podgórza przywiezione; tam znów gromadnie osaczono górala sprzedającego śliwki i gruszki suszone; tuż obok dobijają targu o masło, serki i jaja, a szczebiotliwe Ochojnianki i Rzeszotarzanki trzymają się w cenie, bo wiedzą, że wigilia to ich żniwo; dziś dopiero wezmą za nabiał, ile same zechcą. Tam okoliczny wieśniak złoży znów całe stosy gałązek jodłowych i świerkowych, które na centy wiązkami sprzedają do umajenia chat wewnątrz. Opodal jeży się cały las jodełek, a dobre matki według zamożności zakupują to większe, to mniejsze dla dzieci, które chyba cały rok by płakały, gdyby które z nich „sadu” nie miało, bodaj kosztem kilku centów piernikami, orzechami i jabłkami ozdobionego i kolorowymi świeczkami oświetlonego. A jakiż dopiero ruch widać po klepach, a jaki po domach! Lecz wkrótce milkną promienie słońca na nieboskłonie i wnet zmierzcha się w chatkach, jakby na złość ruchliwym gosposiom, które głośno wyrzekają, na nielitościwe słońce, co nie zważając na ich niedokończoną jeszcze robotę, schowało się gdzieś za Mogilanami. Trudno jednak narzekać, bo inne światła się pokazują i trzeba myśleć o wieczerzy! Wszak wszystko czeka jej niecierpliwie, a dzieciaki dawno już ściany umyły, drzewko przystroiły i już by oświetlić pragnęły takowe, aby mu się przypatrzeć, jak świetnie wygląda. Wreszcie i matka już kończy gotowanie i białym obrusem zasłany słomą i sianem stół nakrywa. Hola, tedy, będzie wieczerza! – podskakuje wygłodzona dziatwa, bo to dziś był post nie lada: mało co pożywić się dano!

Uklęka ostatecznie wszystko do pacierza, a na ostatku gospodyni, która położywszy chleb, strucle i opłatki na stole, westchnęła głęboko i modli się gorąco o szczęście dla rodziny, która ją im uboższa chatka, tem liczniej otacza kołem, bo to mówią, tak już Pan Bóg daje!

Po odmówionych pacierzach łamią się domownicy opłatkiem zaczynając od najstarszej osoby, po czym dzieci całują rodziców w ręce, a ci życzą wszystkim dobrego zdrowia i szczęśliwego doczekania drugiej „wigilii”.

Następnie usiadają i jedzą:

a) groch z perłówką (kaszą);

b) paluszki z makiem (kluski);

c) galas z chlebem lub sam (galas to jest gęsty żur z gotowanych śliw i gruszek suszonych);

d) chleb, struclę i kołacze po kawałeczku.

W domach uboższych piją przed wieczerzą po kieliszku wódki, a po wieczerzy po szklance piwa. Zaś oprócz powyższych potraw spożywają też w domach zamożniejszych rozmaicie przyprawione ryby, potem jabłka i orzechy, a piją wino. Po wieczerzy zapala dziatwa świeczki na drzewku i wyśpiewuje wesołe kolędy. O północy, a względnie o ½ 12tej sunie wszystko na „pasterkę”.

Warto tu jeszcze wspomnieć do licznych ozdobach choinkowych, wykonywanych z dostępnych materiałów, jak choćby tradycyjne świątnickie karmeliki czyli cukierki owinięte w biała bibułę i kolorowy staniol. Były także kupowane w Krakowie szklane bańki, bo tak w Świątnikach zwano te ozdoby dziś powszechnie określane „bombkami”. Zapalanie choinki było wielkim przeżyciem zwłaszcza dla dzieci tym bardziej, że był to czynność jednorazowa, przeznaczona na Wigilię. Palenie otwartego ognia świec na drzewku choinkowym wiązało się z zachowaniem szczególnej ostrożności. Z potrwa wigilijnych najbardziej charakterystyczny dla Świątnik jest wspomniany galas, czyli potrawa wykonana z gotowanych suszonych owoców (głównie śliwki, jabłka, gruszki). Tradycyjnie było 4-6 (w zależności od zamożności) postnych potraw wigilijnych.

Święto Narodzenia Pańskiego bywa tu nader poważnie obchodzone. Sklepy nie otwierają się wcale w tym dniu, na ulicach pusto i cicho, a tylko w kościele i po domach rozbrzmiewają wesołe kolędy. Dopiero wieczorem wychodzą niektórzy z młodych na przechadzkę lub do znajomych, ale starsi przestrzegają nawet i wieczorem, by tak wielkiego święta nie złamać.

We św. Szczepana dopiero występują tu w całej pełni uroczystości kolędowe! Już po sumie wychodząc z kościoła, pokazuje młodzież, że zwyczaj posypywania się święconym owsem i tutaj nie zaginął. Ruchliwsi próbowali już na chórze i w zakrystyi swej zręczności w celowaniu w twarz, a teraz przed kościołem znają już zupełną swobodę, więc rzucają to na siebie wzajemnie, to na przechodzące dziewczęta. Po południu gromadzą się kolędnicy u swoich przywódców i odbywają się próby, czy wieczorne przedstawienia dobrze im się udadzą.

Jakoż zaledwie się zmierzchnie, wylega na ulice cały rój kolędników z latarniami, a osada przedstawia widzowi coś fantastycznego! Muzyki, śpiewy, stroje, latarnie, nawoływanie się wzajemne, to wszystko jak przy budowie wieży Babel. Ucho rozróżnić nie może na ulicy, co gdzie śpiewają, co kto woła, bo proszę: tu przed domem Słomki, zamożnego kupca, przygrywa jedna grupa z miejscowej orkiestry, obok u sąsiada śpiewają Bartose, u sąsiada drugiego kolędują co innego trzy dziewczęta maleńkie, tuż niedaleko przychodzą chłopcy z Kubą i znów słychać inne kolędy nieopodal wyśpiewuje dwóch chłopców swoje: „Jezus malusieńki”, a tam w rynku śpiewają znów swe kolędy chłopcy, co chodzą z Maryjką. Za tymi grupami biegają tłumy małych widzów i nawołują się wzajemnie, padając od czasu do czasu plackiem po śliskiej drodze, to ten to owa, a wtenczas płacz potłuczonego dopełnia obrazu w tym kalejdoskopie kolędowym.

Lecz zbliżmy się do jednej z tych grup i zapoznajmy się z ich zwyczajami, a mianowicie zacznijmy od małych dzieci w wieku 6-14 lat. Zobaczymy tu trzy dziewczątka, czasem dwie tylko, z których jedna trzyma latarnię, a druga kantyczki. Chodzą one z Kolędą – czyli jak mówią po kolędzie. Takich grup złożonych osobno z dziewcząt po 2-3, a osobno z chłopców ugania się po wsi kilkadziesiąt. Są to przeważnie dzieci biedniejsze, ale można spotkać tu i dzieci z domów zamożniejszych. Tylko że pierwsze idą wszędzie kolędować, a drugie śpiewają tylko pod domami krewnych i znajomych i to więcej dla rozrywki, niż dla otrzymania jakiego datku.

Takka grupa przyszedłszy pod okna pewnego domu, przyświeca do okna latarnią, a jedna z nich mówi: „Przystępujemy tu do tego domu zakolędować?” Jeśli otrzymują odpowiedź przychylną lub żadnej, to zaczynają kolędę: „Najświętsza Panienka, gdy porodzić miała” lub inną i dotąd śpiewają zmieniając kolędy, dopóki im ktoś z domowników wyniesie parę centów np. 2-5 ct. Tu jednak gospodarze w domu pytają się lub przez okno starają się poznać, od kogo to są dzieci, bo krewnemu lub chrześniakowi to dają więcej, np. 10 ct. Po otrzymaniu datku dziękuje dziatwa, albo krótko: „Bóg zapłać!” lub też śpiewa: „Za kolędę dziękujemy, szczęścia zdrowia winszujemy, byście byli szczęśliwymi oraz błogosławionymi – na świecie żyjąc!”. Ale gdy datek był mały, np. 2-3 centy, to odbiegają mali kolędnicy od okna nic nie rzekłszy i pędzą dalej.

Gdy ktoś odmówi takim kolędnikom przez okno, aby nie kolędowali, to może się narazić na usłyszenie niemiłych epitetów, zwłaszcza od wyrostków źle wychowanych. To też mało jest takich domów, gdzieby nie rozmieniono na centy bodaj guldena lub korony, aby możliwie obdarzyć bodaj po 2-3 ct małych natrętów i nie obrazić ich odmową. Chodzą jednak i więksi, a tym już centy nie wystarczą.

Kolęda z muzyką. Takich muzyk chodzi tu zwykle trzy, a każda grupa składa się z 4 muzykantów i jednego śpiewaka, który nosi kantyczki i zaczyna kolędy. Taka grupa przyszedłszy pod okna śpiewa zwrotkę kolędy: „Wśród nocnej ciszy” lub innej, a drugą zwrotkę grają i znów trzecią śpiewają bez muzyki itd. na przemian. Grają i śpiewają jedną lub nawet więcej kolęd dotąd, dopóki im ktoś nie wyniesie kolędy. W domach zamożniejszych dają im po koronie lub więcej, a niej zamożni wynoszą po 20, 30 i 40 centów. Do chat ubogich nie chodzą oni kolędować. Czasem zapraszają ich do izby i częstują wódką, piwem, winem lub herbatą. W takim razie grają i śpiewają i tu jeszcze. Odchodząc czy to spod okien, czy z izby, dziękują za otrzymaną kolędę śpiewając:

Za kolędę dziękujemy…”

Z Bartosem (tak mówią) chodzą we św. Szczepana i w dniach następnych. Chodzi zwykle sześciu starszych chłopców, a ich kolędowe imiona przybrane są: Bartos, Stach, Maciek, Walek, Szymek i Anioł. Pierwsi pięciu ubrani są za pasterzy w kożuchy odwrócone wełną, przepasani powrósłami ze słomy, a na głowie mają kapelusze przystrojone wstążkami z kolorowego papieru. Szósty z nich, anioł, ubrany jest w komże białą, a na głowie ma złocistą koronę i nosi on dzwonek i maleńką szopkę, w której widać wewnątrz porozlepiane obrazki przedstawiające: Dzieciątko Jezus, Maryę i Józefa, aniołów i pasterzy. Szkopka ta ma kształt kościółka z trzema wieżami i zrobiona jest z tektury i papieru kolorowego napuszczonego oliwą, aby mu nadać przeźroczystości. Pod środkową wieżą u dołu jest od frontu wydrążenie, w którym porozlepiane są wyżej wspomniane obrazki, a z boku tego wydrążenia pali się mała wstawiona tam świeca.

Szopka ta jest mała tak, że chłopiec nosi ją w jednej ręce i nie jest do pokazywania lalek, bo takiej tu nie noszą. Lecz wracajmy do naszych pasterzy.

Otóż wieczorem wychodzą oni z domu, gdzie mieszka ich przewodniczący Bartos i idą najprzód do domów bogatych, a potem do chat uboższych. Gdy mają wchodzić do izby, to anioł pierwej zadzwoni dzwonkiem, a wszyscy wtedy pochwaliwszy we drzwiach Pana Boga, wchodzą i kładą się zwyczajem pasterzy na podłodze, tylko anioł staje gdzieś na uboczu. Następnie następuje odśpiewanie na role i przedstawienie całej „Pastorałki”, która była wydawana drukiem przez Zgromadzenie Księży Misjonarzy z Krakowa.

Inną, tzw. „Pastorałkę Góralską” odgrywają tu chłopcy poprzebierani za pasterzy w kożuchy, przepasani powrósłami, w czapkach baranich lub w kapeluszach papierowymi wstążkami ustrojonych, z laskami (kostur) w ręce. Tylko anioł jest ubrany, jak w poprzedniej „Pastorałce” opisałem i ma dzwonek ale szopki nie nosi. Przedstawienie to nazywają, że chodzą z Kubą, bo tu pastuch Kuba znów jak w poprzedniej „Pastorałce” Bartos główną odgrywa rolę.

Dawniej miewali oni ze sobą turonia (w kożuch przebrany i z kozią głową, na kiju się podpierający silny chłopak skakał, udając turonia), ale dzieci się lękały, więc zakazano tego w gminie przedstawiać.

Z Maryjką chodzą we święty Szczepan, w Nowy Rok i w następne niedziele aż do Gromnic. Chodzą chłopcy w wieku 12-16 lat, stosownie poprzebierani i nimi jedna dziewczyna (Maryjka):

Maryjka ubrana jest biało i nosi dużą, zwiniętą lalkę na rękach, przedstawiającą dzieciątko, która porusza, jak to czynią matki, gdy dziecię płacze; Anioł ubrany w białą komżę i ma koronę na głowie, a w ręku dzwonek; Król ubrany jak rycerz z szablą przy boku, z szarfami ze złocistego papieru przez piersi i z koroną na głowie; Minister starszy i młodszy stoją zawsze obok króla i są podobnie do niego ubrani, tylko zamiast korony, mają hełmy z tektury oblepione złocistym papierem; Józef z siwą brodą, w długiej kapocie, z laską w ręce (broda z lnu lub konopi); Żyd w jupicy również z brodą, przepasany skręconą chustką w sobolej czapce na głowie oraz Pastuch ubrany w kożuch przewrócony do góry wełną i przepasany powrósłem, z baranią czapką na głowie.

Podłaźnicy. W Nowy Rok od północy chodzi 6-8 młodych ludzi, najczęściej wolnego stanu „podłazić”, tj. „podsypować” (pyta się bowiem sąsiadka drugiej: Podlazł was kto? Dużo ich było? Coście im dali?). Jeden z nich idzie na czele z latarnią, drugi niesie gałązki dębowe, a inni mają w kieszeniach owies, drobne orzechy i cukierki. Gdy wejdą do domu, śpiewają jakąś kolędę, a potem winszują tak: „Winszujemy Wam wszystkiego dobrego na ten Nowy Rok! Żebyście mieli pełno w oborze, w komorze, na kołku, we worku. Niechaj się Wam rodzi pszenica jak rękawica, bób jak żłób, groch wielki i kasza! Wiwat Polska nasza!”. Gospodarz częstuje ich wódką, winem lub herbatą, a gospodyni przynosi chleb i masło lub kiełbasę, a czasem kołacz na przekąskę. Wychodząc rzucają owsem, orzechami i cukierkami razem w gospodarza i na gospodynię, a jeśli w domu jest córka, to ją najobficiej obsypują, zwłaszcza kawalerowie. Jeśli pomiędzy podłaźnikami znajduje się jej narzeczony, to przyjęcie tych gości bywa sutsze i dłużej się bawią, a cukierków i orzechów więcej też podłaźnicy sypią po izbie i sprzętach i domownikach. Odchodząc winszują jeszcze raz nowego Roku i zatykają gałązkę dębową ze stragarz, aby w tym domu wszyscy byli zdrowi jak dęby (datków nie przyjmują prócz napitku i poczęstunku).

Gwiazda. Wieczorem w święto Trzech Króli chodzi trzech chłopaków starszych lub ludzi żonatych z „gwiazdą”. Jeden z nich idzie naprzód z gwiazdą, tuż przed nim lub obok drugi z latarnią, a trzeci ma „Kantyczki”. Gwiazda ma kształt zwykłej czwororożnej gwiazdy. Uklejona jest z różnokolorowego papieru, napuszczonego oliwą, a wewnątrz pali się świeca. Przytwierdzona zaś jest ta gwiazda do długiej laski u góry i wsadzona jest tak, że się na tej lasce obraca.

Chodzą owi kolędnicy od domu do domu, zaczynając od najbogatszych. Przyszedłszy popod okna, śpiewają jedną z kolęd, a skoro im wyniosą jaki datek – 10 do 20 ct. to przyśpiewają jeszcze zwrotkę lub dwie z innej kolędy, po czem mówi jeden głośno: „Winszujemy obywatelom zdrowia, szczęścia i wszystkiego dobrego – przy tym Nowym Roku.”

Jeśli ich zaproszą gdzie do izby, aby ich poczęstować, to kolędują dalej i winszują w izbie, a nie na dworze. Ale to mało się trafia – chyba u krewnych lub tam, gdzie się bawi wesołe towarzystwo, a chcą sobie przedłożyć zabawę kosztem takiego gwiaździarza np. tutejszy (metrowy, mały) policyant, człowiek niezwykle naiwny, który chodzi z gwiazdą. Jego bowiem zachowanie się, sposób wyrażania się wyższym stylem itp. wartają śmiechu. Toteż tacy bawiący się młodzi ludzie z upragnieniem czekają rychło policyant (przydomek Łabuś) przyjdzie z gwiazdą, a by się nim nacieszyć. Chodzi on osobno po kolędzie z muzykantami jako śpiewak, a wtenczas gdzie zajdzie potrzeba kleci on na poczekaniu i wiersze, jak np. tu w szkole miejsce miało. Gdy już po odkolędowaniu każde z nas wynosiło po kilka groszy Łabusiowi, wyszedł i p. Rychel, a by mu też coś rzucić. Na to p. policyant nie namyślając się wiele improwizuje: „Winszujemy panu Rychlemu, szczęścia, zdrowia i fortuny, długiego życia i młodej żony, w każdym kątku po dzieciątku, a na piecu dwoje! W oborze, w komorze, na kołku, niech się panu Rychlemu wszędzie fortuni!”. To wygłosiwszy był tak rad z siebie, że nie wiedział, którędy się z piętra schodzi i omalże oknem nie wyskoczył, nie mogąc do drzwi na schody trafić.

Więcej nie odbywa się tu nic takiego, coby zaznaczyć jeszcze wypadało. Ze szkopką tu nie chodzą taką, w której lalki pokazują. W prawdzie przychodzili tu ze wsi okolicznych z taką szopką, lecz nie mogli wytrzymać konkurencji z miejscowymi kolędnikami i najczęściej bez szopki stąd poszli, więc zaprzestali jakoś odwiedzać Świątniki.

Z czasem jednak szopki zagościły w Świątnikach i stopniowo zaczęły wypierać kolędowanie poprzez odgrywanie pastorałek. Po II wojnie światowej organizowano konkursy szopek przy Izbie Regionalnej oraz w kościele parafialnym. Dziś kolędnicy chodzący po domach pojawiają się już bardzo rzadko. Przy szopkarzach świątnickich Nie można wspomnieć o Stanisławie Słomce (zm. 2017), który wykonał liczne szopki w tym m.in ruchomą szopkę do kościoła parafialnego poruszająca zarówno tematykę historii Polski, jak i loklanych świątnickich tradycji.

Szopka krakowska Stanisława Słomki z elementami fasady świątnickiego kościoła (fot. Marcin Mikuła)

Szopka ruchoma Stanisława Słomki (2011 r.)

Przypisy:

1 Patrz artykuł: Świątnickie szkoły, część pierwsza.

Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli w Krakowie, Dokumentacja Kontekstowa Kultur, I/201/Rkp

Opracował Jerzy Czerwiński

Ponieważ Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami, jest to ostatnia chwila na tradycyjne przygotowania zarówno niektórych potraw jak i ozdób świątecznych. Jedną z takich ozdób jest karmelik, czyli owinięty w bibułkę i kolorowy staniol cukierek przeznaczony do powieszenia na choince. Sama nazwa, jak podaje Słownik języka polskiego pod red. J. Karłowicza, jest tożsama z rzeczownikiem karmelek, karmelka czy karmalek i oznacza cukier krystaliczny stopiony, zwykle w tabliczkę ulany z dodatkiem koloru i smaku1, czyli po prostu cukierek. Sama ozdoba nie jest zapewne wymysłem rodem ze Świątnik, bo jest wiadome, że kiedyś takie ozdoby gościły w domach południowej Polski. Ponieważ jednak według informacji uzyskanych od starych świątniczan, karmeliki można było znaleźć dawniej w prawie każdym domu, nie minę się z prawdą nazywając wykonywanie i wieszanie na choinkę tej ozdoby świątnicką tradycja. Tradycją, która powoli umiera, bo dziś karmeliki pojawiają się jeszcze w kilku świątnickich domach.

Warto wspomnieć, że w różnych okresach historii świątniczanie musieli radzić sobie z niedostępnością niektórych materiałów, zastępując je różnymi substytutami np. gdy nie było cukierków, to zawijano kostki cukru itp.

Zatem żeby tradycja całkiem nie zaginęła postanowiłem przedstawić krótki opis wykonania karmelików. Wszelkie wymiary są orientacyjne i należy je dostosować do posiadanych materiałów, szczególnie do wielkości cukierków.

Do wykonania karmelika potrzebne będą: cukierki, bibułą, staniol (cynfolia, pozłotko) w dowolnym kolorze, kordonek (najlepiej zielony). Do cięcia będą potrzebne dobre nożyczki i nóż.

1. Cienka bibuła powinna mieć wymiary ok 12 x 12 cm. Jeśli bibuła jest w większych arkuszach to należy ją przyciąć do takich rozmiarów. W moim przypadku jest to kwadrat 14 x 14 cm, zatem jeden bok przycinamy do ok. 12 cm (powstaje prostokąt 14 x 12 cm). Do cięcia i dalszych prac bierzemy 4-5 arkusików bibuły i przycinamy je jednocześnie.

Ryc. 1 Materiały

2. Następnie składamy przyciętą „paczkę” bibuł w paski o szerokości ok 5-8 mm mocno je na zgięciu dociskając. Czynność zwijania ponawiamy kilkukrotnie przy czym można zarówno składać w jednym kierunku (rolować) albo tez raz w jedną, raz w druga stronę (harmonijka).

Ryc. 2

Ryc. 3

3. Kończymy składać, gdy pozostanie nam ok 5 cm bibuły.

Ryc. 4

4. Bierzemy ostre nożyczki i przystępujemy do cięcia złożonej bibuły w cienkie paski, nawet do 1 mm szerokości. Cięcie powinno wychodzić poza złożoną bibułę.

Ryc. 5

Ryc. 6

5. Po zakończeniu cięcia delikatnie rozdzielamy arkusiki bibuły.

Ryc. 7

6. Obcinamy wystające elementy cukierków.

Ryc. 8

7. Układamy dwie bibułki na zakładkę o szerokości dostosowanej do wielkości cukierka, a następnie zawijamy cukierek dokładnie i skręcamy na końcach.

Ryc. 9

Ryc. 10

Ryc. 11

8. Wycinamy staniol na długość potrzebną do spokojnego zawinięcia cukierka (tu ok. 10 cm).

Ryc. 12

9. Zawijamy staniolem cukierka w bibule i delikatnie zaciskamy na końcach (staniol jest kruchy więc nie można zbyt mocno skręcać).

Ryc. 13

10. Pozostaje tylko zawiązać zielonym kordonkiem i karmelik gotowy. Z racji niewielkiej wagi można je wieszać na samych igłach choinki.

Ryc. 14

11. Pozostaje tylko rozpocząć prace hurtowe.

Ryc. 15

Porady:

1. Lepiej jest, gdy cukierki są twarde, bo można je dokładniej i mocniej zawinąć nie bojąc się o ich zgniecenie.

Ryc. 16 Choinka z karmelikami.

2.Ponieważ staniol jest metalem, bardzo szybko będzie tępić narzędzie do jego cięcia, dlatego nie powinno się używać do tego celu tych nożyczek, którymi tniemy bibułę. Najlepiej stosować narzędzie, które można będzie łatwiej naostrzyć, np. nóż.

Ryc. 17 Choinka z karmelikami.

Ryc. 18 Choinka z karmelikami.

Przypisy:

1 Słownik języka polskiego ułożony pod redakcją Jan Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, tom II, Warszawa 1902, s. 272

Opracował Jerzy Czerwiński.

Muzyka jest jednym z naszych dóbr, które dziedziczymy po naszych przodkach. Można jednak zauważyć wyraźny brak zainteresowania dawnymi świątnickimi melodiami i tekstami. Być może nie każdy z tych utworów to arcydzieło poetycko-muzyczne, ale niegdyś te utwory łączyły we wspólnym śpiewie mieszkańców Świątnik i stanowią taką samą cześć naszej historii, jak świątnicy, płatnerze czy walczący w dawnych czasach żołnierze. Dobrze, żeby o tej części historii Świątnik pamiętali zwłaszcza ci, którzy przyjęli na siebie obowiązki kierowania głosem czy instrumentami muzycznymi i mają największy wpływ na to, co w Świątnikach się gra i śpiewa.

Niewiele pieśni świątnickich doczekało naszych czasów. O ile można liczyć na odnalezienie spisywanych ręcznie tekstów przez chórzystów czy harcerzy, to niestety nic nie wiadomo, żeby jakiś znany z imienia czy nazwiska kompozytor zachował melodię w zapisie nutowym. Muzyka przekazywana była w drodze nauki z jednego na drugie pokolenie. Jednak po II wojnie światowej, gdy nowy system zburzył obowiązujące wcześniej fundamenty życia zawodowego (likwidacja prywatnych wytwórców) i towarzyskiego (likwidacja stowarzyszeń, w tym Czytelni Ludowej), proces przekazywania tej wiedzy wyhamował na tyle, że dzisiejsze pokolenie chcąc nie chcąc ma utrudnione możliwości jej poznania. Choć żyją jeszcze osoby, pamiętające tamte melodie, nie wszystkie da się dziś odtworzyć.

Niniejsze opracowanie dzięki internetowi będzie mogło przekazać nie tylko tekst i ilustracje, ale także da możliwość odsłuchania niektórych utworów. Dzięki życzliwości Muzeum Ślusarstwa w Świątnikach Górnych będziecie mogli państwo m.in. posłuchać nagrań świątnickich piosenek w wykonaniu samych świątniczan sprzed 40 lat nagranych przez Marcina Mikułę na szpulową taśmę magnetofonową o szerokości 0,25 cala.

Zastanawiać tylko może, czemu w wydanym w 2010 roku zbiorowym opracowaniu „Legendy, przepisy, zwyczaje czyli… gulasz świątnicki” nie ma ani jednej świątnickiej piosenki.

Muzyka w Świątnikach.

Świątniczanie od wieków słynęli z zamiłowania do śpiewu. Towarzyszył im on podczas prac przy zbiorach, jak i przy wytwarzaniu uzbrojenia, kłódek czy zamków. Warsztatowe śpiewanie ucichło w dopiero w drugiej połowie XX w., kiedy to powstały spółdzielnie pracy, a w pozostałych warsztatach zaczęły pojawiać się radioodbiorniki. Znamienny był pierwszy dzień pracy w Spółdzielni „Przyszłość”, zapamiętany we wspomnieniach Marcina Mikuły:

„Po zainstalowaniu odpowiednich maszyn i urządzeń, rozpoczęto produkcję w zakładzie otwartym w r.1956, likwidując tym samym prace chałupnicze w domach prywatnych. Były początkowo opory, trzeba było przełamać wiekowe przyzwyczajenia. Pamiętam dobrze pierwszy dzień pracy. Po krótkiej chwili stukania młotkami zaintonował ktoś starą pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. Wszyscy chóralnie podjęli śpiewanie. Przeszli następnie do pieśni patriotycznych i świątnickich. Zapanował pogodny nastrój i jakoś z miejsca przekonali się wszyscy do nowych – bardziej nowoczesnych – warunków pracy.”1

Najbardziej znaną pieśnią świątnicką traktującą o rzemiośle jest poniżej przedstawiona, będąca zarazem opisem typowego dnia świątnickiego kłódkarza:

Nic mnie tak nie cieszy,
Nic mnie tak nie cieszy,
Jak świątnickie rzemiosło.

Rano wstaje, już mi daje,
Kukuryku zniosą jaje.

Nic mnie tak

Rano wstaję, sachle kuję,
A żona mi obsypuje.

Nic mnie tak

Zwrotek było znacznie więcej, a każda opisywała kolejne czynności warsztatowe wykonywane podczas montażu kłódek.

<<<< Nic mnie tak nie cieszy MP3>>>>

Śpiew poza warsztatem pracy gościł przede wszystkim podczas spotkań towarzyskich. Przez wieki głównym miejscem spotkań była lokalna karczma. Świątniczanie bawili się również na festynach oraz na spotkaniach przy tradycyjnym węgierskim gulaszu. Repertuar odśpiewywanych pieśni obejmował od polskich pieśni patriotycznych po ludowe. Przy tak dużym zaangażowaniu nie powinno dziwić, że powstały także utwory lokalne. Poniżej zaprezentuje cztery takie piosenki. Słowa ich dotyczą głównie spraw obyczajowych, lecz pomimo dość swobodnych treści, znajdują się tam czasem także ciekawe informacje.

Gorzała lipka z jałowca

Gorzała lipka z jałowca, z jałowca, z jałowca, z jałowca,
Najlepsza herbatka z Dziadowca, z Dziadowca | x2
Bęc!

Gorzała lipka i jawor, i jawor, i jawor, i jawor,
Gdzieżeś się Jasiu zabawił, zabawił? | x2
Bęc!

Zabawiłem się u Resie, u Resie, u Resie, u Resie,
Pasła konisie na rosie, na rosie | x2
Bęc!

Gorzała lipka z jałowca, z jałowca, z jałowca, z jałowca,
Nie wychodź dziewczyno za wdowca, za wdowca | x2
Bęc!

Bo by ci wdowiec wymawiał, wymawiał, wymawiał, wymawiał,
Że pierwszą żonę lepszą miał, lepszą miał. | x2
Bęc!

Kupże se Jasiu kokoszkę, kokoszkę, kokoszkę, kokoszkę,
Niech ci wygrzebie nieboszczkę. | x2

Bęc!

<<<< Gorzała lipka MP3>>>>

W tej znanej jeszcze świątnickiej pieśni, warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy: pierwsza to wspomnienie słynnej studni w Dziadowcu – lesie leżącym poniżej Spółdzielni „Przyszłość”, szkoły podstawowej i miejskiej oczyszczalni ścieków. Znajdująca się tam studnia stanowiła jeden z głównych punktów zapewniających stały dostęp do pitnej wody, która ponadto słynęła z bardzo dobrego smaku. Wspomniana słynna „herbatka z Dziadowca” sporządzana była z dodatkiem wódki lub rumu. Drugą ciekawostką jest typowe dla Świątnik w dawnych wiekach ponowne zawieranie związku małżeńskiego przez licznych w owych czasach wdowców i wdowy. Brak medycyny i należytej higieny zbierał pokaźne śmiertelne żniwo. Nie było zaskakujące dla nikogo, że ktoś zostawał podwójnym wdowcem. Wracając do piosenki, ostatnia zwrotka jest ciekawym przykładem lokalnego, czarnego humoru.

Kolejne dwie pieśni to typowe utwory ludowe o tematyce męsko-damskiej. Pisownia zachowuje gwarowe wyrażenia, dziś już w znacznej mierze nieznane i nieużywane.

Kalina w lesie

Kalina w lesie pochyliła się | x2
Kasia na Jasia pogniewała się. | x2

Pojechał Jasiu na polowanie, | x2
Zostawił Kasieńkę, swoje kochanie. | x2

Przyjechał w nocy, koło północy, | x2
Zastukał, zapukał i otarł oczy. | x2

– Kasieńko moja napój mi konia. | x2
– Nie będę poiła, niem twoja żona! | x2

– Nie mojaś żona, aleś kochanka, | x2
Napójże, napój mego kasztanka. | x2

<<<< Kalina w lesie MP3 >>>>

Wysokie przełazecki.

Wysokie przełazecki
Pan tata je zagrodził
Abym ja, dziewczyno | x2
Do ciebie nie przechodził.

Oj wezmę siekiercki,
Porąbie przełazecki
I będę przechodził | x2
Do swojej kochanecki.

Oj, skoroś ty wiedziała
Żem ja jest urlopniecek2
Po cóżeś chodziła | x2
Kaj za mną na trawnicek.

Za las, chłopcy, za las

Za las, chłopcy, za las,
Bo za lasem grają,
Bo mi się za lasem |
Panny podobają.   | x2

Chodźwa my se oba,
Nie bójna się boba,
Bo boby malutkie |
Zbijema go oba.    | x2

Chłopcy świątniczanie
Każcie sobie zagrać,
Ino se nie dajcie            |
Czupryny potargać.    | x2

Bo ta czupryneczka
Nie lada, nie lada,
Żeby ją targała           |
Konarska gromada.  | x2

Ostatnia z odnalezionych świątnickich pieśni dotyczy wypraw do sąsiednich miejscowości na lokalne festyny. W zależności od miejsca zabawy, ostatnia linijka tekstu przybierała odpowiednie określenie: sieprawska, wrzosowska czy zestarska gromada.

Wspomniane powyżej pieśni wpisują się w świątnicki zamierzchły folklor, który stanowiły także ludowe ceremonie i obrzędy. A że i świątnicka tradycja miała własne utrwalone obrzędy, dziś już mało kto pamięta. Do takich ceremonii należy zaliczyć w pierwszym rzędzie zaślubiny. O tym, że i w Świątniki miały swoją własną tradycję zaślubin świadczą zachowane fragmenty komedii „Świątniczanie” Józefa Dziewońskiego z 2. połowy XIX w.

Chór prządek z komedyi pt. „Świątniczanie”

Gdy krótki dzionek w zmroku zapadnie,
A srebrne gwiazdeczki rozsieje noc,
Gdy spracowany do mnie się kładnie,
By utraconą odzyskać moc;
Dziewuchom hożym nie do pościeli
Nie jeszcze pora w spoczynku śnić
Toć przyzwoiciej siąść przy kądzieli
Z niej pożyteczna wysnuwać nić.
„Dziewuchy! Siądźmy do pracy wkoło
A po kolei niech każda z nas
To śpiewem bawi, gadką wesołą
Jak biczem trzasnął, uleci czas.3

Fragmenty libretta opublikował Związek Świątnicki w 1911 r. i są to jak dotąd jedyne znane fragmenty tej sztuki. A okoliczności odgrywania tej komedii najlepiej oddają słowa sprzed ponad wieku:

„W poprzednich numerach „Związku” piosenka prządek i kujawiak Franka, wyjątki z komedyi „Świątniczanie”, napisanej przez śp. Józefa Dziewońskiego, śpiewano na wieczorku w domu Michalca. Zeszły się tam dzieuchy, kobiety, by przy wspólnej, ochoczej pracy przy kołowrotku zaśpiewać wesoło, pogadać i najnowszymi wieściami czy też „bajkami” się podzielić. Przyszli tam i Jaśki, Jantki, Franki, bo każdy z nich ma między dziewczętami swoją ulubioną Resię, Wikcię, Kasię. W takiem towarzystwie nie braknie przeto i śpiewu, dowcipów zjadliwej zwłaszcza i ciętej w języku starej Sobkowej. I skrzypce się znalazły, a zabawa – w tany się zmieniła przeplatana krakowiakami […]”.4

Należy zaznaczyć, że spotkania świątniczan połączone ze śpiewem nie są w dzisiejszych czasach rzadkością. Do stałych wydarzeń należą sobótkowe i świętojańskie ogniska czy spotkania w dniu św. Jana (27 grudnia), których śpiew jest nieodłączną częścią.

Na początku XX wieku w Świątnikach utworzono chór, nad którym niedługo później opiekę objęła Czytelnia Ludowa. Nauka muzyki i śpiewu chóralnego stanowiły zresztą jeden ze statutowych założeń towarzystwa. Repertuar chóru składał się z melodii ludowych, w tym wspomnianych pieśni świątnickich, rozrywkowych oraz pieśni patriotycznych i religijnych. Śpiewano m.in.: Jak długo na Wawelu, Marzenie (muz. Chopin), Ave Maria (muz. Schubert), Powróćmy jak za dawnych lat, Prząśniczki (muz. Moniuszko), Płynie Wisła płynie, Szturmówka itd. Tradycja śpiewu chóralnego świątniczan pielęgnują obecnie chór „Milenium”, schola „Beatus” oraz kościelny męski chór „Credo”.

Wspomniana Czytelnia Ludowa zajmowała się także organizacją uroczystości patriotycznych, podczas których nieodłącznym elementem było wykonywanie z pomocą miejscowego chóru polskich pieśni „Boże Ojcze”, „Rotę” czy „Boże, coś Polskę”. Na „wieczorkach” wystawiano patriotyczne sztuki i śpiewogry oraz odtwarzano wybrane arie i pieśni z kompozycji polskich mistrzów. Jednak pieśni o tematyce patriotycznej znany były w Świątnikach znacznie wcześniej, o czym świadczy dobitnie opis miejscowości nakreślony przez W. L. Anczyca, który ok. 1862 roku miał okazję przyglądać się Świątnikom i świątniczanom. Jedną z rzeczy, które zadziwiły tego znanego literata, wydawcę i badacza kultury ludowej, był śpiew świątniczan i pieśni pamiętające czasy zygmuntowskie.

Pieśni religijne.

Charakter i tradycja obrzędów religijnych sprawia, że w kościołach wciąż rozbrzmiewają dźwięki i słowa napisane przed kilkoma wiekami. W parafiach takich jak Świątniki, które mogą cieszyć się wielopokoleniową historią, przez lata powstawały melodie czy też całe pieśni wykonywane tylko w miejscowym kościele. Pradawne hymny i pieśni ustępują jednak miejsca wciąż tworzonym nowym utworom, a zjawisko to dotyka także te „unikatowe” pieśni. Własna melodia czy aranżacja niekoniecznie musi oznaczać, że jest to muzyczne dzieło. Niemniej jednak jest to także cząstka świątnickiej historii. Cząstka Świątnik.

Droga Krzyżowa. Osoby, które przybyły do Świątnik i biorą udział w obrzędach religijnych tutejszej parafii, zawsze porusza śpiewana w okresie Wielkiego Postu, a kulminacyjne podczas obrzędów Wielkiego Piątku, forma nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Najstarszy polski tekst Drogi Krzyżowej został wydany w 1731 roku we Wrocławiu i nosi tytuł: „Sposób nabożeństwa drogą krzyżową nazywanego”. Pierwowzór tekstu Drogi odprawianej od wielu lat w Świątnikach (najstarsi ludzie potwierdzają, że właśnie ta Droga Krzyżowa towarzyszyła im całe życie w świątnickim kościele) pochodzi co najmniej z początku XIX wieku. Ta pradawna forma nabożeństwa odprawiana jest nadal także w kilku innych parafiach w różnych częściach Polski: w Zaborowie, Rudzie Śląskiej (wersja skrócona 1-zwrotkowa, bliższa tekstowi oryginalnemu), Lublinie (parafia Świętego Stanisława) czy w Borowym Młynie. Warto dodatkowo zaznaczyć, że tekst tej drogi krzyżowej stał się jednym z motywów rozważań bł. Honorata Koźmińskiego OFMCap5. Poniżej zestawiam obok siebie najstarszy tekst tej Drogi z wersją śpiewaną w Świątnikach do przełomu XX i XXI w. (obecnie tekst został w kilku miejscach zmieniony).

 

Pieśń przy obchodach Drogi Krzyża Ś. ze Stacyami6 Świątnicka Droga Krzyżowa

Boska dobroci uderz w serce moje
Łaską skuteczną, by obfite zdroje
Łez wytrysnęły, nad Panem ciepiącym,
Krzyż dźwigającym.

Niech te strumienie, które grzech głęboko
Zamulił w sercu, spławią nasze oko;
Bo inszych Jezus zmęczony tak srodze
Nie chce w swej drodze.

I

Po wielu krzywdach i obelgach Pana,
Zawziętość ludzka stawia przed tyrana;
Aby nań wyrok ogłosił wołają,
Zbawcy nie znają.

Obwinia Piłat niewinność istotną,
Na śmierć skazuje u wszystkich sromotną,
Żeby na krzyżu Bóg zawisł z łotrami
I złoczyńcami.

II

Bierze Zbawiciel krzyżową machinę
Na swe ramiona, która grzechów winę
Naszych znaczyła, chcąc przez tę ofiarę
Znieść z ludzi karę.

Spieszy z ciężarem przy wielkiej ochocie,
By jak najprędzej na górze Golgocie
Stanął i umarł, za wszystkich grzeszników
I niewdzięczników.

III

Ach duszo moja! cóżeś uczyniła?
Żeś krzyż tak ciężki na Pana zwaliła,
Pod którym z nagła na ziemię upada,
Sobą nie włada.

Żeby wstał prędko kaci nalegają,
Naśmiewając się nogą popychają:
Żaden w upadku Zbawcy nie ratuje,
Ani folguje.

IV

Postawszy z ziemi, gdy na Kalwaryją
Zwróci się Jezus, postrzeże Maryją,
Matkę kochaną, ta ku niemu drżąca
Idzie płacząca

Wejrzą na siebie, nie mówią ni słowa,
Dla żalów ciężkich ustała wymowa:
Same w nich słychać głębokie wzdychania,
Jęki i łkania.

V

Boleść z żałością, że się wraz złączyły,
Jezusa w siłach ciężko osłabiły:
Tak, że już krzyża daléj nieść nie może,
Któż mu pomoże?

Pomóż człowiecze dźwigać krzyża Panu,
Wszak to dla twego szczęśliwości stanu:
Przyłącz się chętnie do Cyrenejczyka,
Za pomocnika.

VI

Nie tak rzęsisty sok z grona wyciska
Prassa, jako krzyż, gdy Pana przyciska:
Twarz świętą broczy krwią z potem zmieszaną,
Od złych zeplwaną

Na co żałosna patrząc Weronika,
Ociera Pańską twarz, wziąwszy ręcznika:
Tę wyrażoną w nagrodę uczynku,
Ma w upominku.

VII

Postąpi daléj, niosąc krzyża brzemię
Jezus kochany, w tem padnie na ziemię:
W bramie sądowej drzewem obalony,
Leży zemdlony.

Leje się źródłem krew z najświętszej głowy,
Gdy krzyż uderzył o wieniec cierniowy:
Ztąd nowa boleść Jezusowi memu
Na pół żywemu.

VIII

Zacne Matrony na ten widok nowy
Zapatrując się, a nie mogąc słowy
Żalu wyrazić, łzy obficie leją,
Wszystkie truchleją.

Cieszy je Jezus, nad własną osobą
Nie każąc płakać, chybaby nad sobą,
I nad synami, za których swawole,
Cierpi te bóle.

IX

Gdy daléj krzyża nieść w mdłości nie zdoła
Jezus zraniony, a hałastra woła:
Postępuj prędzéj na miéjsce karania,
Bez omieszkania,

Upadłszy ciężko, już to po raz trzeci,
Niby Cedr wielki gdy z Libanu leci,
Stęknie na ziemi, krew się z ran dobywa,
Hojnie wypływa.

X

Już stanął Jezus na górze Golgocie,
Gdzie go złość katów ku większej sromocie
Z szat obnażyła, zkąd się Jezus wstydzi,
Lud z niego szydzi.

Podaje ocet żółcią zaprawiony
Ustom Jezusa, by wypił spragniony,
Częstuje rzesza, nagli do spełnienia
Dawcę zbawienia.

XI

Obnażonego o krzyż uderzają,
Złośliwi kaci, litości nie mają:
Ciągną za nogi, ręce, bez ochrony,
Jak w lutni strony.

Dziurawią dłonie i nogi gwoździami,
Bijąc w nie silnie ciężkiemi młotami:
Krew się obficie leje z każdej rany,
Jako z fontany.

XII

Podnosi z krzyżem Jezusowe ciało,
Które się zewsząd krwią najświętszą zlało,
Stawia je wpośród dwóch łotrów, w dół skały,
Lud zbyt zuchwały.

Patrzy na wszystko Matka Boska z Janem,
Ta nad swym Synem, ten płacze nad Panem,
Że tak okrutnie na krzyżu rozpięty,
Kochanek święty.

XIII

Już dług wypłacił śmiercią Pan na drzewie,
Za grzech nieszczęsny w Adamie i Ewie:
Zdejmują ciało, nie bez łez wylania,
Do pochowania.

Matka bolesna, mając na swem łonie
Syna zmarłego, niema we łzach tonie:
Płacze, narzeka, ręce załamuje,
Rany całuje.

XIV

Obmywszy Ciało Jezusowe łzami,
Matka stroskana, z świętymi uczniami
Niesie do grobu i w nim ze czcią składa,
Mdlejąc upada.

Cna Magdalena, że jej we łzach mało,
Skrapia olejkiem woniejącym ciało:
Jęczy jak gołąb, że nadspodziewanie
Traci kochanie.

Pieśń idąc do Najświętszego Sakramentu

Płacz i ty duszo, wszak ta śmierć dla ciebie,
Żebyś wiecznością żyła z Bogiem w niebie;
Żałuj za grzechy, proś o zmiłowanie:
Odpuść mi Panie.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

I

Po ciężkich krzywdach i obelgach Pana,
Zawziętość Żydów stawia przed tyrana;
By dekretował żyjącego wiecznie,
Boga koniecznie.

Obwinia Piłat niewinność istotną,
Na śmierć krzyżową u wszystkich sromotną,
Aby był Jezus na krzyżu z łotrami
Przybity gwoździami.

II

Bierze Zbawiciel krzyżową machinę
Na Swe ramiona, która ciężką winę
Grzechów znaczyła, chcąc przez tę ofiarę
Znieść z ludzi karę.

Spieszy z ciężarem sercem niestrwożony,
Dźwiga siłami już na śmierć zwątlony,
By jak najprędzej stanął na Golgocie,
Umarł w sromocie.

III

Stój, duszo moja, patrz coś uczyniła,
Jakoś krzyż srogi na Pana włożyła,
Pod którym w mdłości za ciebie upada,
Sobą nie włada.

Żeby wstał prędko kaci przymuszają,
Nogami kopią, gwałtem popychają.
Żaden w tym razie Pana nie ratuje,
Ani folguje.

IV

Dwa kwiaty śliczne z sobą się stykają,
Dla zelżywości blady kolor mają.
Jezus z Maryją, Syn z Matką cierpiący,
Współbolejący.

Schodzą się z sobą przednie niebios światła,
Słońce i Księżyc, lecz Jutrzenka zgasła.
Jezus z Maryją ćmią Swoje jasności
W ciężkiej żałości.

V

Wściekłość żydowska, lud zapamiętały
W swej zawziętości i uporze stały,
Nieść dalej każe krzyż osłabionemu,
Panu naszemu.

Kto kocha Boga, pomóż dźwigać Panu,
Wszak to dla twojej szczęśliwości stanu.
Przyłącz się sercem do Cyrenejczyka
Za pomocnika!

VI

Zacna matrona święta Weronika
Płacząc rzewliwie z Panem się spotyka,
Ociera świętą Twarz krwią ubroczoną
Swoja zasłoną.

Skoro otarła usta Jezusowe,
Obaczy cudo niesłychanie nowe,
Gdy twarz podobną bierze w prześcieradło
Jako zwierciadło.

VII

Idzie Zbawiciel drzewem obciążony,
Sił Mu nie staje, mdleje udręczony,
W bramie sądowej, gdy sobą nie włada
Drugi raz pada.

Leje się źródłem krew z Najświętszej Głowy,
Gdy ją przyciska krzak straszny, cierniowy,
Stąd nowa boleść Jezusowi memu
W pół umarłemu.

VIII

Widząc nabożne niewiasty stojące,
Cieszy Pan Jezus rzewliwie płaczące,
Rozrywa serce smutkiem napełnione
Zbyt zakrwawione.

Nie jest wylania łez inna przyczyna,
Tylko jedyna w nas grzechowa wina,
Która do kropli Krew Pańską wylała,
Zamordowała.

IX

Dźwiga zemdlony Jezus drzewo srogie,
Znosi boleści na Swym ciele mnogie,
Stawa pod górą kalwaryjską miły
Bez żadnej siły.

Pada po trzecie, by wyniósł grzesznika
Z ran od upadku, ból Pana przenika,
Nie rzuca jednak drzewa krzyżowego
Do zgonu swego.

X

Tu Ciało Święte wstydem obnażają,
Gdy z Pana szaty nieszyte zdzierają,
Które On nosił przez życia wiek cały
Dla naszej chwały.

Podają wino żółcią roztworzone,
Częstują usta Pańskie upragnione.
Z Stwórcy wszech rzeczy bezbożnie żartują,
Gorzko traktują.

XI

Szarpie łotrostwo Baranka cichego,
Uderza o krzyż Jezusa miłego.
Wyciąga ręce, nogi tak okrutnie,
Jak struny lutnie.

Oddaj ofiarę Najwyższy Kapłanie!
Zaleć nas Ojcu, dobrotliwy Panie!
Na pniu krzyżowym, które się ostało
Ofiaruj Ciało!

XII

Podnoszą w górę z Jezusem machinę,
Ostatnią Jemu zadają ruinę.
Nagle spychają krzyż gruby, wysoki
W dół zbyt głęboki.

Żałując Pana nierozumne skały
Z wielkiego żalu w sztuki się krajały,
A nasze serca czy Boga nie znają,
Że się nie krają?

XIII

Oto już skończył Jezus życie Swoje
Na drzewie twardym za sprośności moje.
Czyń litości nad Nim, proś o zmiłowanie.
Odpuść mi Panie!

Matka Bolesna piastując na łonie
Zmarłego Syna, z żalu we łzach tonie,
Płacze, narzeka, ręce załamuje,
Rany całuje.

XIV

Co czynisz grobie okropne mieszkanie,
Że nam zabierasz najmilsze kochanie?
Zostawiasz tylko na nasze powieki,
Łzy w późne wieki.

 
 
 
 
 
 

Płacz i lamentuj moja nieprawości,
Opłakuj zbrodnie, opłakuj swe złości,
Bo ty tej śmierci stałaś się przyczyną,
Pana ruiną.

 

Należy podkreślić, że śpiewnik ks. Mioduszewskiego do dzisiaj stanowi kanon wśród kościelnych śpiewników. Nie jest znane pochodzenie melodii śpiewanej w Świątnikach. W XIX wieku powyższy tekst śpiewano na melodię innej, dobrze znanej pieśni wielkopostnej Rozmyślajmy dziś, a dzięki zamieszczonemu zapisowi nutowemu można odtworzyć drugą melodię.

droga-1838

Brzmi to następująco:

<<<< Droga krzyżowa 1838 MP3 >>>>
Zapis nutowy świątnickiej wersji, a także jej brzmienie zamieszczam poniżej:

droga_swiatnica

<<<< Świątnicka Droga Krzyżowa MP3>>>>

Skoro już poruszyłem wątek śpiewników kościelnych, to w kontekście świątnickich pieśni należy wspomnieć Śpiewnik Kościelny ks. Jana Siedleckiego, wydawany od 1880 roku do czasów dzisiejszych. Śpiewnik ten doczekał się 41 wydań, lecz także na tym polu nuta współczesności wypiera klasykę. Najbardziej poszukiwanymi i cenionymi śpiewnikami są te pochodzące z wydania XXXIX (1987 r., 1990 r. 1994 r.), zawierające prawie 700 pozycji, niejednokrotnie w kilku wersjach melodycznych. Warto dodać, że jednym z redaktorów owego wydania był świątniczanin ks. Marian Michalec CM. Znalazły się tam dwie pieśni mające w Świątnikach Górnych własną melodię: kolędę Z nieba wysokiego oraz pieśń Witaj, święty Stanisławie. Poniżej prezentuje zapis nutowy oraz linię melodyczną obu pieśni.

siedlecki_Znieba

<<<< Kolęda – Z nieba wysokiego MP3>>>>

siedlecki_Stanislaw

<<<< Witaj święty Stanisławie MP3>>>>

W późniejszych wydaniach Śpiewnika zniknęły alternatywne, świątnickie melodie do tych pieśni. A przecież nie są to jedyne świątnickie aranżacje pieśni kościelnych. Może jednak warto pielęgnować te tradycje, zwłaszcza że nie mamy się czego wstydzić.
Na koniec chciałbym przypomnieć jeszcze jedną pieśń, choć akurat w jej przypadku odejście w zapomnienie nie powinno nikogo dziwić. Pieśń, która łączyła wtedy sacrum i profanum w głównej mierze dlatego, że takie pieśni ludzie mieli odwagę śpiewać tylko w kościele. Pieśń, podczas której każdy angażował wszystkie swoje siły, a kościół drżał od tego wspólnego, gromkiego głosu. W końcu pieśń, której wspomnienie bardzo mocno związane jest ks. proboszczem Stanisławem Koniecznym i pamiętnymi z lat 80. XX wieku Mszami za Ojczyznę. Mam na myśli pieśń Ojczyzno ma. Warto o takich pieśniach nadal pamiętać, chociaż lepiej by było, żeby ta pieśń nigdy nie stała się ponownie aktualna.

Ojczyzno ma (słowa i melodia ks. Karol Dąbrowski)

Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana,
Ach jak wielka dziś Twoja rana,
Jakże długo cierpienie Twe trwa!

Tyle razy pragnęłaś wolności,
Tyle razy gnębił Cię kat,
Ale zawsze czynił to obcy,
A dziś brata zabija brat!

Ojczyzno ma…

Biały orzeł znów skrępowany,
Krwawy łańcuch zwisa u szpon,
Ale wkrótce zostanie zerwany,
Bo wolności uderzy dzwon.

Ojczyzno ma…

O Królowo Polskiej Korony,
Wolność, pokój i miłość racz dać,
By ten naród boleśnie dręczony
Zawsze wiernie przy Tobie trwał!

O Matko ma, Tyś Królową polskiego narodu,
Tyś wolnością w czasie niewoli
I nadzieją, gdy w sercach jej brak!

(Kraków 1981 r.)

<<<< Ojczyzno ma MP3 >>>>

Przypisy:

1 M. Mikuła, Ludzie i wydarzenia w Świątnikach Górnych 1888-1955, Świątniki Górne 2015, s. 64.

2 Urlopnicek – osoba na urlopie w czasie odbywania służby wojskowej

3 Związek Świątnicki, nr 2/1911, s. 14-15.

4 Związek Świątnicki, marzec 1912, s.8.

5 O. Honorat, Sześć Dróg Krzyżowych, Gorzkie Żale i inne pieśni wielkopostne, Warszawa 1900, s. 11-40.

6 X. M. M. Mioduszewski CM, Śpiewnik kościelny czyli pieśni nabożne z melodyjami w Kościele Katolickim używane dla wygody kościołów parafialnych, Kraków 1838, s. 437

Konkurs na Blog Roku 2014

Posted: 15/01/2015 in VI. Ogólne

Opracował Jerzy Czerwiński

Tak naprawdę zagadnienie prostowania historii Świątnik przyświecało mi w chwili, gdy zdecydowałem się na publikowanie własnych, niezależnych opracowań. Jak długo można było spokojnie patrzeć, jak przez ostatnie lata powielane są dawne błędy, hołubione mylne teorie i tworzone nowe legendy. Czemu przy przywoływaniu dobrze znanej przeszłości Świątnik i świątniczan, zamiast korzystać z otwartego w dzisiejszych czasach dostępu do źródeł, bezmyślnie powiela się błędy poprzedników? Czemu upraszcza się historię do rozmiaru broszury, gdzie wszystko jest piękne i ma stanowić powód do dumy? Zamiast tracić czas na próżne dociekania, od ponad trzech lat staram się, opierając o jak największą liczbę materiałów, przywrócić dawnym wydarzeniom ich rzeczywisty przebieg.

STANISŁAW ZE SZCZEPANOWA A ŚWIĄTNIKI GÓRNE

Witraż św. Stanisława wg. proj. Mieczysława Różańskiego.

Witraż św. Stanisława wg. proj. Mieczysława Różańskiego.

O pół mili za Wisłą leży na wyniosłém wzgórzu wieś Świątniki, licząca przeszło tysiąc mieszkańców. […] Wieś Świątniki przed ośmiuset laty była własnością Stanisława Szczepanowskiego, biskupa krakowskiego, który poniósłszy śmierć męczeńską, patronuje po dziś dzień królestwu. Po r. 1772 usunięto spod opieki św. Stanisława małopolskie ziemie przeszłe pod panowanie austryackie, skasowano uroczyste w dniu 8 maja święto, a nadano Galicyi za patrona św. Michała archanioła i nakazano obchodzić solennie dzień 29 września. Włościanie, mieszczanie, a nawet szlachta w całej tej prowincyi zapomniała już dziś o uroczystości św. Stanisława i przyjęła nowego patrona; Świątniczanie przecież, silniej z przeszłością związani, zachowali ją w sercach swoich i święcą dzień 8 maja.

Dziwnie też w tym dniu cała okolica wygląda: dokoła ludzie pracują w polu, huczy młot kowala w kuźni, gęste rozsypując iskry, skrzypią na gościńcu wozy wyładowane, rozlegają się pieśni okopujących ziemniaki; gdy tymczasem w granicy gruntów świątnickich, uroczysta cisza panuje i tylko przerywa ją odgłos dzwonów, głoszący odprawiające się nabożeństwo.

Świątniczanie, zgromadzeni w kościele, śpiewają pieśni z czasów Zygmuntowskich i modlą się pobożnie w świątyni, bo obchodzą podwójną pamiątkę: święto męczennika patrona Polski i pamiątkę swego niegdyś dziedzica”.

Tak Świątniki widział i opisał Władysław L. Anczyc w Tygodniku Ilustrowanym Warszawskim w 1862 roku. Gdy Oskar Kolberg dziesięć lat później przedrukowywał artykuł Anczyca, opatrzył go komentarzem, w którym zaznaczył, że brak jest dowodów potwierdzających przynależność Świątnik do rodowych włości biskupa Stanisława ze Szczepanowa. Do takich samych wniosków dochodzili kolejni XX-wieczni badacze historii Świątnik, coraz bardziej spychając tę tezę w sferę baśni i legend tak, że dziś już nikt nie traktuje tego jako faktu historycznego. Jednak niedawne badania związane historią kapituły krakowskiej i kurii metropolitarnej rzucają nowe światło na to zagadnienie.

W tym miejscu warto przypomnieć w kilku zdaniach świątnickie legendy o św. Stanisławie. Pierwsza wspomina o sporze granicznym między Świątnikami a Sieprawiem. Koń biskupa miał zostawić odcisk kopyta w skale, która odtąd miała stanowić granicę. Skałę tą ze śladem kopyta do dziś zwie się Kopytkiem, choć na przekór woli świętego, od wieków znajduje się po sieprawskiej stronie. Biskup Stanisław miał też ponoć uzyskać schronienie przed królem Bolesławem II, a miejscowi kowale mieli odwrotnie podkuć konie, aby zmylić pościg. Tu właśnie wspomina się, że wieś należała do biskupa, czy nawet została zakupiona od Piotra Strzemieńczyka z Janiszewa, znanego z hagiografii św. Stanisława jako rycerz Piotrowina1. Wróćmy jednak do faktów.

Wiemy doskonale, że wieś Górki, zwana także jako Świątniki, stanowiła prebendę, czyli majątek jednego z prałatów kapituły krakowskiej. Prałat ten pełnił funkcję kustosza katedry, stąd też jego dziedzinę określano jako kustodię. Nazwy pozostałych 35 prebend pochodziły podobnie jak kustodia od sprawowanych w kapitule funkcji (np. kantoria, scholasteria czy dziekania) lub od nazw miejscowości (prebenda bieżanowska, krzeszowska, czy zakrzowska). Ponieważ majątek kapituły był niezależny od włości biskupiej, przez długie lata ten argument zdawał się dyskredytować wielowiekową świadomość świątniczan do ich związku ze świętym męczennikiem. Była to jednak argumentacja całkowicie błędna, gdyż nikt nie zadał pytania, czy tak też się miała sytuacja w latach 70. XI wieku.

Ze wspomnianych badań prowadzonych m.in. przez dra Marka D. Kowalskiego (UJ) wynika jednoznacznie, że kapituła krakowska utworzona została najprawdopodobniej dopiero na przełomie XI i XII wieku. Dokładnej daty nie da się ustalić, gdyż jedynymi prowadzonymi wówczas zapisami były tzw. roczniki, w których brak jest związku między datą wpisu a opisywanymi następnie wydarzeniami. Niemniej jednak udało się z dużym przybliżeniem ustalić, że w pierwszych latach XII w. doszło do rozdzielenia się majątku kościelnego, w wyniku czego powstały odrębne majątki kapituły i biskupstwa. Zatem za czasów św. Stanisława kapituła jeszcze nie istniała, a majątek kościoła był nierozłączny dla każdego biskupstwa i zarządzany przez biskupa.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy w latach 70. XI wieku istniały już Górki vel Świątniki. Ponieważ pierwszego spisu dóbr kościelnych dokonał dopiero Długosz w XV wieku, nie można liczyć na inny dowód pisemny. Być może kiedyś badania archeologiczne potwierdzą istnienie osadnictwa w tym okresie, dziś jednak można jedynie liczyć na dowody pośrednie. A najmocniejszym z nich jest sama struktura kustodii, na której fundus składały się całe pięć wsi (Górki, Trąbki, Szczytniki, Świątniki, Opatkowice) i jeszcze części dwóch innych (Chorowice i Zabierzów Bocheński). Był to ewenement wśród innych prebend kapituły, których fundus składał się z jednej, góra dwóch wsi. Oznacza to, że w momencie utworzenia kapituły, wsie te już istniały i pełniły swoje służebne funkcje, dlatego też kustosz jako zwierzchnik świątników otrzymał tak wielkie uposażenie.

Podsumowując można przyjąć, że wieś Górki może nie należała do rodowych włości biskupa Stanisława ze Szczepanowa, ale w czasach gdy zasiadał on na krakowskim tronie biskupim, wieś ta najprawdopodobniej znajdowała się pod jego rządami. Zatem osobista interwencja biskupa w obronę granic gruntów kościelnych z Sieprawiem niekoniecznie związana jest tylko z legendą.

LEGENDA O KRÓLOWEJ JADWIDZE

Królowa Jadwiga pędzla Czesława Leńczowskiego.

Królowa Jadwiga pędzla Czesława Leńczowskiego.

Zdarzyło się tak, że podczas podróży do Krakowa, z powodów intensywnych opadów, pojazd Królowej Jadwigi uległ uszkodzeniu. Na szczęście z pomocą przebyli mieszkańcy pobliskiej wioski, oferując pomoc w naprawie, a także suche miejsce do przeczekania dla królowej i jej świty w wójtowskiej chacie. Naprawa trwała jednak całą noc, podczas której wójt zdążył przybliżyć ciężką dolę mieszkańców, którzy jak się okazało, zajmowali się posługą w kościele. Rano królowa mogła ruszyć w dalszą drogę i dziękując chłopom, obiecała im pomoc, a ponieważ nie miała nic wartościowego, podarowała wójtowi swoje rękawiczki z koźlęcej skórki. Królowa słowa dotrzymała i w 1397 roku przyznała chłopom przywileje uwalniające ich spod świeckiej władzy sądowniczej.

Przedstawiona powyżej historia, opowiadana w formie legendy świątnickiej, wydarzyła się naprawdę, o czym świadczy zachowany dekret królowej Jadwigi, a także owe rękawiczki królowej, które przez wieki przechowywano w Świątnikach wraz z urzędem wójtowskim. Jest jednak jedno małe „ale”, które gdzieś w wiekach zaginęło, ale nim do tego przejdę, warto przyjrzeć się dowodom.

Po pierwsze należy uzupełnić opowiedzianą historię o kilka szczegółów, które nie pojawiają już się w znanej nam legendzie: wspomniane wydarzenie miało miejsce zimą, a pojazdem królowej były oczywiście sanie. Mieszkańcy udzielający pomocy faktycznie byli tzw. świątnikami, ale swoją posługę pełnili nie w krakowskiej katedrze, a w sandomierskiej kolegiacie N. M. P. I tymże Świątnikom koło Sandomierza, królowa udzieliła swej łaski:

Hedvigis Dei Gratias regina Poloniae (etc.)

Universis et singulis palatinus castellanis, judicibus, subjudicibus, caeterisque officealibus, judcitis terrae nostrae sandomiriensis ubilibet praesidnetibus, ad quos preasentes pervenerint, gratiam nostrem reginalem.

Quia Swirze, Swiątniki et Piekary villes honorabilis magistri Mathaei sacrae theologias professoris, custodis ecclesiae collegiatae sanctae Mariae Sandomiriensis, nostri devote dilecti, in nostrum gratiam specialem recipiendas duximus et de facto receptimus: ideo vobis er vestrum cuilibet praecipimus ac madamus seriose, quatenus dum et quoties aliquis de earundem villarum incolis seu cmethonibus, quos de vestris juris dictienibus praesentibus excipimus, liberamus, ad vestram vel vestrum alicujus praesentiam citati fueruntm de causis ipsorum nullatenus cognoscere praesumatis: quinimo ipses cum universis eorum emergentiis ad tutorum seu praecuratorem, qui ipsis villis deputatus fuerit, judicendos remittatis: qui etiam cuilibet de iisdem incelis quaerulanti, vel rulem velemti justitiam faciet.

Datum Cracoviae in Crastino sancti confessoris Nicolai, anno domini MCCCXCVII

W powyższym immunitecie królowa bierze pod opiekę mieszkańców wsi kustodii kolegiaty sandomierskiej Świerż, Świątniki i Piekary, uwalniając ich od „jurysdykcji wojewodów, kasztelanów, sędziów i podsędków”. Warto tu przypomnieć, że mieszkańcy Świątnik Górnych takie przywileje otrzymali już w 1252 roku z rąk księcia krakowskiego, Bolesława Wstydliwego, a potwierdzono je w 1255 r. Przywileje bolesławskie obejmowały tylko mieszkańców wsi należących do kapituły, czyli m.in. świątników ze Świątnik Górnych, ale nie dotyczyły tych z okolic Sandomierza, gdyż należeli oni do kolegiaty. Królowa Jadwiga nie mogła zatem górczanom dać czegoś, co już posiadali. Wspomniane rękawiczki, przechowywane przez wieki przez sandomierskich świątniczan, można do dzisiaj oglądać w Muzeum Diecezjalnym w Sandomierzu.

Rękawiczki królowej Jadwigi (Muzeum Diecezjalne w Sandomierzu)

Rękawiczki królowej Jadwigi (Muzeum Diecezjalne w Sandomierzu)

Wielu świątniczan zawsze zadawało pytanie, czy młoda księżniczka Jadwiga w ogóle miała okazję przejeżdżać przez Świątniki, gdy zmierzała do Krakowa. Wiadomo, że w średniowieczu istniały dwie drogi łączące Węgry i Polskę. Pierwsza nazywana „szlakiem węgierskim” prowadziła z Krakowa przez Wieliczkę na Bochnię (dolina Wisły), następnie przez Wiśnicz, Czchów, Stary Sącz (dolina Dunajca), Rytro, Piwniczną, Mniszek, Białą Spiską, Poprad (dolina Popradu), następnie dolinami Wagu i Dunaju do Budy. Pochodzenie tego szlaku ma swoje korzenie jeszcze z czasów rzymskich wędrówek nad Bałtyk w poszukiwaniu jantaru. W czasach Kazimierza Wielkiego stanowiła jedną z głównych arterii komunikacyjnych królestwa, stąd też nazywano ją Via Regia Antiqua (Starożytna Droga Królewska) albo Wielką Drogą.

Drugi trakt łączył Małopolskę w Górnymi Węgrami. Nazywano go szlakiem solnym lub miedzianym. Prowadził z Krakowa na Podhale (dolina Raby) i następnie przez Orawę do rejonu Bańskiej Szczawnicy. Olkuski ołów oraz wielicką i bocheńską sól wymieniano tym szlakiem na miedź z tamtejszych kopalń. Znamy dokładny opis przebiegu tej trasy na podstawie lustracji dróg województwa małopolskiego z 1570 roku. Pierwotnie szlak handlowy bieg z Wieliczki przez Dziekanowice i Dobczyce w kierunku na Mszanę Dolną, następnie wzdłuż Raby trasą „zakopianki”. Wspomniana lustracja wymienia także trasę przez Kurdwanów, Łagiewniki, Swoszowice, Wróblowice, Pokrzywnicę i Świątniki. Alternatywą dla niej była droga przez Gaj, Mogilany i Krzyszkowice.

Mapa średniowiecznych szlaków małopolskich według lustracji z 1570 r.

Mapa średniowiecznych szlaków małopolskich według lustracji z 1570 r.

Którym szlakiem zatem podążał orszak księżniczki Jadwigi? Bardziej prawdopodobnym jest szlak węgierski, jako większy, krótszy, lepiej utrzymany i łatwiejszy, tzn. omijający górzyste tereny słowackich Karpat, czego nie można by uniknąć w przypadku podróżowania szlakiem solnym na odcinku między Koszycami i Bańską Szczawnicą. Z traktu węgierskiego korzystał król Jagiełło, gdy udawał się na spotkanie z Zygmuntem Luksemburskim w 1395 roku oraz w 1410 r., a także Władysław Warneńczyk w 1440 roku, gdy udawał się na koronację na Węgry. Czyż przyszłej królowej Polski nie wypadało przybyć najlepszym, królewskim traktem?

Wracając jeszcze do świątnickiej legendy oraz związków królowej ze świątniczanami, z pewnością królowa znana z pobożności, miała bliski kontakt ze świątnikami katedralnymi. Bardzo trudno zbadać, czy kult królowej ma wielowiekową czy też znacznie krótszą tradycję. Na pewno ta część legendy odnosząca się do początków rzemiosła świątniczan jest co najwyżej XIX-wiecznym dodatkiem. Jeśli chodzi o kult religijny, to warto przypomnieć, że Kościół Katolicki beatyfikował królową w roku 1979, a kanonizował w 1997 roku. Głównym inicjatorem kultu królowej Jadwigi był ks. Stanisław Konieczny, który na początku lat 80. uczynił ją drugim patronem parafii, natomiast w dniu 8 czerwca 2014 roku staraniem władz samorządowych i parafii, nadano patronat świętej królowej Jadwigi nad miastem Świątniki Górne.

FABRICA ECCLESIAE

Warsztaty (fabryka) przy katedrze krakowskiej. Czy tak to sobie wyobrażano?

Warsztaty (fabryka) przy katedrze krakowskiej. Czy tak to sobie wyobrażano?

Jest to jedna z największych pomyłek powstałych przy opisywaniu dziejów Świątnik. Istotna o tyle, że związana z najważniejszą dla Świątnik historią, czyli rzemiosłem płatnerskim i ślusarskim.

Wszystko zaczęło się o nazwy łacińskiej księgi: Percepta pro Fabrica Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis, która była księgą rachunków związanych z budową, utrzymaniem i pracami remontowymi katedry krakowskiej. Łacińskie słowo fabrica, a także wywodzące się od niego staropolskie słowo, oznaczało dawniej określony typ budowy rozumianego jako całe przedsięwzięcie wymagające zatrudnienia większej ilości osób, wytwarzania na miejscu materiałów budowlanych i w końcu samą budowę. Stąd też fabryką zwano przede wszystkim procesy budowy zamków, pałaców i kościołów. Sens tego słowa uległ zmianie dopiero w XIX wieku, stając się synonimem zakładu produkcyjnego.

W katedrze krakowskiej księgi fabryki prowadzono od XVI wieku. Kapituła wybierała jednego ze swoich członków do dokonywania wpisów w księdze, którego tytułowano prefektem fabryki (praefectus fabricae ecclesiae). Miał on do pomocy kleryka noszącego tytuł podfabrycznego (vicepraefectus fabricae). Zadaniem obu było zapisywanie kosztów poniesionych przez katedrę na zakup materiałów oraz wynagrodzenie dla rzemieślników wykonujących prace w katedrze. W księgach tych pojawiają się także katedralni świątnicy, którzy otrzymywali możliwość zarobienia kilku florenów za wykonywanie prac wykraczających poza obowiązki względem kustosza. Świątnicy mogli dorobić dodatkowym dzwonieniem, np. w czasie pogrzebu dla uczczenia ważnej osobistości, a także w zwykłych pracach fizycznych przy licznych pracach remontowych i konserwatorskich.

Właściwie ciężko zrozumieć, dlaczego ktoś przekształcił XVI-wieczną fabrykę katedry w zakład rzemieślniczy, w którym świątnicy mieli produkować zamki, kłódki i inne elementy rękodzielnicze. Wszak żaden z badaczy historii rzemiosła nie odkrył takich procesów na wawelskim wzgórzu. Śledząc wszystkie opracowania dotyczące historii świątnickiego rzemiosła można stwierdzić, że każde kolejne opracowanie nacechowane było coraz większą fantastyczną twórczością. Pierwszy o fabryce katedry napisał F. Batko w swojej pracy magisterskiej, gdzie obszernie zacytował fragmenty z księgi fabryki przedstawiające prace rzemieślnicze w katedrze2, zaznaczając jedynie, że świątniczanie mieli w katedrze kontakt ze sztuką rzemieślniczą. W przeciwieństwie do Batki W. Słomka wprost przypisał wykonywanie katedralnych kłódek, zamków, kluczy i siekier katedralnym świątnikom3, a następnie M. Mikuła zacytował fragment z materiałów Batki:

I rzeczywiście trzeba przyznać, że u genezy przemysłu świątnickiego oprócz energii i utalentowania samych Świątniczan w tym kierunku, leży zapewne zachęta prałatów katedralnych, przede wszystkim kustoszów, którym Świątniki były bezpośrednio podległe, a do których należała „fabryka Katedry” (warsztaty) Poczucie ekonomii mówiło im, że najoszczędniej będzie, jeśli stróże katedralni staną się zarazem zdolnymi ślusarzami i potrafią naprawiać psujące się codziennie okucia i zawiasy, zamki, kłódki i rygle; jeśli z czasem zaczną produkować na rzecz nadwornych hufców biskupich husarzy karaceny, bułaty, kordy i misiurki4.

Z publikacji nie wynika, czy są to słowa Batki, czy jakiś cytat oraz kto dopisał „warsztaty” przy wspomnianej fabryce. Niemniej jednak wspomniane opracowania z lat 80. XX wieku rzuciły cień na kolejne prace. Należy podkreślić, że żaden z powyższych autorów nie oparł swego twierdzenia na żadnej publikacji albo materiale źródłowym. W kolejnych opracowaniach m.in. przypisywano świątnikom udział w pracach nad konserwacją i naprawianiem dzwonów czyli ludwisarstwo (sic!) czy nawet wytwarzanie sznurów do dzwonów5. Wszystkie wyjęte wpisy z księgi fabryki wspomniane przez Batkę stały się wytworem działalności rzemieślniczej świątników. Pominę pomniejsze artykuły jeszcze barwniej opisujące początki świątnickiego rzemiosła.

W cyklu wydawniczym „Wypisy źródłowe do dziejów Wawelu” wielokrotnie publikowano roczniki z archiwów kapitulnych i kurialnych krakowskich, w tym wspomnianą także Fabrykę Katedry. Dzięki tym materiałom udało mi się znacznie powiększyć listę wpisów prefekta fabryki wspominających wawelskich świątników zapoczątkowaną przez Batkę. Wypisy te zamieściłem w artykule „Świątnicy ze Świątnik – zarys” i żaden z cytatów nie sugeruje, że świątnicy wykonywali jakiekolwiek prace rzemieślnicze w katedrze. Nawet wpis z 1598 roku „Za siekierę świątnikom 9 gr”, oznacza nie więcej niż to, że katedra zapłaciła 9 groszy za siekierę dla świątników. Należy pamiętać, że w ówczesnym języku polskim inaczej wyglądała odmiana rzeczowników, przez co niektóre zapisy mogą być dziś dwuznacznie odczytywane, co jednak nie stanowi problemu dla językoznawców i dla osób badających dawne dokumenty.

Głównym błędem było zatem błędne tłumaczenie, bez wzięcia pod uwagę staropolszczyzny, a także zaniedbania przy analizie materiałów do opracowań polegające na tym, że poddawano interpretacji nie materiały źródłowe, czy nawet pierwsze opracowanie Batki, lecz późniejsze opracowania i przez to coraz bardziej zaczęto mijać się z faktami.

Osobom, które by miały jeszcze wątpliwości, należy przypomnieć, że świątnicy pełnili codziennie służbę w kościele katedralnym przez całą dobę, a zatem czterech świątników musiało wykonywać te pracę na zmianę. Doliczając czas na konieczny odpoczynek, nie pozostaje wiele czasu na wykonywanie innych prac. Ponadto w tamtych czasach (XV i XVI w.) chłopi nie mogli wykonywać prac za wynagrodzeniem, a dla usług rzemieślniczych wyłączność miały cechy, które nie dopuszczały nikogo do tajemnic i praktyk zawodu. Jeśli kustosz miałby przymusić swoich chłopów do dodatkowej pracy fizycznej, ci podnieśliby protest, jak to czynili, gdy kustosz wymagał od nich coś więcej, niż było zapisane w księgach Długosza, łącznie z pisaniem skargi do papieża. Tu upada też kolejna część tego mitu, która mówi, że świątnicy wiedzę rzemieślniczą wynieśli z przyglądania się i pomagania w tych pracach katedralnych. Prace w katedrze wykonywali tylko najwyżsi rangą mistrzowie cechów rzemieślniczych, którym kuria przyznawała tytuł ślusarza, czy kowala katedry (faber ecclesiae cathedralis Cracoviensis).

Świątnicy poza tym zmieniali się po tygodniu i kolejnych czterech z innej wsi przychodziło na zmianę. Ta sama osoba przez następny rok nie miała obowiązku służby w katedrze, zatem trudno sobie wyobrazić ciągłość produkcji, gdzie następuje taka rotacja niewykształconych pracowników.

Na koniec pozostaje miejsce lokalizacji samej fabryki: zgodnie z zasadami obowiązującymi w Krakowie, położenie kuźni musiało być oddalone od zabudowań, co powodowało, że kuźnie mogły być lokowane albo przy samych murach miejskich, albo w ogóle poza murami we wsiach otaczających miasto, tj. w Kazimierzu, w Kleparzu czy w Wieliczce. Nie ma zatem żadnej możliwości, żeby ktoś lokował warsztaty z kuźniami na wzgórzu zamkowym. Zresztą znany jest dokładny spis nieruchomości kapituły katedralnej i brak w nich informacji o lokalizacji „warsztatów”.

NAZWA MIEJSCOWOŚCI

O historii pochodzenia nazwy Świątniki Górne tak często pisano, że chyba już do świadomości każdego trafiła błędna konkluzja przedstawiająca ewolucje nazwy w następujący sposób: Górki – Górki Świątnicze – Górki Świątniki – Świątniki Górne. Przeczy temu już najstarszy tekst z 1389 roku, gdzie zapisano nazwę Świątniki, a także liczne XV-wieczne zapisy grodzkich ksiąg sądowych, które zawsze na pierwszym miejscu wymieniają nazwę Świątniki. Z kolejnych zapisów wynika, że do XVIII wieku nazwy Świątniki i Górki pojawiają się równolegle, przy czym w księgach kościelnych używano tylko nazwy Górki, natomiast w pozostałych nazwę Świątniki lub obie nazwy (np. Górki zwane Świątnikami). Kustosz katedralny używał nazwy Górki dlatego, że posiadał w swoich dobrach druga miejscowość zwaną Świątnikami, zatem nie chciał, żeby dochodziło do nieścisłości i nieporozumień. Używał dodatkowo przymiotnika „świątnicze” do wszystkich gromad, nad którymi sprawował pieczę (np. „Trąbki świątnicze”). Stosowano zatem do końca XVIII wieku w terminologii kościelnej nazwy: Górki i Górki Świątnicze (a mieszkańców nazywano górczanami) oraz nazwy Świątniki lub Świątniki zwane Górkami w terminologii świeckiej (administracja, mapy, podatki). Taki stan zastała administracja austriacka.

Podkrakowskie Świątniki przez następne kilkadziesiąt lat dzieliły wspólny los ze Świątnikami koło Szczytnik, należąc pod względem administracyjnym do tego samego klucza biskupickiego. W metryce józefińskiej zapisano obie nazwy, tj. Świątniki Górki. Niemieckojęzyczna administracja austriacka, postępując podobnie jak kustosz krakowski, postanowiła uniknąć powtórzeń i nadawała nazwom miejscowości przymiotniki „Górne”, „Dolne”, „Średnie” od położenia geograficznego oraz „Wielkie” lub „Małe” od ilości mieszkańców. Podobnie rzecz się miała w wielu innych galicyjskich miejscowościach, takich jak Barwałd, Kasina czy Łososina. Stąd też najprawdopodobniej powstały w jednym czasie nazwy Świątniki Dolne i Świątniki Górne, a tylko przypadek sugeruje związek przymiotnika „górne” z dawnymi Górkami.

KOŚCIÓŁ I PARAFIA

Początki świątnickiego kościoła w dziwny sposób przyciągają liczne błędy, od „literówek” w datach po merytoryczne rozważania. Zauważalny jest brak zrozumienia w rozróżnieniu pojęć kapelani, która została utworzona w 1846 roku oraz parafii, która postała dopiero w roku 1888. W latach 1846-1888 świątnickim kościołem parafialnym wciąż pozostawały Mogilany, a kolejni duszpasterze byli kapelanami. Pierwszym proboszczem został dopiero ks. Franciszek Karpiński. Z najbliższych rocznic, jakie będzie można obchodzić, to w 2016 roku będzie 170 lat duszpasterstwa w Świątnikach, a w 2018 roku – 130 lat parafii.

Największe kontrowersje budzą teorię o pochodzeniu budynku kościoła, a konkretnie planów. Najbardziej wiarygodna jest wersja, że przywieźli je świątniccy kupcy. Można znaleźć taką wersję, że dokonali tego świątniccy kłódkarze, jednakże autor zapomniał, że kłódkarze rozprowadzali swoje towary jedynie w zasięgu kilkudziesięciu kilometrów podróżując pieszo. Tylko kupcy mieli środki lokomocji, żeby dostać się na Węgry (Galicja w tamtych czasach nie posiadała żadnych połączeń kolejowych z innymi państwami cesarstwa).

F. Batko tak przedstawił pochodzenie planów budowy kościoła:

Do chwili obecnej utrzymuje się tradycja, że plany budowy kościoła przywieźli kupcy świątniccy z węgierskiego Debreczyna, gdzie rzeczywiście w tym czasie wybudowano piękny kościół w stylu klasycystycznym (1805-1819)6.

W rzeczywistości Batko opisał neoklasycystyczny Wielki Kościół Ewangelicki (węg. Nagytemplom), budowany w latach 1805-1824, o powierzchni 1500 m2, który wybudowano w całkowicie innym architektonicznym stylu i w żadnej mierze nie przypomina świątnickiego kościoła. Nieprawdopodobne jest zatem, żeby pierwowzorem kościoła w Świątnikach była kalwińska bazylika. Zadziwia zatem upór, z jakim w każdej kolejnej publikacji powtarza się tak bezsensowną informację.

Wielki Kościół Ewangelicki w Debreczynie - czy to jest bliźniaczy gmach świątnickiego kościoła? (Wikimedia)

Wielki Kościół Ewangelicki w Debreczynie – czy to jest bliźniaczy gmach świątnickiego kościoła? (Wikimedia)

W Debreczynie w tamtym okresie istniał tylko jeden rzymskokatolicki kościół, czyli barokowa katedra św. Anny. Kościół ten powstał 100 lat przed rozpoczęciem budowy w Świątnikach i podobnie jak poprzednik, prezentuje odmienny styl konstrukcji.

Barokowa bazylika św. Anny w Debreczynie - podobieństwo tylko w kolorze.

Barokowa bazylika św. Anny w Debreczynie – podobieństwo tylko w kolorze.

Z miejscowości, w których miał znajdować się pierwowzór świątnickiego kościoła wymieniano także węgierski Pecz (Fünfkirchen), jednak i tam brak jest kościoła z okresu pierwszej połowy XIX w podobnego do świątnickiego.

Być może plany kościoła faktycznie zostały sprowadzone z Węgier, jednakże niekoniecznie gdzieś musi istnieć pierwowzór, a świątniczanie po prostu zamówili i zakupili u polecanego projektanta projekt kościoła na miarę swoich potrzeb.

CUDOWNE OCALENIA

Historia uczy nas, że gdy społeczność jest doświadczana wielkimi tragediami, przetrwanie urasta do rangi religijnego cudu. Świątniki nie są tutaj szczególnym wyjątkiem, a wspomnianymi tragicznymi wydarzeniami były wielki pożar z 1889 roku oraz niemiecka okupacja w czasie II wojny światowej. Legendy powstałe w związku z tymi wydarzeniami łączy przekonanie o cudownym ocaleniu miejscowości nadmieniając jednak, że powstały one znacznie później po owych tragediach i autorzy nie do końca mieli pojęcie o panującej wówczas sytuacji. Ponieważ tematykę zarówno wielkiego pożaru, jak i II wojny światowej omówiłem szczegółowo w odrębnych opracowaniach, przejdę od razu do meritum.

W nocy z 23 na 24 października 1889 r. ogień z podpalonych kupieckich stodół silny wiatr wiejący z zachodu przeniósł na zabudowania mieszkalne. Straż Ogniowa bezskutecznie walczyła z żywiołem do czasu, aż nad ranem wiatr ucichł. Zgodnie z jednym z podań, cmentarna figura Maryi Panny miała obrócić głowę w kierunku kościoła i w ten sposób uratować święty przybytek przed ogniem. Jest też drugie podanie opisujące grupę wiernych modlących się pod wspomnianą figurą o ocalenie – modlitwa miała zostać wysłuchana i pożar miał zostać ugaszony zbawiennym deszczem. Problem z tym drugim podaniem jest taki, że owy deszcz się nie pojawił, a spalenie trzeciej części zabudowań mieszkalnych w miejscowości, jedna ofiara śmiertelna i kilkaset osób bez dachu nad głową i środków do życia z całą pewnością nie można nazwać mianem „cudu”.

Zasięg pożaru z 1889 r.

Zasięg pożaru z 1889 r.

To, że Świątniki przetrwały prawie nienaruszone zarówno niemiecką okupacje, jak i sowieckie „wyzwolenie”, budziło w niejednym bogobojnym świątniczaninie chęć dziękczynienia w postaci modlitw i pielgrzymki do Kalwarii Zebrzydowskiej. Doprowadziło to do powstania trzech opisów cudownych ocaleń miejscowości.

Pierwszy z nich ma wyjaśniać przyczynę corocznych kalwaryjskich pielgrzymek i nawiązuje do lipca 1944 roku. Jednemu z partyzantów lokalnych miała przez przypadek wypalić broń w czasie, gdy nad miejscowością przelatywał niemiecki samolot. Niemcy mieli uznać to za znak agresji i zaatakować artylerią ulokowaną w okolicach Bożęty. Jednakże cudownie zesłana mgła miała przysłonić całe świątnickie wzgórze udaremniając bombardowanie. Autor nie wyjaśnił czemu Niemcy nie poczekali, aż mgła się podniesie lub po prostu podjechali 10 km i ogniem spacyfikowali krnąbrną osadę. Gdyby to wydarzenie miało miejsce, Niemcy oczywiście mogli śmiało bombardować Świątniki nawet przy dużej mgle – wystarczy do tego kompas i mapa wojskowa. Jednakże sam pomysł użycia artylerii przeciwko miejscowości byłby ewenementem w sztuce wojennej pomijając już fakt, że hitlerowskie Niemcy były w mocnej defensywie i cierpiały na braki w uzbrojeniu licząc każdą kulę karabinową i pocisk armatni.

Kolejne dwie legendy opisują styczeń roku 1945. Tym razem zagrożenie dla osady było bardziej rzeczywiste, gdyż mogła znaleźć się na linii frontu. W jednej wersji Świątniki miały być zbombardowane, lecz i tym razem mgła miała ocalić osadę. Jedyną stroną mogącą w tym czasie kogoś bombardować była Armia Czerwona, choć zważywszy na znikome znaczenie strategiczne miejscowości, nie było powodu do takiej akcji. Bardziej nurtującym pytaniem jest, w jaki sposób ktoś ze świątniczan dowiedział się o planach bombardowania…

Najbardziej realistyczna jest historia, jakoby Niemcy stacjonujący w Gaju mieli szykować ostrzał na Świątniki, spodziewając się ataku ze wschodu. Informacje o tym mieli świątniczanom dostarczyć mieszkańcy Mogilan. Co prawda główne siły Armii Czerwonej nie zaatakowały Kraków od południa, ale być może chodziło o moment, kiedy uciekający z Krakowa Niemcy planowali przebijać się na zachód przez Skawę. W legendzie ostrzał miała uniemożliwić gęsta mgła. Jak wiadomo jednak z przekazu świątniczan, do wymiany ognia artyleryjskiego jednak doszło. Cudowna mgła zatem nie powstrzymała wymiany ognia, czego świadectwem były dziesiątki lejów po pociskach. Szczęśliwie nie było ofiar, a same zabudowania nie ucierpiały bardzo z wyjątkiem dachu kościoła.

WALKA KLAS WIECZNIE ŻYWA

Jedyną pracą naukową dotyczącą przeszłości Świątnik Górnych jest praca doktorska z zakresu socjologii Władysława Kwaśniewicza, która do dzisiaj stanowi cenne źródło informacji o tym, jak wyglądało życie świątniczan w XIX i XX wieku. Praca ta niestety była tworzona w latach 50. ubiegłego wieku, skutkiem czego wszelkie formułowane wnioski z przeprowadzonych naukowo badań musiały zgadzać się z ówczesną myślą ideologiczną. Życie świątniczan zostało przedstawione jako typowy model walki klas społecznych z dzieł Karola Marksa. Czy zatem nie jest dziwne, że czytając współczesne opracowania historyczne, wciąż powtarzana jest ta ideologia? Czemu współcześni badacze nie są w stanie wyciągać samemu wniosków z szerokiego materiału badawczego Kwaśniewicza tylko powtarzają teorie walki klas rodem z lat 50. XX wieku?

We wspomnianej pracy przedstawiono biednych rzemieślników świątnickich (klasa robotnicza, proletariat) bezwzględnie uciskanych przez kapitalistycznych kupców (burżuazja), którzy tanio skupywali kłódki, a sprzedawali je drożej. Największe nieprawości dokonywali jednak kupcy poprzez zmienną cenę skupu towarów zależną od pory roku, w rezultacie najtańszy towar był sezonie zimowym. A przecież wiadomo było, że skoro handel również był sezonowy, to cena towaru w czasie od jesieni do wiosny, kiedy nie można było poruszać się wozami po drogach, musiała być niższa. Wszyscy dziś jesteśmy przyzwyczajeni do niestałości cen produktów sezonowych (warzywa, owoce), gdzie różnice cen w ciągu roku są wielokrotne. Zresztą rzemieślnicy mogli sobie radzić, gdyby proporcjonalnie to cen skupu zwiększali produkcję oraz magazynowali produkty, ale oznaczałoby to zaangażowanie w pracę znacznie większe, niż praca 3 dni w tygodniu, a także zgoda wśród rzemieślniczej braci na zorganizowanie wspólnych magazynów dla produktów.

Szkoda jednak, że to, co wie każdy współczesny przemysłowiec i rozumie każdy współczesny człowiek, nie jest w stanie przyswoić historyk. I stąd w każdym ze współczesnych opracowań powtarzany jest wciąż ten sam model „złych” kupców i „dobrych” rzemieślników. I choć dziwi to niezłomne przywiązanie do marksistowskiej oceny biegu historii, to w rezultacie przedstawia się zupełnie inną rzeczywistość niż ta, która była w XIX wieku. Zwykło się przedstawiać jedynie napięcia w relacjach między kupcami a rzemieślnikami, które faktycznie istniały, choć nie jesteśmy w stanie dziś ocenić wielkości tego zjawiska. Nie mogło być one jednak aż tak dominujące, skoro w okresie międzywojennym tak doskonale układała się współpraca przy tworzeniu spółek przemysłowych. Zwracano uwagę również na chłodne stosunki między kupcami, natomiast całkowicie ignoruje się konflikty między kłódkarzami, a przecież one miały największe znaczenie dla świątnickiego przemysłu. Kwaśniewicz tematykę tę ominął szerokim łukiem, bo skłócona klasa robotnicza źle by się prezentowała w pracy doktorskiej, jednak te relacje są dobrze znane dzięki ówczesnej gazetce Związek Świątnicki. To właśnie te konflikty blokowały wszystkie inicjatywy rozwoju przemysłu na początku XX w. Upadały kolejno pomysły wspólnych magazynów czy wspólnej fabryki na bazie istniejącej Spółki Ślusarskiej. Niezgoda ludzka sprawiła, że pomysły te realizowało następne pokolenie w II RP.

BRUCHNALSKI I SPÓŁKA

Historia Szkoły Ślusarskiej i podźwignięcie świątnickiego rzemiosła dzięki działalności takich ludzi jak Kazimierz Bruchnalski jest niewątpliwie warta wielokrotnego przypominania. Pierwszy dyrektor szkoły choć spędził w Świątnikach tylko 6 lat, na trwale zapisał się w historii miejscowości, dając przykład przedsiębiorczości, zaangażowania i pokonywania przeszkód w dążeniu do wyznaczonych celów. I choć uczynił on tak wiele dla Świątnik i świątniczan, że pamięć o nim nie powinna nigdy zginąć, z nieznanych przyczyn zaczęto mu przypisywać zasługi innych.

Kazimierz Bruchnalski, ok. 1890 r.

Kazimierz Bruchnalski, ok. 1890 r.

Zresztą śledząc publicystykę na ten temat z ostatnich lat nie trudno dostrzec tendencje do jak największego upraszczania (broszurowania) historii o Szkole i Spółce Ślusarskiej w rezultacie otrzymując jednostronny przekaz przedstawiający działalność obu tych instytucji tylko jako ciąg sukcesów. W ten sposób zacierana jest dobrze udokumentowana prawda czy nawet, jak to za chwilę przedstawię, promowany jest fałsz.

Wypada zacząć od inicjatywy powstania Spółki Ślusarskiej, którą to w Świątnikach ostatnio zaczęto przypisywać Bruchnalskiemu, tymczasem taka inicjatywa powstała podczas finalizowania projektu założenia szkoły. Posłowie dr Weigel i ks. Kopyciński już w 1884 roku przyjęli założenie, że samo utworzenie szkoły zawodowej to tylko połowa drogi do realizacji celu podniesienia rękodzielnictwa rzemieślniczego w Świątnikach, bo drugą musi być utworzenie spółki rzemieślników. Gdy Bruchnalskiemu w 1887 roku powierzono misję w Świątnikach, miał on zarówno utworzyć tam szkołę zawodową, jak i nakłonić miejscowych majstrów do utworzenia spółki.

Niesłusznie również przypisuje się dyrektorowi szkoły funkcję prezesa Spółki. Wszak z założenia miała to być spółka rzemieślników i ci spośród siebie wybierali władze spółki. Bruchnalski natomiast tymczasowo przyjął funkcję dyrektora technicznego, bo w czasie, kiedy szkoła ślusarska dopiero rozpoczynała nauczanie, nie było wśród lokalnych rzemieślników osób o wykształceniu pozwalającym na prowadzenie ksiąg rachunkowych, formułowaniu ofert czy prowadzeniu przedsiębiorczości na znacznie wyższym poziomie niż domowego warsztatu. Jak podaje Mikuła, pierwszym prezesem był Stanisław Bodzoń (Zuberek)7.

Kolejnym nieprawdziwym stwierdzeniem jest uznawanie Spółki za monopolistę w dziedzinie produkcji kłódek w porównaniu z lokalnymi kupcami. Wystarczy przytoczyć kilka liczb: w latach 80. XIX wieku w Świątnikach było ok. 700 rzemieślników, w roku 1910 było ich dokładnie 14848. W tym czasie świetności Spółki liczba członków wynosiła 150. Ponieważ było zaledwie kilka rodzin kupieckich, średnio na jednego kupca przypadało kilkakrotnie więcej rzemieślników niż pracowało w Spółce. Zaangażowanie się zaledwie 10% miejscowych rzemieślników w działalność Spółki raczej wypadłoby nazwać znikomym niż monopolistycznym.

Ślusarze zrzeszeni w Spółce Ślusarskiej, 1889 rok

Ślusarze zrzeszeni w Spółce Ślusarskiej, 1889 rok

Najbardziej niezrozumiałe jest jednak przedstawianie Spółki jako sprawnie funkcjonującego przedsiębiorstwa. Tu znów liczby zadają temu kłam. Wystarczy bowiem przejrzeć rachunki Spółki, żeby się przekonać, że w 1909 roku zadłużenie jej wynosiło 20 tys. złr. (połowa kosztów utworzenia szkoły ślusarskiej). Spółka otrzymywała jednak stałą pomoc ze strony państwa w postaci kredytów oraz zwolnień podatkowych i taki stan utrzymywał się, dopóki samo państwo nie zaczęło odczuwać kosztów prowadzenia działań zbrojnych. Problemy gospodarcze oraz zaangażowanie samej Spółki w działalność na Bałkanach spowodowało w ostatnich latach przed I wojną światową zamrożenie części kapitału Spółki. Zresztą jak bardzo Spółka była sprawnym przedsiębiorstwem świadczą lata międzywojenne, kiedy to wobec braku pomocy państwa i uwolnionej gospodarki Spółka częściej wstrzymywała działalność niż ją prowadziła.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że przy tak przedstawionych przymiotach przypisuje się Spółce zrealizowanie jej statutowego założenia. Władze Spółki nie potrafiły jednak zjednać sobie nawet większości rzemieślników ani dogadać się z lokalnymi kupcami w celu podjęcia wspólnych inicjatyw. Spółka pokazała, że można tworzyć przedsiębiorstwa rzemieślnicze, z czego skorzystało dopiero następne pokolenie w latach międzywojennych, jednak sama nie potrafiła wziąć na siebie odpowiedzialności za kierunek rozwoju świątnickiego rzemiosła. A nie tak daleko szukając, do powstałej w podobnym czasie spółki kowalskiej w Sułkowicach, nie przystąpiło tylko trzech kowali. Zatem można było.

To tylko część świątnickich mitów, które najczęściej wychodzą ostatnimi czasy na światło dzienne. Jeżeli w powyższym artykule tematykę tła historycznego omówiłem pobieżnie, to tylko dlatego, że poświęciłem temu zagadnieniu odrębne opracowanie.

Przypisy:

1 S. Udziela, Legendy o św. Stanisławie, Ilustrowany Kurier Krakowski, 1925.

2 F. Batko, Przemysł metalowy w Świątnikach Górnych pod Krakowem w XVIII wieku (szkic historyczny), maszynopis, s. 37.

3 W. Słomka, Świątniki Górne, 1985

4 M. Mikuła, Świątniczanie. Strażnicy katedry wawelskiej, 1989 r.

5 W. Szczygieł, Świątniki Górne. Historia, kultura i tradycja na przestrzeni dziejów. Kraków 2001.

6 Cytat za F. Batki, Pisma z historii Świątnik Górnych i okolic, UMiG Świątniki Górne 2008, s. 32

7 M. Mikuła, Ludzie i wydarzenia w Świątnikach Górnych 1888-1955, wersja cyfrowa, s. 21.

8 Związek Świątnicki nr 1/1911, dane z powszechnego spisu ludności z 31.12.1910 r.

Opracował Jerzy Czerwiński

Chciałbym niniejszym artykułem poruszyć temat skrzętnie dotychczas pomijany przy opisie dziejów Świątnik, czyli jak wyglądało życie świątniczan, z czego żyli, kto sprawował władzę zwierzchnią i samorządową. Próżno dotychczas można było szukać wzmianki o lokalizacji Świątnik na prawie niemieckim. Postaram przybliżyć również ówczesne systemy administracyjne w odniesieniu zarówno do kraju, jak i samych Świątnik. Opiszę, jak zmieniała się zabudowa i co warunkowało te zmiany.

OD ŚREDNIOWIECZA DO HABSBURGÓW NA TRONIE

Niewiele można podać faktów z życia Świątnik – Górek w pierwszych wiekach od powstania osady, czyli począwszy od końca XI wieku. Historia powstania kapituły przy biskupstwie krakowskim dość jednoznacznie sugeruje, że Świątniki znajdowały się w dobrach kościelnych jeszcze przed jej utworzeniem, a mieszkańcy świadczyli posługę w katedrze pod nadzorem kustosza. Wraz z powstaniem kapituły, kustosz o godności prałata otrzymał w ramach swojej prebendy wszystkie wsie, z których wywodzili się katedralni świątnicy i tym samym Świątniki weszły w skład fundusu1 kustodii. Nie znamy początkowej liczby kmieci – świątników zobowiązanych do posługi w katedrze krakowskiej. Mogło być ich mniej niż w wiekach późniejszych.

W owych pierwszych wiekach istnienia osady kustosz jedynie czerpał materialne korzyści wynikające z wypłacanego w naturze czynszu. Władzę sądową otrzymał po przyznaniu przywilejów z 1252 i 1255 roku. Utrwaliła się liczba 12 świątników ze Świątnik, tj. każde z 12 siedlisk osady zobowiązane było wysunąć swojego przedstawiciela do obowiązkowej posługi w katedrze. Musiały minąć lata, zanim wykarczowano prastary las Czarnej Puszczy i przygotowano teren pod gospodarkę rolną, opartą wówczas na systemie przemienno-odłogowym, tj. uprawianiu kolejno przez 6-7 lat trzeciej części gruntu, pozwalając pozostałym ugorowanym polom odzyskać żyzność.

Analizując zmiany, jakie dokonywały się w okolicznych miejscowościach, można z pewnym przybliżeniem przyjąć, że pod koniec XIII wieku lokalizacja Świątnik została przekształcona na prawie niemieckim (magdeburskim) w wieś niwową. Struktura osady oraz jej położenie wokół szczytu masywu Pogórza Wielickiego sprzyjały takiemu przekształceniu miejscowości. Osada tego typu składała się z dwóch części – niwy domowej, czyli pewnej wydzielonej strefy przeznaczonej tylko pod zabudowę oraz z niwy uprawnej otaczającej zabudowania.

W Świątnikach niwą domową określano mianem siedlisk, o czym wspomina m.in. Długosz w Liber beneficiorum. Siedlisk tych było 12, ale nie był to podział na równe części, o czym świadczą opłaty czynszowe – 8 siedlisk płaciło kustoszowi czynszu po 1/2 grzywny, a pozostałe 4 po 1/4 grzywny. Miarą zamożności była liczba sztuk posiadanego żywego inwentarza. Ponieważ granica między częścią mieszkalną a częścią uprawną była bardzo sztywna i przestrzegana, do końca XIX wieku Świątniki zachowały swój niwowy charakter, czego cechą charakterystyczną było znaczne zagęszczenie zabudowy rozwijającej się wsi. W centralnym punkcie osady znajdowała się studnia opisywana jeszcze w XIX wieku (jedna z lokalnych tradycji podaje, że studnia ta została zasypana, a w jej miejscu postawiono figurę św. Floriana). Siedliska obejmowały swym zasięgiem obszar Zboisk, Gwoźnicy, okolice Rynku oraz najbliższe centrum części Kosterki i Wąwozu. Między gęstą zabudową powstała pajęczyna ulic, a taki typ urbanistyczny określa się mianem ulicówki.

Tereny rolne otaczały wokół osadę z wyjątkiem jarów i wąwozów, których otoczenie stanowiły krzewy. Tych było niemało, co nie uszło obserwacji Jana Długosza, który pisał: habet etiam praedicta villa bona virgulta pro sanctuariorum necessitate, czyli „Ma owa wieś piękne krzaki na potrzeby świątników”. Krzewy zapewniały wiklinę, chrust oraz materiał do prostych konstrukcji. Poza tym tereny zakrzewione pod względem podatkowym traktowano na równi z gruntami ornymi. Jeszcze pod koniec XX wieku wielu mieszkańców chodziło „do krzoków” zbierać potrzebne surowce.

Istniejące przed przekształceniem wsi gospodarstwa rolne zostały scalone w jeden wspólny dla całej osady obszar. Wprowadzono znacznie wydajniejszy system agrarny w postaci trójpolówki, tj. dzielono pola na 3 części i następnie pierwsze obsiewano jesienią zbożem ozimym, drugie wiosną zbożem jarym, a trzecia przez rok była ugorowana stanowiąc jednocześnie pastwisko. Pola nie były wydzielone dla poszczególnych mieszkańców miedzami, lecz każdy użytkował określony pas ziemi od początku do końca pola, a dla uniknięcia ewentualnych rozbieżności pasy wydzielano żerdziami. O ile urzędowo stosowano miary powierzchni takie jak morgi (mórg chełmiński liczący 0,5985 ha) i łany (mniejszy, chełmiński liczący 30 mórg oraz większy, frankoński mający mórg 48), ludność przy określeniu wielkości pola posługiwała jednostkami długości opisującymi szerokość pola w skibach, łokciach (0,60 m), prętach (2 kroki, czyli 4,466 m), czy zagonach (pas pola szerokości najczęściej 6 skib, czyli jednego kroku 2,233 m). Większe długości wyrażano w sznurach (10 prętów, czyli 44,665 m) oraz w stajach lub stajaniach (3 sznury, czyli 133,996 m). Wobec braku miedz istniała konieczność, aby wszelkie prace dokonywane przez uprawiających pole były wykonywane w tym samym czasie.

Oprócz wspomnianych pól i krzaków na północy oraz na południu Świątnik znajdowały się stawy rybne położone w pobliżu potoków. Do dziś zachowała się miejscowa nazwa Stawiska określająca łąki w północnej części Gwoźnicy. Stawy te jednak nie były zbyt liczne, gdyż ukształtowanie terenu nie pozostawiało zbyt wiele miejsca na ich usytuowanie, a także żadne zobowiązanie w naturze świątnickich kmieci nie było wyrażone w rybach. Ze stawów, podobnie jak z pól, korzystała zapewne solidarnie cała osada.

Świątnicka wspólna niwa rolna miała swój podział odpowiadający 12 siedliskom. Tereny użytkowane rolniczo (łącznie z krzakami) wraz z siedliskami tworzyły zagrody, a ich nazwy pochodziły od nazwiska władającego nimi danego rodu świątnickiego. Czy zagrody stanowiły jeden ciągły obszar gruntu? Dotychczas odpowiadano na takie pytanie twierdząco i próbowano lokalizować konkretne zagrody w odpowiednich częściach Świątnik. Jednakże w XVIII wieku zagrody nie stanowiły już jednego, oddzielnego obszaru gruntu, lecz były między sobą wymieszane. Świadczą o tym zapisy w księgach sądowych kustosza katedry krakowskiej, które zawierają najwięcej informacji o strukturze własnościowej gruntów z dostępnych źródeł. Przykładowo grunty zagrody Synowcowskiej leżały m.in. na Wstroniu, Leńcach i Kopaniu, a Zaczkowskiej na Michałce, Wądołach i Zboiskach. Być może na skutek zawierania przez wieki małżeństw głównie wewnątrz tej samej społeczności doszło do porozdzielania niegdyś jednolitych gruntów zagród.

Zarówno najstarszy dokument wspominający o Świątnikach, jak i ostatnie materiały z czasów rządów kustosza katedralnego, wspominają pojęcie cząstki gruntu, występujące we wsiach niwowych i opisujące konkretny pas gruntu rolnego, który dana osoba posiadała i obrabiała. Początku i końca takiego pasa nie było potrzeby definiować, gdyż zawsze dotyczyło to po prostu początku i końca pola, które mogły stanowić np. linia zabudowy, droga, las, potok czy granica wsi. Ewentualny podział następował jedynie wzdłuż pola (względem szerokości cząstki).

Rolnictwo było podstawą świątnickiej egzystencji także w wiekach XVII i XVIII, czyli w erze intratnego płatnerstwa i kowalstwa. U schyłku I Rzeczypospolitej, gdy połowa mieszkańców zajmowała się produkcją zbroi, broni i wszelakich wyrobów żelaznych, wobec kontrolowanego przez kustoszów rynku zbytu towarów (zgodnie z ustawą magistrów płatnerskich góreckich z 1755 roku każde podejmowane zlecenie płatnerskie musiało być zgłoszone urzędowi wójtowskiemu i jawne wobec pozostałych magistrów) oraz mało rozwiniętego handlu, świątniczanie poprzez uprawę roli musieli sami sobie zapewnić wyżywienie, a także opłacić należne podatki w naturze.

Własność gruntów. Grunty w średniowiecznych Świątnikach należały do mieszkańców, którzy mogli dowolnie nimi rozporządzać. Przeniesienie własności odbywało się albo przed samym kustoszem, albo przed urzędem wójtowskim, po czym wójt był zobowiązany następnie przedstawić kustoszowi ową umowę. Nie były z racji tego pobierane dodatkowe opłaty, aczkolwiek prowadziło to do kontroli, czy cena z umowy sprzedaży nie jest zawyżona lub zaniżona. Oczywiście dochodziło do umów pozaurzędowych, ale ich ryzyko polegało na tym, że w razie późniejszych dochodzeń np. spadkowych, ważniejsze były te umowy, które zawierano przed kustoszem (na zbliżonych zasadach funkcjonuje dziś rękojmia ksiąg wieczystych). Poza umowami kupna-sprzedaży grunty można było również zastawić pod pożyczkę lub jako spłatę długu. Tu również zalecane było poinformowanie o tym kustosza albo wójta i przysiężnych, aby mogli później świadczyć. Należy też zwrócić uwagę na równość mężczyzn i kobiet wobec prawa rozporządzania swoimi dobrami, o czym najlepiej świadczy najstarszy wpis dotyczący Świątnik z 1389 r., w którym sprzedającymi są dwie świątniczanki.

Warto zwrócić na uwagę na zasady dziedziczenia gruntów. Grunty dziedziczyło się zarówno od strony ojca, jak i matki. Rozróżnienie to było bardzo istotne zwłaszcza w sytuacji, kiedy dochodziło do wielokrotnych małżeństw dokonywanych po śmierci wcześniejszego małżonka. Właściwie do połowy XIX wieku przeciętna rodzina świątnicka posiadała 2-3 dzieci łącznie z rodzeństwem przyrodnim. Wobec znikomej wiedzy medycznej duża śmiertelność dotykała zwłaszcza dzieci i kobiet. Po rodzicach ziemie przechodziły na dzieci. Jeśli umierał ojciec, ziemie przekazywane były dzieciom, natomiast matce zostawała ta część, która stanowiła jej wiano. W związku z liczną pajęczyną powiązań genealogicznych istniało wiele lokalnych zasad i zwyczajów dotyczących sposobu przekazywania ziemi np.: według zwyczaju y ustaw świątnickich szczytnickich i góreckich, kiedy wdowiec pannę bierze za żonę, to iey trzecią część tych pieniędzy, których rola ta wart na którey siedzi, za wiano dać powinien.2 Powyższe prawo miało chronić kobiety w razie przedwczesnej śmierci małżonka.

Administracja. Świątniki przez wieki terytorialnie znajdowały się w województwie krakowskim i powiecie szczyrzyckim. Miało to jedynie znaczenie przy ściąganiu podatków państwowych. Mniejszymi jednostkami podziału kraju były parafie (fary), a Świątniki do czasu tworzenia kapelanii w 1846 roku należały do parafii w Mogilanach wraz Włosaniem i Konarami.

Urząd wójta wywodził się ze wspomnianego niemieckiego prawa lokalizacji i dotyczył przedstawiciela zarządcy ziem, którym w przypadku Świątnik był kustosz krakowskiej katedry. W księgach sądowych kustosza przedstawiono sposób wybierania wójta oraz przebieg jego zaprzysiężenia. Mieszkańcy Świątnik mogli kustoszowi przedstawić swoich trzech kandydatów na wójta, ale ostateczny wybór należał do kustosza, jak również mógł on w sytuacji, gdy nie podobały mu się kandydatury, wybrać samemu. Kadencja trwała rok, przy czym w razie niewywiązywania się wójta ze swojego urzędu, kustosz mógł w każdej chwili złożyć go ze stanowiska.

Wójt realizował władzę wykonawczą kustosza w osadzie. Odpowiedzialny był za ściąganie podatków, czynszów oraz zobowiązań wsi wobec kustosza, proboszcza i władzy świeckiej. Prowadził poprzez pisarza urzędowego zapisy na wzór akt sądowych kustosza i mógł rozstrzygać w sprawach spornych mniejszej wagi. Z pełnionym urzędem nie wiązała się zbytnia gratyfikacja ze strony kustosza, a obowiązków było niemało, które trzeba było pogodzić z pracą na roli oraz zleceniami płatnerskimi. Reszta mieszkańców nierzadko wyrażała swoje niezadowolenie wobec urzędowych czynności wójta poprzez rękoczyny łącznie z ciężkimi pobiciami. Za uchylanie się wójta od objęcia urzędu i wypełniania swoich obowiązków groziły poważne kary cielesne.3

Wójt działał zgodnie z ustalonymi zasadami wywodzącymi się z reguł prawa magdeburskiego, czyli lokalizacyjnego prawa niemieckiego, o czym najdobitniej świadczy poniższy cytat z Akt sądowych kustosza katedry krakowskiej:

Po takowey przysiędze, według prawa y porządku Magdeburskiego opisaney, a przez wyzey wyrażonych urzędników wykonaney, temu urzędowi przysiężnemu punkta czyli postanowienia maiące moc prawa, do zachowania Zwierzchność y władza kustoszowska podała y naznaczyła w niżey opisany sposób.

1mo. Wóyt nie powinien żadnych spraw sądzić bez przysiężnych namniey dwóch, y bez pisarza aktowego, ani żadnych transakcyi czynić bez nich.

2do. Wóyt nie powinien się uwodzić faworem, pokrewieństwem, przyiaźnią lub nieprzyiaznią lub passyą, niecierpliwością, ale według prawa y świętey sprawiedliwości ma sądzić.

3tio. Wóyt iako też y przysiężni żadney kary lub pobicia nie powinni sami sobie czynie prywatnie albo z passyi, rankoru, gniewu, ale urzędownie lub przez dekret wykraczaiących według miary występku y prawa karać maią, y dekreta wszytkie tak kustoszowskie z appellacyi, iako tez wóytowskie do exekucyi swoiey przyprowadzać, aby przez takowy rygor sprawiedliwość y prawo zachowane było.

4to. Pisarz przysiężny urzędowny wszytkie sprawy, terminy prawne y dekreta w ksiąszkę, to iest w akta urzędowne swoie oprawne powinien zawsze pisać y one konnotowac y z akt komu się trafi potrzeba, osobliwie z appellaciy do sądów kustoszowskich wypisywać y one sumiennie wydawać przy bytności y z wiadomością wóyta y przysiężnych.

5to. Pisarz przysiężny urzędowny od zapisania skargi aktora y odpowiedzi pozwanego od inkwizycyi, od dekretu, od napisania iakiego zapisu, testamentu, komplanacyi, zgody y iakiegokolwiek pisania osobliwą, według pomiarkowania pracy swoiey, powinien mieć zapłatę.4

Jak wyżej wspomniano, w skład urzędu wójtowskiego wchodziło sześciu przysiężnych oraz pisarz przysiężny. Wybór urzędników należał oczywiście do kustosza, ale mieszkańcy wsi mieli prawo przedstawienia swoich kandydatów, a tych przeważnie było 12. Rola przysiężnych ograniczała się głównie do funkcji mężów zaufania, którzy zapewniali sprawiedliwy i bezstronny przebieg procesu przed wójtem, poświadczając to znakiem krzyża w księgach wójtowskich. Zapisy w księdze prowadził pisarz przysiężny – wybór jego był przeważnie bardzo ograniczony, gdyż najczęściej był jedyną osobą we wsi posiadającą umiejętność czytania i pisania. Wobec czego ciążyła nad nim wielka odpowiedzialność, by zapisy był prowadzone bezstronnie i zgodnie z relacją stron, które nie były w stanie zweryfikować poprawności zapisów.

 7330 (76). Ponieważ gromada obywatelów wsi Górek, z rozkazu Zwierzchności kustoszowskiey katedralney Krakowskiey podała na wóyta kandydatów trzech, z których iest obrany Ian Knapczyk dawny wóyt, na przysiężnych podała gromada na piśmie 12 kandydatów, z których są obrani przez Zwierzchność kustoszowską sześciu, to iest: Iakub Buias, Mateusz Popek, Stanisław Bodzon, Ierzy Cholewa, Balcer Bodzon y Sebastyan Kotarba na przysiężnego, oraz y za pisarza urzędowego, iako umieiący pisać, którzy na ten rok 1762 obrani przez Zwierzchność kustoszowską osobiście stawaiący przysięgę klęcząc na krucyfixie Chrystusa Pana, przez położenie dwóch palców od prawey ręki sądownie według roty, w porządku prawa Magdeburskiego opisaney, wykonali, co się w aktach ninieyszych konnotuie.5

Oczywiście bywały pewne odstępstwa od ogólnie przyjętych zasad, czego najlepszym przykładem był okres, od kiedy w 1723 roku kustodię przejął ks. Sebastian Komecki.6 Szczegółowo opisałem o tym przy omawianiu sporów między świątnikami a kustoszami. Wobec niezgody z ludnością podległych mu wsi Komecki zdecydował się umieścić na wójtowskich urzędach wsi świątniczych swoich ludzi, przez co w Świątnikach niepodzielnie przez kilkanaście lat „panował” Walenty Jarski. Jak wynika z Akt sądowych, jego relacje z mieszkańcami nie były łatwe, czego przykładem jest obdukcja kustosza po tym, kiedy „całą gromadę osiemdziesiąt siedem chłopa zwaliwszy, przymuszali rozciągnowszy go dla sromoty na kupie gnoiu wszyscy”, w wyniku czego „ciało iego zczerniałe y do kości obite bardzo spuchłe, zaś piersi pogniecione spuchłe, głowa potłuczona”.7 Pomimo takich sytuacji dorobił się niemałego majątku (sądząc z ilości dokonywanych przezeń transakcji handlowych i udzielanych pożyczek pod zastaw), dwukrotnie się ożenił i zostawił po sobie jedną córkę.

Liczba mieszkańców. W wiekach średnich przeprowadzano sporadyczne „liczenie głów”, jednakże sumowano dane do całego powiatu. Ponadto niewiele mamy danych do określenia liczby mieszkańców w czasach Królestwa. Lokalizacyjny podział na 12 gospodarstw oznaczał zapewne około 100 mieszkańców (zakładając gospodarstwo 8-9 osobowe) pod koniec XIII wieku. Gospodarstwa sukcesywnie się rozrastały. Wspomniany kustosz Sebastian Komecki wymienia w 1739 roku, że faktycznych gospodarstw było ponad 60. Znamy również z Akt sądowych liczbę wszystkich mężczyzn w Świątnikach ok. 1730 roku, a mianowicie 87. Czterdziestu mężczyzn podpisało się pod ustawą płatnerską.

O świątnickim ubiorze zdanie jedno. Należałoby założyć, że mieszkańcy Świątnik nosili stroje podobne do ubiorów podkrakowskich włościan. Poniższy cytat z rozprawy przed sądem kustoszowskim, która dotyczyła zwrotu odsetek za pożyczkę gotówkową, wspomina o posiadanych przez mieszkańców Świątnik strojach:

A że tenże Woyciech Kotarba nie kontęnt z tego, że mu dała żupan, kontusz y spodnie żona nieboszczyka Antoniego y dlatego ich do chałupy odniozł.8

O ile w dawnej Polsce bogate włościańskie sukmany nazywano żupanami, to kontusz był już typowym strojem ówczesnej szlachty.

Zabudowania. Typowa wiejska chata miała niewielkie wymiary i zbudowana była z drewnianych belek o konstrukcji sumikowo-łątkowej lub wieńcowej. W środku najczęściej była tylko jedna izba oraz sień z wejściem połączona z częścią gospodarczą. Dachy kryto głównie strzechą. Oprócz budynków mieszkalnych co najmniej od XVI wieku we wsi znajdowała się karczma, którą w 1532 roku z rąk miejscowych wykupił kustosz, kontrolując odtąd handel i produkcję alkoholu. Kustosz Sebastian Komecki szczególnie chciwie próbował wykorzystywać posiadane prawo propinacji do ucisku świątniczan, wobec czego doszło do podpalenia karczmy. Odbudowana karczma przetrwała do czasów rozbiorów Polski. Co najmniej od XVII w. na świątnickim „rynku” znajdowała się drewniana kapliczka, a następnie wybudowana i poświęcona w 1767 roku pierwsza świątynia wykonana z modrzewiowych bali i kryta gontem.

Ryc. 1. Świątnickie chaty (1965 r.)

Ryc. 1. Świątnickie chaty (1965 r.)

POD RZĄDAMI AUSTRII

Ryc. 2. Pieczęć urzędowa starostwa w Podgórzu.

Ryc. 2. Pieczęć urzędowa starostwa w Podgórzu.

Administracja samorządowa w Galicji. Bezpośrednio po przejęciu w 1772 roku przez Austrię Galicji przez krótki czas okupacji, władza administracyjna tymczasowo znalazła się w rękach dowódców armii austriackiej. Kolejnym etapem było mianowanie przez Marię Teresę pierwszego gubernatora hr. Antoniego Pergena. W ramach tworzonego na nowo ustroju i aparatu administracyjnego podzielono Galicję na mniejsze okręgi. Pierwszy system administracji był dwustopniowy – kraj podzielono na 6 większych obszarów zwanych cyrkułami (Kreise), a te na 59 dystrykty lub też okręgi (Kreisdistricten). Braki kadrowe i finansowe nie pozwoliły jednak utworzyć tak rozbudowanej administracji, skutkiem czego w marcu 1775 roku przeorganizowano granice cyrkułów oraz zmniejszono liczbę dystryktów do 19, a w marcu 1782 roku całkiem je zlikwidowano. Jednocześnie zaproponowano nową strukturę: podział na 18 cyrkułów bezpośrednio podlegających Gubernium we Lwowie. Stolicami cyrkularnymi były: Myślenice, Bochnia, Nowy Sącz, Tarnów, Rzeszów, Dukla, Przemyśl, Sambor, Lesko, Tomaszów, Zamość, Bełz, Lwów, Złoczów, Brody, Halicz, Zaleszczyki i Stanisławów. Liczba cyrkułów zmieniała się w zależności od sytuacji politycznej Austrii i wynosiła od 16 do 24. W 1809 roku do Galicji przyłączono nowe ziemie i powstały cyrkuły ze stolicami w Krakowie, Białej Podlaskiej, Kielcach, Lublinie i Końskich. W 1850 r. powrócono do dwustopniowego podziału na 19 cyrkułów i 178 urzędów powiatowych. W 1860 r. połączono cyrkuł krakowski i bocheński tworząc nowy ze stolicą w Krakowie. Od 1867 roku (ustawą z 12 sierpnia 1866 r.) zlikwidowano ostatecznie cyrkuły, tworząc początkowo 74 powiaty (w 1914 roku było ich 82).

Na czele cyrkułu stał starosta (Kreishauptmann), który kierował pięcioma resortami swojego urzędu: populare (imigracja, emigracja, ruch ludności), militare (pobór do wojska, kwaterunek wojsk), commerziale (rolnictwo, handel, przemysł, komunikacja lądowa), camerale (podatki i ich egzekucja) oraz politicum (nadzór na kościołem, duchowieństwem, wyznaniami, policja, oświata i szkolnictwo).

Cyrkuły stanowiły zwierzchnią władzę wobec miejskich magistratów oraz wiejskich dominiów. Na czele administracji miejskiej stał burmistrz lub prezydent (w większych miastach), wybierany początkowo po staropolsku na kadencje, ale władze austriackie szybko zmieniły ten zwyczaj i odtąd stanowiska te otrzymywano z nominacji, często także dożywotnio. System dominiów wiejskich przyszedł z Czech i Moraw – władza państwowa przekazywała jednemu ziemianinowi (szlachcicowi) klucz dóbr ziemskich (Bezirk) pod jego władzę administracyjną i sądowniczą oraz zwierzchność nad włościanami. Ustawa z 12 sierpnia 1866 r. zniosła dominia wiejskie i ustanowiła gminy i powiaty.

W Świątnikach pierwsza dekada okupacji austriackiej nie zmieniła nic z dawnych porządków. Administracja austriacka istniała tylko na papierze, a kustosz krakowski nadal sprawował swoją zwierzchność. Stan ten odmienił się w 1782 roku, gdy Józef II (święty cesarz rzymski i arcyksiążę Austrii) zlikwidował dobra kościelne przy diecezji krakowskiej. Świątniki trafiły tymczasowo na własność tzw. kamery, czyli cesarskiego urzędu, który zarządzał dobrami państwowymi. Następnie zostały włączone do klucza byszyckiego, w którym były do 3 marca 1798 roku, kiedy to za sumę 43 tys. guldenów zostały wraz Wrząsowicami, Byszycami, Świątnikami Dolnymi, Szczytnikami i Trąbkami zakupione przez Łukasza z Lubrańca Dąmbskiego. Wsie te zostały następnie odkupione przez braci Jana (1732-1804) i Piotra (1735-1801) Konopków herbu Nowina, których rodzina niegdyś pochodziła z ziemi łomżyńskiej, a której dwór znajdował się w pobliskich Mogilanach. Rodzina ta cieszyła się przychylnością dworu cesarskiego, będąc dzierżawcą żup solnych w Wieliczce i Bochni tak, że w 1791 roku bracia otrzymali od Leopolda II (świętego cesarza rzymskiego, króla Niemiec i arcyksięcia Austrii) tytuł barona. Konopkowie utworzyli dominium z klucza biskupickiego składającego się ze wsi: Biskupice, Byszyce, Szczytniki, Świątniki Dolne, Świątniki Górne, Trąbki i Wrząsowice. Kolejnym dziedzicem klucza został Antoni (1790-1852) syn Piotra, a po nim jego syn Henryk (1821-1892).

Prawa rodziny Konopków do Świątnik były w gruncie rzeczy podobne to praw kustoszów krakowskich, ze znacznie mniejszymi korzyściami, które ograniczały się do prawa propinacji, czyli wyłączności na produkcję i handel alkoholem. Zyski musiały być niewielkie (karczma została już wcześniej zlikwidowana), gdyż w 1856 roku baron Henryk Konopka zgodził się na wykupienie przez gromadę swoich praw za jedynie 1650 guldenów, co rekompensowało grunt po karczmie. Gromada przejęła również obowiązek finansowania edukacji w miejscowości, co w tamtym czasie oznaczało pensję na organisty uczącego w szkółce parafialnej. Formalnie Świątniki nadal pozostawały w kluczu biskupickim do czasu reformy dokonanej przez cesarza Franciszka Józefa I związanej z utworzeniem dualistycznej monarchii austro-węgierskiej w 1867 roku. Przynależność administracyjną Świątnik przedstawia poniższe zestawienie:

1773-1775 cyrkuł bocheński, okręg Wieliczka.

1775-1782 cyrkuł kazimierski, okręg Wiśnicz.

1782-1860 cyrkuł bocheński.

1860-1867 cyrkuł krakowski.

1867-1897 powiat wielicki

1897-1918 powiat podgórski

W 1867 roku Świątniki stały się oficjalnie gminą wiejską z urzędem wójtowskim i radą gminną. Do tego czasu świątniczanie nadal wybierali wójta i przysiężnych jak za czasów kustoszowskich (jako przedstawicieli rodu Konopków), a wójt nadal prowadził swoją urzędową księgę, kontynuując wpisy w księgach kustoszowskich (stąd też w księdze Akta sądowe kustosza krakowskiego z lat 1717-1782 znajdują się wpisy nawet z 1815 roku, inne wpisy były dokonywane w dawnych księgach gromadzkich oraz na luźnych kartach). Pomimo tego, że formalnymi zarządcami byli Konopkowie, najwidoczniej na rękę było im posługiwanie się dawnym staropolskim aparatem urzędniczym, który jednak nie był uwzględniony w austriackich strukturach władzy samorządowej. Po wejściu reformy administracyjnej świątniczanie mogli samodzielnie wybierać wójta oraz radę gminną, która składała się z trzech kół, z których każde liczyło po 6 radnych. Przeprowadzone wybory zatwierdzało starostwo powiatowe. Wójt miał do dyspozycji zastępcę, pisarza oraz asesora.

Lokalny Związek Świątnicki opisywał szczegółowo kulisy wyborów na wójta i radnych w 1911 roku. Dla świątniczan stanowiska urzędnicze były bardziej formą podkreślenia swojej pozycji w społeczeństwie czy nawet awansu, niż chęci prowadzenia określonej polityki korzystnej dla miejscowości, w rezultacie czego chętnych na stanowisko wójta było ponad stu mężczyzn, a na radnych prawie wszyscy uprawnieni do głosowania mężczyźni. Wyłonieni zwycięzcy reprezentowali ułamek społeczeństwa. Świątniczanie mogli także kandydować i wybierać władze powiatowe.

Na koniec warto zaznaczyć, że świątnicki urząd gminny zaliczał się do biedniejszych w Galicji. W tamtych czasach gminy mogły czerpać dochody z prowadzonej przez siebie gospodarki, bowiem z podatków zasilano głównie skarb krajowy i państwowy. W rzemieślniczych Świątnikach gmina posiadała jedynie jedną rzeźnię, która przynosiła więcej strat niż zysków, korzystała z udzielania koncesji na szynk, natomiast musiała dofinansowywać szkolnictwo, a i dotacje państwowe związane z budową i rozbudową szkoły ślusarskiej, wiązały się z odpowiednim wkładem własnym gminy.

Mapa Galicji, Lodomerii i Bukowiny z podziałem administracyjnym z 1855 r.

Ryc. 3 Mapa Galicji, Lodomerii i Bukowiny z podziałem administracyjnym z 1855 r.

Rolnictwo. Austriacy wraz ze wprowadzeniem pierwszego podatku katastralnego wymusili dokonanie znacznych zmian w strukturze agrarnej. Zniesiono podział jednej niwy na 12 części i utworzono 6 niw nazwanych od nazw lokalnych: Ogrody, Dział, Zagrabie, Michałka, Zboiska i Postronie. Pomierzono grunty podlegające podatkom, określając ich powierzchnie w morgach dolnoaustriackich, gdzie 1 mórg (Joch) odpowiadał 1600 wiedeńskim sążniom kwadratowym, co wynosi 0,5756 ha. Do gruntów podlegających podatkowi należały: pola orne, łąki i ogrody, pastwiska oraz lasy. Ponieważ wciąż stosowano trójpolowy system upraw, określono wielkości zbiorów łącznie z ostatnich 3 lat. I tak z 369 mórg 761 i 5/6 sążni kwadratowych gruntów ornych (212,6205 ha) zbierano 142 korce9 i 5/64 (półgarncy) pszenicy, 1600 korców i 16/64 żyta, 739 korców i 55/64 jęczmienia oraz 3530 korców i 48/64 owsa; z 280 mórg 203 i 4/6 sążni kwadratowych łąk (161,2032 ha) zbierano 408,16 cetnara10 siana i 40,29 cetnara potrawu; 115 mórg i 387 sążni kwadratowych świątnickich lasów (66,3177 ha) rocznie dawało 57 i 69/80 sążni sześciennych drzewa miękkiego. Łączna powierzchnia pomierzonych gruntów wyniosła 703 morgi i 151 4/6 sążnia kwadratowego, co odpowiada 404,6056 ha. Powyższe liczby określające zbiory jednoznacznie podkreślają niską jakość i wydajność gruntów ornych.

Sam system opodatkowania gospodarstw rolnych dzielił gospodarstwa pod względem dochodu uzyskanego z gruntu na dwie kategorię, dla których rozgraniczającym progiem była wartość dochodu 10 guldenów. Podatek dzielił się na dwie kategorie: z tytułu odsetek (aufgrund Zins) oraz w naturze (An Zins Haber in Natura). Podczas dokonywania pierwszego spisu najbogatszym mieszkańcem był Jan Słomka, zamieszkały w domu nr 2 na Dziale, który płacił rocznie 38 guldenów 4 krajcary i 5 fenigów11 podatku z ról, 4 guldeny 10 krajcarów 3 fenigi z łąk i ogrodów, 54 krajcary z pastwisk. Do tego dochodził także czynsz 7 guldenów i 7 krajcarów oraz podatek w naturze 12 krajcarów i 7 fenigów. Także osoby nieposiadające gospodarstw rolnych (chałupnicy i komornicy) dla celów podatkowych zostały podzielone na dwie grupy pod względem zamożności. Miały obowiązek odpracowania podatku w folwarku właściciela klucza, ale ponieważ w Świątnikach folwarku nie było, przeliczano to na wartość robocizny i stawki te wynosiły odpowiednio 5 guldenów 36 krajcarów oraz 2 guldeny 48 krajcarów. W 1787 roku w Świątnikach było 4 chałupników i 2 komorników.

Drugi kataster założony w Świątnikach w 1847 roku zaczął się od szczegółowego opisania każdej parceli – określenia właściciela oraz rodzaju i jakości gruntu. Szczegółowy pomiar wykazał w Świątnikach gruntów ornych 528 mórg (303,8450 ha), łąk i ogrodów 60 mórg (34,5278 ha), pastwisk 91 mórg (52,3672 ha) i 63 morgi lasów (36,2542), co dało łącznie 742 morgi (426,9942 ha) gruntów podlegających podatkowi. Zwiększyła się znacznie ilość gruntów ornych kosztem łąk i pastwisk. Gdyby można było dysponować danymi ilości żywego inwentarza z końca XVIII wieku, to z pewnością odnotowano by duży jej spadek. W 1900 roku w Świątnikach było zaledwie 18 koni, 165 sztuk bydła i 32 świnie. Wiązało się to w dużej mierze z odchodzeniem świątniczan od konieczności uprawy roli w sytuacji, kiedy można kupować żywność, wymieniać za wykonane ślusarskie produkty lub kupować za zarobione z własnej sprzedaży pieniądze. Gospodarstwa rolne stopniowo kurczyły się, ale pola nie leżały odłogiem, gdyż powszechne było wynajmowanie pól pod uprawę mieszkańcom sąsiednich wsi. Wyjątkiem były gospodarstwa prowadzone przez zamożnych świątniczan, w tym kupców świątnickich, które zwiększały swoje areały.

Ponieważ w wieku XIX i XX większość świątniczan trudniła się rzemiosłem, praca w polu stała się domeną głównie kobiet. Rodziny ślusarzy powiązane umowami z konkretnymi kupcami bardzo często pomagały także obrabiać im pola, w zamian za udział w płodach.

Ryc. 4 Rynek w Świątnikach – fotografia barwiona autorstwa Leona Franczykowskiego (ok . 1912 r.)

Ryc. 4 Rynek w Świątnikach – fotografia barwiona autorstwa Leona Franczykowskiego (ok . 1912 r.)

Zabudowa. Do 1900 roku Świątniki pomimo podwojenia liczby domów mieszkalnych nie zwiększyły znacząco swojej powierzchni terenów zabudowanych, co oznaczało znaczne zwiększenie gęstości zabudowy. To, czym wyróżniało Świątniki od większości galicyjskich wsi, była znaczna przewaga ilości domów mieszkalnych nad budynkami gospodarczymi, co w znacznej mierze wynikało z kładzenia większego nacisku na rzemiosło, kosztem uprawy roli. Większości świątniczanom wciąż wystarczały niewielkie jednoizbowe chaty drewniane, z dachami czterospadowymi krytymi głównie gontem, o podłodze z glinianego klepiska, a zwane domami „na jeden koniec”. W połowie XIX wieku ten typ budowania domów mieszkalnych zaczął powoli być wypierany przez domy,w skład których wchodziła kuchnia (tzw. piekarnia), jedna izdebka (pszeniczna), sień oraz często przylegające do niej pomieszczenia gospodarcze. W domach starszego typu za palenisko służyła tzw. nalepa, czyli gliniany piec stawiany w jednym z narożników izby. Ogień rozpalano głównie przy użyciu krzesiwa jeszcze do końca XIX wieku, kiedy pojawiły się siarczane zapałki. W nowszych domach pojawiały się ceramiczne piece kuchenne „pod blachą”, z prostym systemem kominowym, spotykane do końca XX wieku.

Ryc. 5 Typowy plan chaty „na jeden koniec” z XIX w.

Ryc. 5 Typowy plan chaty „na jeden koniec” z XIX w.

Zamożniejsi świątniczanie, w tym przede wszystkim świątniccy kupcy, budowali typowe galicyjskie miejskie domy (tzw. domy „na dwa końce”), które składały się z dwóch części przedzielonej sienią: w części mieszkalnej znajdowała się kuchnia i kilka izb, natomiast drugą część stanowił magazyn, sklep lub inne pomieszczenie gospodarcze. Kuchnia zaopatrzona była w ceramiczny piec z urządzeniami kominowymi. Ciekawostką jest, że większe, wieloizbowe domy zamożniejszych mieszkańców, na zewnątrz nie wyróżniały się specjalnie wśród innych świątnickich zabudowań.

Ryc. 6 Plan domu „na dwa końce” z XIX w.

Ryc. 6 Plan domu „na dwa końce” z XIX w.

Główny materiał budowlany, czyli drewno, kupowano w okolicy Stróży i Pcimia. Również z rejonów na południe od Myślenic sprowadzano do ich budowania cieśli.

W roku 1787 budynkom mieszkalnym nadano 138 numerów porządkowych. W roku 1847 tychże domów było już 204. Dokładny stan zagospodarowania przestrzennego przedstawia mapa katastralna. Na wąskich działkach budowlanych znajdowały się średnio 2-3 domy mieszkalne w kilkumetrowej odległości od siebie. Statystyki z 1890 roku podają liczbę zabudowań 294, a z 1907 roku 311. Warto zwrócić uwagę, że w pożarze z 1889 roku spłonęły 52 domy i 18 stodół, a mimo to nie zmniejszyła się liczba domów mieszkalnych. Wielki pożar bardzo często w literaturze podawany jest za punkt zwrotny w rozwoju świątnickiego zagospodarowania przestrzennego, lecz tak naprawdę nie doszło tu do żadnej urbanistycznej rewolucji, gdyż domy odbudowano na pogorzeliskach i nie zmniejszyło to zagęszczenia zabudowań. Jednak to wydarzenie z całą pewnością pozostało w pamięci ówczesnych i przypominało o grożącym niebezpieczeństwie związanym ze zbyt gęstą zabudową. Powolna rozbudowa Świątnik, która nastąpiła w ostatnich dwóch dekadach panowania Habsburgów, wynikała z rozwoju sieci dróg krajowych: trasa Mogilany-Głogoczów od ok. 1910 roku miała przebieg całą dzisiejszą ulicą Bruchnalskiego (wcześniej biegła przez Wydartą ulicą Różaną), a także powstało nowe połączenie Wrząsowice-Świątniki-Siepraw dzisiejszymi ulicami Krakowską, Bruchnalskiego i Sportową. Tereny położone bezpośrednio przy tych traktach dały możliwości rozbudowy miejscowości przez następne lata. Jeśli chodzi o nawierzchnie dróg, były one utwardzonymi ziemnymi traktami, co powodowało czasową ich nieprzejezdność w czasie roztopów i większych opadów. Taki stan nawierzchni utrzymywał się jeszcze po II wojnie światowej.

Ryc. 7 Niedziela na Rynku w Świątnikach – fotografia barwiona autorstwa Leona Franczykowskiego (ok . 1912 r.)

Ryc. 7 Niedziela na Rynku w Świątnikach – fotografia barwiona autorstwa Leona Franczykowskiego (ok . 1912 r.)

W połowie XIX wieku w drewnianych Świątnikach zaczęły pojawiać się pierwsze budynki murowane. Najprawdopodobniej pierwszym był kościół, którego budowa zakończyła się w 1856 roku. W 1865 roku powstał dwukondygnacyjny budynek szkoły trywialnej z częścią mieszkalną (dzisiejszy komisariat policji). O murowanej karczmie wspominają zapisy dotyczące wspomnianego pożaru z 1889 roku, jako o budynku, który przetrwał pożogę. W 1890 r. świątnickie Siostry Służebniczki rozpoczęły budowę murowanego domu zakonnego, w 1894 r. wybudowano gmach szkoły ślusarskiej, a Spółka Ślusarska miała swoją siedzibę w murowanym parterowym budynku (dziś Bruchnalskiego 15, długoletnia siedziba władz gminnych). Lepsza komunikacja z Krakowem dała świątniczanom dostęp do krakowskich cegielni (Łagiewniki-Bonarka), ale drewno wciąż było tańszym i popularniejszym materiałem budowlanym dla przeciętnego mieszkańca Świątnik.

Liczba mieszkańców. Austriacy podczas swoich 146 lat rządów wykonali sześć szczegółowych spisów ludności w 1857, 1869, 1880, 1890, 1900 i 1910 roku zawsze 31 grudnia. Liczbę ludności, która by odpowiadała 138 gospodarstwom z 1786 roku, można oszacować na ok. 1 tysiąc. W 1857 roku było 1369 mieszkańców12, w 1880 roku 1804 mieszkańców13, w 1890 roku 1855 mieszkańców14, w 1900 roku liczba mieszkańców osiągnęła jedną z największych wartości w historii, wynosząc 2212, z czego 1100 mężczyzn i 1112 kobiet, natomiast w 1910 roku mieszkańców było 2053.15

Ryc. 8 Panorama Świątnik widziana z Wąwózu (ul. Sportowa) (1912 r.)

Ryc. 8 Panorama Świątnik widziana z Wąwózu (ul. Sportowa) (1912 r.)

Świątniki w etnografii. Na przełomie wieków szereg polskich pionierów etnografii podróżowało, obserwując życie mieszkańców wsi. Świątniki odwiedził m.in. Seweryn Udziela, szukając romantycznych legend i przesądów16, czy Oskar Kolberg mieszkający w dworku rodziny Konopków w pobliskich Mogilanach. Udziela opisał legendę o św. Stanisławie i królowej Jadwidze, a także jako pierwszy przedstawił i opisał lokalne nazewnictwo świątnickie. Cytował z imienia i nazwiska rozmówców, którzy opisywali mieszkające w Dziadowcu boginki podmieniające dzieci, duchy w okolicy cmentarza cholerycznego przy krzyżu na Gwoźnicy, skarby ukryte pod figurą św. Stanisława na Kosterce, noc śródpościa, kiedy pod figurami świątnickimi bił się olejárz ze rzeźnikiem, rozsypując w ich pobliżu różne przysmaki, a także magiczny wielki kamień na Wydartej i zapadnięty dzwon urwany z dzwonnicy w Mogilanach. Ponadto Udziela wspomina, że w Świątnikach brak jest karczmy z prawdziwego zdażenia, natomiast kiedyś w okolicy było ich kilka, a miejscu świątnickiej dawnej karczmy odbywają się teraz jatki, czyli targ mięsny.

Społeczeństwo. Jedynym kryterium, jakie dzieliło świątniczan pod rządami kustosza, był stan majątkowy. W czasie rządów austriackich wyodrębniły się nowe warstwy społeczne. Na początku XIX wieku pojawili się i osiedlili w Świątnikach kupcy, którzy skupywali produkty świątnickich rzemieślników, w zamian dostarczając im nie tylko materiał do produkcji, ale również zapewniając dostęp do produktów spożywczych. Również zamożniejsi świątniczanie próbowali z powodzeniem opanowywać olbrzymi rynek zbytu ślusarskich produktów, jakim było imperium Habsburgów. W następnych pokoleniach wśród rodzin kupieckich zaczęła się tworzyć inteligencja, wobec ograniczonej możliwości edukacji pozostałej części społeczeństwa. Do grupy tej dołączyli kolejni kapelanowie, a później proboszczowie parafii, nauczyciele szkoły trywialnej, a później także szkoły ślusarskiej. Wielu nauczycieli osiedliło się w Świątnikach na stałe, zakładając tu rodziny i często dając kolejne pokolenie nauczycieli.

Świątniccy kupcy początkowo osobiście wozili towar, podróżując setki kilometrów od domu. Wraz z uzyskaniem dostępu do kolei oraz telegrafu zmienił się sposób dystrybucji towaru, tzn. kupcy zaczęli zakładać swoje filie w większych miastach i wysyłali koleją towar na wezwania ajentów.

Największą grupę społeczną tworzyli rzemieślnicy pracujący w przydomowych warsztatach. Sprzedawali swoje produkty kupcom, a czasem sami wyruszali na szlak, handlując nimi. W oczach zewnętrznych obserwatorów, tj. wspomnianych etnografów oraz krakowskich polityków zainteresowanych rozwojem gospodarczym Galicji, uchodzili za bardzo biednych, a zarazem niezbyt pracowitych ludzi, o czym wspomina nawet Słownik geograficzny Królestwa Polskiego:

Świątniki nie mają przyjaznych warunków dla rozwoju przemysłu ślusarskiego, Świątniczanie nie odznaczają się pracowitością, robią zazwyczaj tylko 3 do 4 dni w tygodniu, chociaż uprawą dosyć lichej roli sami się nie zajmują ale wyręczają najemnikami. Że mimo to przemysł utrzymał się dotąd, a teraz znacznie się podnosi, tłumaczy się tradycyą i tem, że dawniej przerobiony materyał zwiększał trzydziestokrotnie wartość, a i dzisiaj jeszcze ma wartość dziesięciokrotną.17

Wobec faktu, że świątnicki majster nie miał nad sobą nikogo, kto by go zmuszał do pracy, pracował wtedy, kiedy potrzebował i nic ponadto. Wobec tak ukształtowanej tradycji konserwatywni rzemieślnicy niechętnie podchodzili do zorganizowanej produkcji, jakiej początki dała powstała w 1888 roku Spółka Ślusarska. Zmieniała się również technologia produkcji oraz sposoby kształcenia ślusarzy, w czym zasługi największe miała powstała w 1888 roku państwowa szkoła ślusarska.

Nieliczną grupę stanowili katedralni świątnicy, pracując teraz za wynagrodzeniem. Świątnicy stali się elitarną i wąską grupą społeczną, którzy dobrze znali historię Polski, Krakowa i katedry, a także języki obce, aby móc oprowadzać pielgrzymów przybyłych z różnych stron świata.

Lata pod zaborem austriackim, a zwłaszcza przełom XIX i XX wieku to także okres, kiedy powstały liczne organizacje działające dla lokalnej społeczności. Były to w Straż Ogniowa (1879 r.), chór (1905 r.), biblioteka (1903 r.), teatr amatorski (1910 r.) i orkiestra (1911 r.) działające przy powstałej w 1907 roku Czytelni Ludowej oraz klub sportowy „Templarya” (1912 r.). Wspomniane organizacje omówiłem szczegółowo w oddzielnych opracowaniach.

 WOLNA POLSKA

Administracja. Młoda II Rzeczypospolita długo zmagała się z wprowadzeniem na wszystkich ziemiach jednolitej administracji, pozostawiając formę organów samorządowych ustanowioną przez zaborców. Świątniki nadal były jednostkową gminą z urzędem na zasadach określonych w 1866 roku. Wprowadzono jedynie hierarchię w samorządzie, tj. gminy podlegały powiatom, a powiaty województwom. Dopiero ustawa z 23 marca 1933 roku o częściowej zmianie ustroju terytorialnego oraz konstytucja kwietniowa z 1935 roku wprowadziły dla całego kraju jednolity samorząd terytorialny, który przetrwał do 28 listopada 1939 roku, kiedy został uchylony rozporządzeniem Generalnego Gubernatorstwa. Utworzono wiejskie gminy zbiorowe składające się z kilku miejscowości. Organem zarządzającym i wykonawczym gminy został zarząd gminny, a organem stanowiącym i kontrolującym – rada gminna. Zarząd tworzyli wójt i podwójci wybierani przez radę w tajnym głosowaniu oraz ławnicy, natomiast rada składała się z wójta, członków zarządu i radnych.

Świątniki należały do województwa i powiatu krakowskiego. W skład gminy Świątniki Górne wchodziły dodatkowo miejscowości: Rzeszotary, Ochojno, Wrząsowice, Olszowice, Konary, Włosań, Mogilany i Chorowice.

Ryc. 9 Świątniczanie w radzie powiatowej – Mieczysław Czerwiński (stoi 7 od prawej w środkowym rzędzie)

Ryc. 9 Świątniczanie w radzie powiatowej – Mieczysław Czerwiński (stoi 7 od prawej w środkowym rzędzie)

W 1937 roku dokonano na starych katastralnych mapach bonitacyjnej klasyfikacji gruntów, tzn. w odpowiednich miejscach pobrano i zbadano warstwy gleby i na podstawie tego określono jej rodzaj i klasę. Na mapach oznaczono miejsca wykonania badań. Większości gruntów przyznano IV klasę gruntów rolnych (R IV), najlepsze grunty miały zaledwie klasę III (część Wydartej i część Kosterki, Madejki, oraz Stawiska na Gwoźnicy), łąkami określono najczęściej tereny przy ciekach wodnych (IV i V klasa), pastwisk znalazło się niewielkie ilości oraz lasy głównie III klasy. Liczbę posiadłości wyliczono na 1040 przy 444 ha powierzchni gromady.

Ryc. 10 Główna ulica (dziś Bruchnalskiego) przy Kościele z zabudową murowano-drewnianą (1930 r.)

Ryc. 10 Główna ulica (dziś Bruchnalskiego) przy Kościele z zabudową murowano-drewnianą (1930 r.)

Rzemiosło a rolnictwo. W latach 1921-1939 świątniczanie utrzymywali się głównie z produkcji rzemieślniczej, odkładając na bok pracę w polu poza prowadzeniem niewielkich gospodarstw. Kontynuowano dzierżawę gruntów ornych rolnikom z sąsiednich miejscowości.

Ryc. 11 Gwoźnica z XIX-wiecznymi chatami krytymi strzechą (1936 r.)

Ryc. 11 Gwoźnica z XIX-wiecznymi chatami krytymi strzechą (1936 r.)

Społeczeństwo. Nowy porządek oznaczał dla świątniczan czas wielkich zmian. Zniknął całkowicie dawny system kupiecki, a następne pokolenie po powrocie z frontów wojennych postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce. Pierwszym krokiem było przejęcie przez młodsze pokolenie rządów wójtowskich. Następie, zapominając o dawnych różnicach dzielących kupców i rzemieślników, wspólnie zaczęli tworzyć mniejsze i większe zakłady produkcyjne. Pomimo trudnych czasów dla polskiej gospodarki, świątniczanie przeżywali najlepszy okres swojej produkcyjnej działalności, produkty ze Świątnik były rozpoznawane w całym kraju, a fachowcy doceniani we wszelakich gałęziach przemysłu metalowego.

Liczba świątników katedralnych cały czas się kurczyła i obejmowała kilka świątnickich rodzin. Niektóre z nich przenosiły się już na stałe na wzgórze wawelskie.

Ryc. 12 Świątnicka chata z typowym dla Świątnik ogrodzeniem wykonanym z ścinków blachy po wybijaniu prasą lub sztancą ręczną (1930 r.)

Ryc. 12 Świątnicka chata z typowym dla Świątnik ogrodzeniem wykonanym z ścinków blachy po wybijaniu prasą lub sztancą ręczną (1930 r.)

Liczba mieszkańców. W okresie międzywojennym odbyły się dwa państwowe powszechne spisy ludności. Pierwszy miał miejsce w 1921 roku i wykazał w Świątnikach 1541 mieszkańców. W spisie drugim w 1931 roku Świątniki zamieszkiwały 1623 osoby. Przyczyną tak gwałtownego spadku w porównaniu z danymi z 1910 roku była nie tylko I wojna światowa, ale przede wszystkim emigracja zarobkowa, która rozpoczęła się jeszcze przed wybuchem wojny. Po wojnie wykwalifikowani ślusarze byli potrzebni odradzającemu się polskiemu przemysłowi metalowemu i świątniczanie łatwo znajdowali zatrudnienie w przemyśle metalowym w całym kraju, natomiast ilość miejsc pracy w rodzinnej miejscowości pomimo funkcjonowania trzech większych zakładów pracy, była mocno ograniczona.

Ryc. 13 Rynek (1930 r.)

Ryc. 13 Rynek (1930 r.)

Wykorzystałem ilustracje:

– z Muzeum Ślusarstwa w Świątnikach Górnych: 1, 4, 7, 13

– ze zbiorów rodziny Słomków: 8, 11

PRZYPISY:

1 Fundus, czyli dobra własne, całe wsie wchodzące w skład prebendy.

2 Akta sądowe kustosza katedry krakowskiej (Ai. Cz tom 1717, karta 29 z 30.06.1750)

3 Ai.1872 (7247 z 5.06.1764)

4 Akta sądowe kustosza katedry krakowskiej (Ai.1872 7223 z 15.05.1760)

5 Akta sądowe kustosza katedry krakowskiej (Ai.1872 7330 z 3.06.1762)

6 Łętowski Ludwik, Katalog biskupów, prałatów i kanoników krakowskich, tom III , Kraków 1852, s. 154. Według Jana Kracika, Świątnicy katedry krakowskiej, s. 80, Sebastian Komecki był kustoszem krakowskim w latach 1720-1755.

7 Akta sądowe kustosza katedry krakowskiej (Ai.Cz tom 1722, karta 197, wpis niedatowany z ok 1730 r.)

8 Ai. Cz. tom 1717, k. 28.

9 1 korzec (123 litry) = 4 ćwiercie = 32 garnce; 1 garniec (3,8 litra)= 2 półgarnce = 4 kwarty = 16 kwaterek.

10 1 cetnar odpowiada 40,55 kg.

111 gulden = 60 kajcarów (kreuzer); 1 krajcar = 4 fenigi

12 Skorowidz wszystkich miejscowości położonych w Królestwie Galicyi i Lodomeryi wraz z Wielkiem Księstwem Krakowskiem, Lwów 1868, s. 215

13 Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i Innych Krajów Słowiańskich, tom XI, Warszawa 1892, s. 640.

14 Jan Bigo, Najnowszy skorowidz wszystkich miejscowości z przysiółkami w Królestwie Galicyi, Wielkiem Księstwie Krakowskiem i Księs. Bukowińskiem (…), Lwów 1897, s. 187

15 Jan Bigo, Najnowszy skorowidz wszystkich miejscowości z przysiółkami w Królestwie Galicyi, Wielkiem Księstwie Krakowskiem i Księstwie Bukowińskiem (…), wyd. piąte, Lwów 1918, s. 162

16 Seweryn Udziela, Topograficzno-etnograficzny opis wsi polskich w Galicji, Materiały antropologiczno-archeologiczne i etnograficzne, tom VI, Kraków 1903.

17 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich pod red. B. Chlebowskiego i W. Walewskiego, Warszawa 1890, tom XI, s.640-641

 

KONKURS BLOG ROKU 2013

Posted: 01/02/2014 in VI. Ogólne

Witam. Strona ŚWIĄTNIKI GÓRNE – HISTORIA ZWYKŁA I NIEZWYKŁA bierze aktualnie udział w konkursie na Blog Roku 2013. Do 6 lutego godz. 12:00 można głosować na tę stronę wysyłając SMS o treści F00060 (wszędzie występują 0 jako zera) pod numer 7122 (koszt 1,23 zł). Zachęcam i dziękuję za docenienie mojej pracy.

Jerzy Czerwiński