opracowanie Jerzy Czerwiński © 2019

Temida

Temida

Dlaczego urząd wójta świątnickiego był niebezpieczny? Jak nazywał się świątnicki Janosik? Czy poza kłódkami ślusarze wytwarzali też wytrychy? Kto chciał hodować w Świątnikach jedwabniki i zaplanował włamanie do skarbca na Wawelu? O tym, a także o innych zbrodniach na tych ziemiach opowie niniejszy artykuł. Z lekkim przymrużeniem oka.

Rys historyczny.

Jak pamiętamy, w dniu 28 sierpnia 1252 na zjeździe w Oględowie książę krakowski Bolesław V Wstydliwy nadał biskupstwu krakowskiemu szerokie immunitety w zakresie niezależności ekonomicznej (podatki) i sądowniczej (niezależność). Uprawnienia obejmowały także dobra kapituły krakowskiej, czyli wieś Świątniki zwane także Górkami. Książę zatwierdził nadanie 18 czerwca na zjeździe w Chrobrzu, następnie powtórzył w dniach 17-18 kwietnia 1255 roku w Zawichoście i rozszerzył w dniu 18 maja 1255 roku w Basztowej. Dla świątniczan oznaczało to, że odtąd wszelkie sprawy sądowe (prawa prywatnego i karnego) będzie prowadził wyłącznie kustosz katedry krakowskiej lub mianowany przez niego plenipotent (pełnomocnik). Dziś niestety większość świątniczan uważa, że przywileje te nadała królowa Jadwiga.

Po kodyfikacji prawa przez Kazimierza Wielkiego, polskie sądy zaczęły od XIV w. prowadzić księgi rozpraw, terminów i wyroków sądowych. Prowadzono księgi dla sądów grodzkich (np. dla miasta Krakowa) i sądów ziemskich, które obejmowały jurysdykcją wsie graniczące ze Świątnikami (Wrząsowice, Rzeszotary, Siepraw, Olszowice i Lusinę). Z terenów Małopolski zachowało się około 3500 ksiąg z lat 1374-1796. Inaczej rzecz się miała na gruntach kościelnych, gdzie prawa nikt nie reformował, toteż nie wiadomo kiedy zaczęto prowadzić księgi sądowe czterech wsi kustoszowskich. Niestety w pierwszej dekadzie XX wieku kapituła krakowska przekazała gminie (naczelnikowi) komplet ksiąg sądowych, które przez lata zalegały w prowadzonej przez niego karczmie, a gdy w czasie I wojny światowej i kolejnych latachzaczęły się braki papieru, zaczęto wykorzystywać stronice ksiąg np. przez rzeźnika do pakowania mięsa. Jeden podwójny tom udało się odkupić od rzeźnika Mieczysławowi Czerwińskiemu. Drugi tom trafił także ostatecznie do biblioteki PAN. O innych księgach brak wiadomości.

Sądy kustosza odbywały się w Krakowie, a także na miejscu podczas objazdu gromad oraz gdy sytuacja wymagała szybkiego działania. Kustosz wydawał wyrok nazywany dekretem ordynacji. Przebieg rozprawy zapisywał pisarz kustosza lub pisarz gromady na kartach, które z czasem łączono w księgę. Pisarz sporządzał także sam dekret, którego podpisywał kustosz i przekazywał wójtowi do obwieszczenia. Skazani otrzymywali kary pieniężne wymierzane w grzywnach (grzywna była jednostką masy wynoszącą ok. 200 g oraz monetą srebrną przy zasądzanych karach) i plagach (kara cielesna wymierzana kijem). Samym księgom kustoszowskim poświęcę osobny artykuł, bo jest to temat na obszerny i wart osobnego słowa. Badane przeze mnie księgi obejmowały okres od 1717 do 1815 roku. Jak na wiek historii, spraw karnych w Świątnikach nie było wiele. Poniżej przedstawię wszystkie przypadki, posługując się cytatami, które będąc zapisem protokolarnym wypowiedzi ówczesnych, są także świadectwem mowy świątniczan z XVIII w.

Ciężkie życie wójta góreckiego. Sporom świątników z kustoszami poświęciłem osobny artykuł, a tematykę tego boju Dawida z Goliatem poruszało także wielu przede mną. Kustosz ks. Sebastian Komecki był jednym z tych zwierzchników wsi świątniczych, który uważał, że średniowieczne przywileje jego podwładnych powinno się reinterpretować i rewaloryzować . Przywilejem zwierzchności kustosza był wybór wójta gromady. W czasach napięcia na linii kustosz – świątnicy, to wójt był tym, który jako pierwszy odczuwał wyrazy społecznego niezadowolenia. Czasami bardzo bolesnego niezadowolenia. I tak w dniu 11 marca 1726 przed kustoszem katedralnym stawił się wójt górecki Walenty Jarski ze skargą na Piotra Zakułę, który posponuiąc porwał się y za piersi chwycił tegoż woyta y za łeb go wodził. Kustosz atak na swojego urzędnika musiał traktować poważnie, więc oskarżony został uznany winnym i skazany na 60 plag i do zapłaty kwotę 6 grzywien, a w przypadku powtórzenia sytuacji konfiskatę całego majątku.1

Walenty Jarski pełnił urząd wójtowski przez wiele lat, co przy nieustającym konflikcie mieszkańców z kustoszem na zdrowie mu nie wychodziło. W dniu 2 marca 1730 roku ponowie doszło do pobicia wójta i na tyle dotkliwie, że nie był w stanie samemu stanąć przed kustoszem. Tym razem sprawcami byli Łukasz Bujas, Jan Knapik, Jan Kunik, Piotr Zakuła, Jerzy Kotarba ps. Luzar i Stanisław Kowal. Kustosz dokonał obdukcji, z której wynikało, że rany były skutkiem zbicia […] od zbuntowanej przeciw Panu Gromady, a osobliwie od przywódców wcześnie wspomnianych, którzy całą Gromadę osiemdziesiąt siedmiu chłopa zwabiwszy, przymuszali rozciągnąwszy go dla sromoty na kupie gnoiu wszyscy. Z obdukcji ran wójta wynikało, że ciało iego zczerniałe y do kości obite bardzo spuchłe, zaś piersi pogniecione spuchłe, głowa potłuczona.2 Warto nadmienić, że wspomniany Łukasz Bujas, przywódca zbuntowanej gromady, w 1738 roku jako wójt był członkiem trzyosobowej delegacji wsi świątniczych do Rzymu ze skargą na kustosza i niekorzystny dekret biskupa krakowskiego. Delegację zawrócono w Loretto (Włochy), groźbą przymuszono do powrotu, a Bujas zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach.

Pobicia były najczęstszym z wykroczeń popełnianych w Świątnikach. W dniu 4 maja 1755 przed sądem kustoszowskim stanął Adam Kozioł, składając oskarżenie (manifest) na Marcina Zakułę (Konika), który zadał mu rany głowy i szyi w dniu św. Jakuba. W tym samym dniu oskarżony miał także pobić swoją żonę oraz Wojciecha Kotarbę.3 W dniu 25 czerwca 1755 roku przed obliczę kustosza przyszedł złożyć skargę Kazimierz Bujas na Wojciecha Janka, który jego brata Marcina Bujasa zbił tak bardzo, że z tego pobicia umrze. Przyczyną agresji miało być nieupilnowanie cieląt, które weszły na pole owsa oskarżonego. Brat pokrzywdzonego był w tej sprawie u wójta, ale ten nie zajął się jego krzywdą. W końcu Kazimierz Bujas spotkał się, by rozmówić z Jankiem, ale ten powstał na niego słowy nieuczciwemi wołać, tak uwiedziony impetem wyłamał gałązkę z krzaka olszowego, uderzył go kilka razy, ale nie okaleczył.4

Świątniczanie podróżujący ciągle między Krakowem a Świątnikami byli dodatkowo narażeni na wypadki na trakcie. W tymże roku 17 listopada przyszedł skargę złożyć Antoni Góralczyk i prezentował ranę na lewym boku pod szyią szpadą przez żołnierza alteryi koronney, dnia 16 listopada na Stradomiu przed S. Jadwigą na dobrowolney drodze iadącemu uczynioną, tudziesz uskarżał się, że mu cisz żołnierze pieniędzy zł 12 wzieni.5

Ciężka ręka urzędnika. W dniu 18 października 1757 roku sąd kustoszowski rozpatrywał sprawę pobicia Zofii Salonki przez przysiężnego gminnego Antoniego Kowalczyka, który jej kijem rękę stłukł tak dalece, że nią ruszyć nie może, ani kawałka chleba przez długi czas zarobić. Sąd nakazał, aby oskarżony otrzymał 30 plag i wypłacił jej 5 zł rekompensaty, a gdyby sytuacja miała się powtórzyć, to wówczas kara wyniesie 100 plag i 15 grzywien. W toku śledztwa i z przesłuchania świadków wynikło, że pokrzywdzona dołożyła wcześniej kilka zelżywych słów Kowalczykowi, toteż sąd i jej wymierzył 30 plag. Ciekawa jest sentencja dekretu: aby od dnia dzisiejszego w zgodzie somsiedzkiey żyli y nie wadzili się pod karą więzienia y plag po 50.6

Kłótnie sąsiedzkie. W dniu 4 sierpnia 1767 roku przedstawiono następującą sprawę: w domu Franciszka Synowca doszło do kłótni między Łukaszem Synowcem, Jakubem Zakułą oraz Anna Knapową. Gdy Łukasz Synowiec, będąc podpity, gdy się upomniał Jakubowi Zakule o dług swój zł 21 Polsk[ich] za zabranie łóżek za niego przez Żydów, Jakub Zakuła pierwey chwyciwszy Łukasza Synowca obadwa się szarpali y bili iednak Zakuła w tym iest obwiniony, że się pierwszy porwał do Synowca y bardzo go poterpał y ukrzywdził. Anna zaś Knapowa że lubo przy wspólney zwadce y chałasie iednak iż żonę Łukasza Synowca tyrpać bić y niby za zelżywość swoią sprawiedliwość sobie czynić odważyła się, iako teraz sądownie sama wyznała y zuchwale sobie poczynała y gadała[…]. Sąd nakazał przeprosiny, Jakub Zakuła miał dać aktorowi (czyli stronie oskarżającej) 3 grzywny oraz parę świec (fontowych lautrowych) do dyspozycji sądu, a szkodę wynikającą z zabrania łóżek w sumie 21 złp miał niezwłocznie spłacić. Anna Knapowa otrzymała 20 plag u wójta oraz parę świec do dyspozycji sądu.7

W listopadzie 1774 roku miał miejsce finał zatargu między Wojciechem Walasem a jego bratem stryjecznym Jakubem Walasem. Poza sporem o podział gruntu sąd badał sprawę kłótni i zaboystwa [tj. pobicia]: Woyciech na niego [Jakuba] y na żonę iego zachodził z siekierą, nasiekiem, ze strzelbą usiłuiąc zgubić Jakuba lub żonę iego. Na co Jakub też nie był bierny: zaczaił się na Wojciecha i trzonkiem od wideł posinił y potłukł. Wojciechowi sąd nakazał zapłacić 20 grzywien. Jakub za to, że w obecności sądu y w obecności Plenipotenta Kustoszowskiego gdy Woyta swego w gębę uderzył, y po tym w uczieczkę do lasa udał się, uchodząc kary zasłuzoney otrzymał na 40 grzywien.8 Jak widać, wójtowi znów się dostało.

Karczemne burdy. W tym samym czasie doszło do kolejnych bójek. Otóż żona Sebastiana Kotarby bez najmniejszej racji uderzyła w gębę w karczmie karczmarza Macieja Bujasa. Ponieważ w tym dniu w miejscowości przebywał kustosz i odbywały się sądy na miejscu, karczmarz udał się złożyć skargę, a kustosz wymierzył karę dla Kotarbowej 10 plag. Kara została wymierzona natychmiast, ale żona Sebastiana wróciła do domu i poskarżyła się mężowi. Gdy ten usłyszał, przez kogo ją ukarano, udał się do domu Bujasa, zaczął zaraz go poniewierać y w gębę bić nie zważając na obecność Sądu y Zwierzchności Kustoszowskiej. Przeto kustosz skazał Kotarbę na karę 30 grzywien do natychmiastowej zapłaty.9

Gdzie dwóch się bije tam sąd korzysta. W dniu 21 lipca 1779 roku przed obliczę Kajetana Olszowskiego10, w owym czasie plenipotenta kustosza krakowskiego, został postawiony Maciej Biskupek, pozwany za szkaradne pobicie Antoniego Kotarbę w karczmie, który przed sądem okazał do obdukcji blizny. Sąd po wysłuchaniu obu stron uznał, że obydwie strony są winne tego zajścia, ale choć prawo nakazywało w takich sytuacjach karać surowo obie strony, sąd wziął pod uwagę także to, iż oboje zwaśnieni byli pijani i zasądził, że Kotarba za zbytnie swoie piańswo y okazywanie napaści w karczmie zapłaci grzywien 4 Sądowi. Pozwany zaś Maciey Biskupek za zbytnią zuchwałość przestępstwo Ordynacyi y za szkaradne pokrzywdzenie aktora, zapłacić powinien aktorowi w przeciągu 14 dni grzywien 12. Sądowi zaraz po publikacji Dekretu grzywien sześć.11

Wiek XIX i XX.

Zabójstwa. W zachowanych aktach sądów kustoszowskich i gromadzkich z wieków wcześniejszych nie odnotowano najpoważniejszych przestępstw kryminalnych, co oczywiście nie oznacza, że się w ogóle nie zdarzały, ale z pewnością było to zjawisko marginalne. Sprawy związane z zabójstwami rozpoczynamy ponownie od stanowiska naczelnika gminy, a mianowicie Józef Synowiec został uwikłany w sprawę morderstwa Jana Gallora. Jednak 3 czerwca 1899 roku w Krakowie ława przysięgłych jednogłośnie uniewinniła go od tego zarzutu.12

We wtorek poranek dnia 27 lutego 1900 roku, w lasku na poboczu drogi do Wrząsowic znaleziono zwłoki kobiety. Komisja sądowa mimo szybkiego zawiadomienia dotarła na miejsce zbrodni dopiero we środę rano. Oględziny lekarskie wykazały, że przyczyną śmierci było uduszenie, a zbrodni dokonano w nocy z poniedziałku na wtorek około godziny 12. Ofiarą była kobieta, lat około 30, wzrostu średniego, włosy ciemne, ubrana z miejska, tj. w czarny żakiet i szarą spódnicę, Posiadała srebrną obrączkę na placu. Sprawca pozostał nieustalony.13

Do tragedii nieumyślnego spowodowania śmierci doszło w marcu 1911 roku, gdy nieznani sprawcy wytłukli wszystkie szyby w mieszkaniu Józefa Cholewy ps. Surut, wskutek czego jego żona Sylweria nabawiła się ciężkiego zapalania płuc i zmarła 6 kwietnia. Nie wiadomo czy był to głupi kawał, zemsta lub po prostu głupota. 14

Poborowi do armii austraickiej zaatakowali grupą w lipcu 1912 roku na Gwoźnicy Ludwika Cholewę. Stanisław Kotarba ps. Filamus i jego żona próbowali pomóc, jednak jeden z napastników ranił ciężko Kotarbę pilnikiem w śledzionę. Filamus zmarł 1 września 1912 roku. Poborowym, który zadał śmiertelny cios, okazał się Józef Synowiec ps. Białoń. Został aresztowany i skazany na 2 lata więzienia 27 listopada 1912 r. 14a

Do tragedii domowej doszło w dniu 30 kwietnia 1929 roku, gdy w wyniku sprzeczki małżeńskiej, ślusarz Jan Kotarba wyciągnął rewolwer i oddał kilka strzałów do swojej 50-letniej żony Marii. Jedna z kul trafiła poniżej lewej łopatki i Maria Kotarbowa zmarła w ciągu godziny. Sprawca uciekł z miejsca zbrodni, jednak funkcjonariusze V komisariatu aresztowali go i przekazali do aresztu sądowego.15

Próba samobójcza fanatycznego grzesznika. W dniu 20 lipca 1909 roku o godzinie 11 Józef Synowiec, 58-letni wyrobnik ze Świątnik, rzucił się do Wisły pod mostem podgórskim naprzeciw podgórskiej ekspozytury policji. Zanim dokonał skoku, chodził wzdłuż Wisły i zagadywał ludzi, pytając o to, w którym miejscu rzeka jest najgłębsza. Zwróciło to uwagę służb mundurowych, więc gdy wreszcie zdecydował się skoczyć do wody, pomoc była już w drodze i Synowca szybko wyciągnął z wody ratownik Jakub Stelmach. Jak się okazało w toku przesłuchania, próba samobójcza była związana z fanatyczną religijnością Synowca, który uznawszy, że jest tak wielkim grzesznikiem, że jest nie godzien chodzić po ziemi, postanowił zakończyć swe życie. Znaleziono przy nim także sznur, który miał posłużyć do ewentualnego powieszenia się.16

Przestępstwo religijne. W czasach monarchii austro-węgierskiej były to bardzo poważne przestępstwa. W dniu 17 sierpnia 1901 roku ślusarz Piotr Bujas został skazany przez krakowski sąd karny za obrazę religii na 5 miesięcy ciężkiego więzienia.17

Przestępstwa polityczne. Prasa krakowska wspomina, że w kwietniu 1864 roku prawomocnym wyrokiem c. k. sadu wojennego w Krakowie za zbrodnię zaburzenia spokojności publicznej § 66 k. k. na 6 miesięcy więzienia został skazany Władysław Cholewa, 17-letni uczeń gimnazjum. Chodziło o agitację i poparcie dla trwającego powstania styczniowego. 18

Kosztowna nauka tańca Kotarby. W dniu 14 marca 1907 roku przed trybunałem karnym i sędzią Raczyńskim w Krakowie toczyła się sprawa przeciw 19-letniemu Józefowi Bochenkowi, pomocnikowi dekoratorskiemu w teatrze miejskim, karanym dwukrotnie za kradzież i oszustwo. Oskarżony w nocy z 18 na 19 lutego, po zakończeniu przedstawienia w teatrze, spotkał na ul. Szpitalnej lekko podchmielonego 68-letniego Wojciecha Kotarbę, który po całym dniu zajęć i interesów, po zakończonym spektaklu poszukiwał dalszej nocnej rozrywki. Bochenek podając się za aktora dramatycznego, ofiarował się być przewodnikiem po nocnym życiu Krakowa. Odwiedzili prawie wszystkie miejsca rozrywki i rozkoszy. Blisko świtu, gdy Bochenek odprowadzał już Kotarbę na dworzec kolejowy, padła propozycja nauki tańca tzw. „bostona”, którego to tańca na pewno w Świątnikach nie znają. Nauka odbywała się na zlodowaciałym gościńcu ulicy Pańskiej, więc dość mocno już wstawiony Kotarba potknął się i upadł, a Bochenek wykorzystał sytuację i uwolnił świątniczanina od ciężaru pugilaresu (portfela) z zawartością 280 koron, 2 akcjami Tramwaju Elektrycznego w Krakowie oraz wekslem na 1600 koron. Kotarba dość szybko wytrzeźwiał i udał się na posterunek policji. Wyznaczony agent policji w przeciągu 12 godzin ujął „artystę”, który zdążył spalić weksel i akcje, wydać 40 koron, zakopać 240 koron pod podłogą mieszkania na ulicy Lubicz, a pulares wrzucił do Rudawy.19 Sąd skazał go na 3 miesięce ciężkiego więzienia.20

Duplikat Cholewy. W dniu 29 grudnia 1903 przed krakowskim sądem stanął 27-letni Iwan Benia, dotąd 16 razy karany za kradzież, w tym razem także oskarżony o zbrodnię kradzieży. Został zatrzymany 12 sierpnia 1903 roku w starostwie w Złoczowie, gdzie wylegitymował się jako Józef Cholewa ze Świątnik. Starostwo sprawdziło, że Józef Cholewa istotnie pochodzi ze Świątnik, ale jest porządnym obywatelem i przebywa obecnie w Świątnikach. Jak się okazało, Cholewa prowadził w Krakowie w 1902 roku kawiarnię i pozwolił raz przenocować oskarżonemu na zapleczu, jednak rano okazało się, że zniknął kufer z książką robotniczą, książką kasy oszczędnościowej oraz gotówką około 80 koron. Oskarżonego przewieziono do Krakowa. Cholewa, jego matka i żona rozpoznali oskarżonego. Benia dostał 1,5 roku ciężkiego więzienia z postem co 14 dni.21

Ślusarstwo dla włamywaczy, czyli nowy kierunek Szkoły Ślusarskiej. Szkoła ślusarska jest dziś zapamiętana jako chluba i ważna część historii Świątnik. Jednak wśród wówczas prestiżowej szkoły zdarzały się też czarne owce, które wykorzystywały nabyty fach w zupełnie inny sposób. Otóż w dniu 28 maja 1909 roku przed sądem w Kołomyi rozpoczęła się rozprawa dotycząca kilku kradzieży i szeregu napadów rabunkowych, dokonanych przez uczniów tamtejszego prywatnego seminarium nauczycielskiego i gimnazjum. Oskarżonymi byli Włodzimierz Homik (uczeń prywat. semin. naucz.), Stefan Wełyczko (uczeń prywat. semin. naucz.) i Paweł Drozdowski (uczeń 6. klasy gmin. ruskiego). Oprócz nich oskarżeni o współudział zostali także miejscowy nauczyciel ludowy, właściciele folwarku oraz 21-letni Rusin Mikołaj Bukojemski, syn Kornela i Florentyny, uczeń Szkoły Ślusarskiej w Świątnikach, który został oskarżony o przekroczenie § 469 za wykonanie dla wspomnianej grupy wytrychów.22

Wszystko dla ukochanej. Krakowska kronika kryminalna podała, że w dniu 7 sierpnia 1921 roku został zatrzymany Władysław Walas, 18-leni wyrobnik ze Świątnik, który został oskarżony o kradzież damskiego kostiumu.23

Alkohol – towar niebezpieczny. W dniu 9 lipca 1922 roku na Pokrzywkach w Zbydniowicach kilku bandytów napadło na Stanisława Ćmielowskiego ze Świątnik i grożąc mu śmiercią, zrabowali 9 litrów spirytusu. Policja ujęła sprawców w osobach Ludwika Mandela z Rojkowic oraz Władysława i Walentego Królów z Łysiny.24

Przykre skutki podróżowania nocą. Kupiec Józef Kotarba ps. Kwiasioczyk tudzież Kwasiok wracał do domu z żoną Katarzyną i dziećmi nocą 24 marca 1912 roku. Na moście w Łagiewnikach napadło na niego dwóch mężczyzn (prawdopodobnie robotnicy lokalnych fabryk), z których jeden pchnął Kotarbę sztyletem w plecy obok łopatki, po czym zamachowcy oddalili się. Żona musiała jednocześnie tamować krwawienie męża i powozić do Świątnik, gdzie rannego opatrzył miejscowy doktor Hoeflich. Józef Kotarba na szczęście doszedł do siebie, ale nie był to jedyny incydent na tej drodze w ostatnich tygodniach. Po wybudowaniu fabryk w Borku Fałęckim (zakłady Solvaya), wraz z napływem pracowników, znacznie wzrosła przestępczość na drogach w tym rejonie.25

Przeciwnicy szkoły ślusarskiej w akcji. Przed sądem karnym w Krakowie, pod przewodnictwem radcy Wajdy, w dniu 22 kwietnia 1914 roku stanęli ślusarz Antoni Drapich (Drabik) oraz jego 8 towarzyszy, oskarżeni o zbrodnię gwałtu publicznego i przekroczenie złośliwego uszkodzenia cudzej własności. Drapich i spółka w dniu 24 lutego 1914 roku świętowała mocno zakrapiane ostatki karnawałowe i postanowili zemścić się na osobach, do których mieli urazy. Zabrawszy ze sobą sztylety, noże i żelazne pałki, w pierwszej kolejności napadli na doktoranta prawa Ludwika Cholewę, grożąc mu i raniąc go sztyletem. Następnie wybili szyby w szynku prowadzonym przez Stanisława Dziewońskiego oraz w domach Piotra Wilkosza, Jana Walasa, Franciszka Cholewy i Stanisława Walasa. Ponadto pobili napotkanych dwóch chłopców, wtargnęli do domu Marii Kotarbowej i pobili mieszkających u niej uczniów szkoły ślusarskiej.26 Ludwik Cholewa doznał bardzo ciężkich obrażeń. Główny oskarżony otrzymał wyrok 2 lat ciężkiego więzienia z postem co tydzień, Tadeusz Kotarba ps. Maciek otrzymał 8 miesięcy więzienia, Urbanik 5 miesięcy więzienia, a Piotr Zamorek, Tadeusz Kotarba ps. Bazarnik, Jan Bodzoń i Władysław Zaczek każdy 4 miesiące więzienia, natomiast Stefan Synowiec i Franciszek Kotarba ps. Suraj zostali uniewinnieni.27 Jedną z przyczyn wzburzenia awanturników była niechęć do szkoły ślusarskiej robiącej konkurencję miejscowym ślusarzom.28

Arsene Lupin ze Świątnik. Latem 1910 roku w Krakowie plagą stały się włamania rabunkowe, z czego największy dotyczył okradzenia jubilera Spiegla na ul. Miodowej, gdzie skradziono 500 koron gotówki oraz znaczną ilość złotych i srebrnych zegarków i łańcuszków. Po długich poszukiwaniach policji udało się aresztować 21-letnią Franciszkę Urbańską oraz 20-letniego Józefa Jedynaka ps. Zych. Jednakże na wolności wciąż pozostawał szef szajki, znany jako Franciszek Kosterka, oczywiście ze… Świątnik.29

Prowokatorzy rozruchów masowych. W sierpniu 1919 roku sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju była słaba. W miastach takich jak Kraków nie było pracy i artykułów spożywczych, więc władze musiały wprowadzać aprowizację, czyli zaopatrywanie ludności w artykuły pierwszej potrzeby, jednak zaczęły się pojawiać problemy. 5 sierpnia o świcie pod piekarniami ustawiły tłumy na próżno oczekujące możliwości zakupu prowiantu. Niezadowolenie rosło z każdą godziną, zwłaszcza że docierały do miasta wiadomości, że Warszawa dostaje białe pieczywo, podczas gdy krakowianie już od dłuższego czasu mogli liczyć tylko na ciemną kwaśno-gorzką mąkę, żółtą melasę zamiast cukru, a ziemniaki, jarzyny i jaja już dawno odeszły w zapomnienie. Na ulice wyszły głównie młode, bezrobotne kobiety i przez kolejne dni miasto zostało opanowane przez grupy wyrostków napadające początkowo na otwarte restauracje i kawiarnie, następnie także na sklepy. Policja sukcesywnie wyłapywała uczestników zajść, a zwłaszcza prowodyrów. I tak 8 sierpnia aresztowana została Zofia Dudek ze Świątnik, która krocząc na czele kilkunastu wyrostków podniecała ich do rozruchów, przyczem rzucała obelżywe słowa pod adresem rządu i państwa. Zanim policja ich powstrzymała, banda planowała rabunek sklepów na placu Szczepańskim. Tego samego dnia aresztowano także Wacława Walasa, który był prowodyrem napaści koło dworca kolei na przejeżdżającego kupca w dorożce, któremu zrabowano kilka koszy towarów.30

Zbójowanie po świątnicku. Świątniki miały także w historii swoją szajkę zbójecką, która w 1921 roku siała postrach w rejonie w dolinie Raby. Dokonywali śmiałych rabunków i włamań do sklepów i konsumów (sklepów przyzakładowych z ograniczoną dostępnością) w Podłężu, Dobczycach i Myślenicach. W skład szajki wchodzili: 18-letni Stanisław Kotarba, 22-letni Feliks Drapich, 55-letni Wojciech Michalec, 28-letni Stanisław Czerwiński (wszyscy ze Świątnik) oraz 38-letni Franciszek Turtak z Wieliczki, 27-letni Władysław Burliga z Płaszowa oraz 48-letnia Maria Wcisłowa z Czernichowic, która udzielała bandzie schronienia podczas pościgów. W tym czasie po podkrakowskich wsiach grasowało kilka takich band, dlatego Główna Komenda Policji Państwowej wraz z żandarmerią wojskową zorganizowały wielką obławę na przełomie 1921 i 1922 roku. Także „świątnicka” szajka została schwytana i pod silną eskortą została odstawiona do karnego sądu okręgowego w Krakowie.31

Kotarba i kradzież stulecia skarbca katedry krakowskiej. Na lojalność i uczciwość świątników wawelskich poważny cień rzuciła przed II wojną światową sprawa Władysława Budzisza, znanego działacza sportowego i kandydata do sejmu z ramienia Stronnictwa Chłopskiego (Centrolew), który w 1933 roku będąc sekretarzem kliniki uniwersyteckiej, został zatrzymany pod zarzutem zdefraudowania znacznej kwoty pieniężnej z kasy kliniki. Sprawa przez wiele miesięcy budziła szerokie zainteresowanie społeczeństwa, zwłaszcza że w toku śledztwa trwającego ponad rok, zaczęły wychodzić na jaw kolejne przestępstwa, planowane zbrodnie oraz śmiały plan okradzenia skarbca katedralnego. W centrum tych zbrodni był kolejny aresztowany, Marian Kotarba – syn jednego ze świątników wawelskich, ale zarazem znany już dobrze wymiarowi sprawiedliwości przestępca, który odsiedział 15 lat więzienia za fałszerstwo pieniędzy. Ala zacznijmy od początku tej wielowątkowej historii.

Wszystko rozpoczęło się właśnie od Wawelu, na dziedzińcu którego Budzisz zorganizował deficytowe misterium, skutkiem czego „pożyczył” ze skarbca kliniki UJ 10 tys. zł na spłacenie należności. Następnie Budzisz razem z Kotarbą założyli Spółdzielnie Kredytową, na której w celu rozruchu Budzisz pobiera kolejne 4 tys. zł. Spółka ma charakter piramidy finansowej – nowi członkowie wpłacają pieniądze, ale nic nie otrzymują w zamian. Aby spłacić kasę kliniki Budzisz wraz z Kotarbą, wiedeńskim kupcem Wilhelmem Pernetzem oraz krakowską urzędniczką Zofią Łazarską postanowili podrabiać pieniądze. Stroną techniczną miał się zająć znający to zagadnienie Kotarba. Kolejne wydatki obciążyły kasę kliniki na sumę 40672,23 zł. Budzisz, aby ukryć sprzeniewierzenie, musiał fałszować księgi rachunkowe.

Budzisz w toku śledztwa przyznał się także do ostatniego planowanego przestępstwa, które miało dopełnić ich zbrodniczą karierę, a mianowicie do planu ograbienia skarbca katedry krakowskiej. Kotarba miał wykraść ojcu klucze do katedry i jego skarbca, wykonać ich odciski i sporządzić kopie. Przygotowany był plan ucieczki: Budzisz miał kupić francuski samochód, w którym miała czekać Łazarska i razem po udanym napadzie mieli uciec najpierw do Paryża, gdzie planowali wymienić samochód na model kolonialny i ostatecznie uciec do Angoli. Wspólnicy uczyli się już w tym celu języka portugalskiego, a Budzisz postarał się o tzw. tryptyk samochodowy, który umożliwiał wyjazd samochodem za granicę. W Angoli Budzisz zamierzał zająć się handlem m.in. porcelaną i w tym celu jeździł do Ćmielowa. Kotarba planował swoją przyszłość jako masarz, albo jako fabrykant wody sodowej lub porcelany. Planował także do Świątnik sprowadzić i hodować jedwabniki, a następnie wytwarzać jedwab.

Na pierwszej rozprawie w dniu 23 października 1934 roku Budzisz przyznał się częściowo do winy, informując, że od 1931 roku miesięcznie pobierał z kasy 180 zł, natomiast Marian Kotarba oznajmił, że jest niewinny i nie wiedział, skąd pochodzą środki na Spółdzielnie Kredytową, a o fałszerstwie dowiedział się dopiero od Budzisza i Pernetza, gdy w Gdańsku otrzymał próbę srebra z monety 10-złotowej do dalszej analizy oraz dwie sztance (tj. wykrojniki do prasy) do wybijania faszystowskich monet wraz z pismem po niemiecku skierowanej do partii hitlerowskiej w Gdańsku, który informował o powstaniu na ternie Polski braterskiej partii faszystowskiej – pismo to jednak zniszczył, bo bał się zostać uwikłany w polityczne sprawy. Budzisz miał go także namawiać go do przemycania kokainy z Czechosłowacji do Polski, jednak Kotarba odmówił, więc Budzisz w końcu zajął się przemytem gumowych rękawiczek lekarskich. Pernetz domagał się w listach do Budzisza nowych pieniędzy na realizację przedsięwzięcia, a gdy nie dostał odpowiedzi, zaczął grozić wydaniem planu. Kotarba zeznał następnie, że Budzisz wraz z Łazarską namawiali go do zamordowania niebezpiecznego wspólnika: Kotarba miał zwabić do lasu Pernetza i tam zamordować. Kotarba jednak się nie zgodził i zamiast do Wiednia pojechał do Świątnik. Po jakimś czasie otrzymał list od Budzisza, że ponieważ wyszły na jaw malwersacje w klinice, Budzisz ukrywa się w Dębnikach i planuje uciec do Czechosłowacji, jednak ucieczka się nie udała z powodu braku funduszów. Potwierdził także przed sądem historię z planem rabunku Wawelu.

Zeznania Kotarby były momentami tak nieprawdopodobne, że zaczęto się zastanawiać, czy Kotarba nie cierpi na chorobę umysłową, tym bardziej że już austriacka komisja wojskowa w 1917 roku stwierdziła u niego dementia praecox (med. otępienie wsteczne). Kotarba podczas pierwszego więzienia został poddany opinii biegłego, który zaczął podejrzewać, że Kotarba udaje, gdyż posiadana biegłość w fałszerstwie stoi w sprzeczności z taką chorobą umysłową. Na końcu wyszedł na jaw romans Kotarby z dozorczynią więzienną, która dostarczała Kotarbie alkohol do celi, żeby ten upijał się do nieprzytomności i w ten sposób symulował chorobę. Biegli w tej sprawie również nie mieli wątpliwości co do poczytalności Kotarby.

Zofia Łazarska zeznała, że jedynie pracowała w Spółdzielni Kredytowej Budzisza, pobierając pensję 150 zł miesięcznie. Zaprzeczyła kategorycznie zeznaniom Kotarby. Najbardziej szczegółowe zeznania złożył Pernetz, informując sąd, że w sierpniu 1932 roku Budzisz wraz z Łazowską przedstawili mu ogólny projekt sprowadzenia z Berlina sztanc, ale uznał, że są to sztance do wybijania medalionów. Pernetz miał pojechać do Berlina i zamówić dwie sztance, z których pierwsza miała wybijać orła i wizerunek śp. Niewiadomskiego (zabójcy prezydenta Narutowicza), a druga miała napis 10-złoty i rewers: „Faszystowska partia w Polsce” – miało to zmylić władze, a jednocześnie zapewnić obie strony monety 10-złotowej. Znalazł na miejscu rytownika, ale ten się przestraszył i zawiadomił policję niemiecką. Pernetz został zatrzymany, ale po wyjaśnieniach ostatecznie wypuszczony, bo nie był to czyn karalny w Rzeszy. Z Berlina Pernetz pojechał do Wiednia i tam został aresztowany przez policję i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Pernetz zapewniał, że nie zamierzał przystać do spółki fałszerzy, a jedynie chciał wyciągnąć od Budzisza 3 tys. zł, którą to sumę był mu winien. Pozostali zeznający świadkowie potwierdzili przygotowania Budzisza do wyjazdu do Angoli, który zakupił już paciorki i medaliki dla wodzów plemion afrykańskich.

W czasie samego procesu pominięto wątek planowanego rabunku skarbca wawelskiego, jako że tego nie obejmował akt oskarżenia. Wyrok zapadł 26 października: Budzisz został uznany za winnego sprzeniewierzenie pieniędzy kliniki, fałszowanie ksiąg rachunkowych, przywłaszczenie pieniędzy Spółdzielni Kredytowej i za usiłowanie fałszerstwa, otrzymując wyrok 5 lat wiezienia z utratą praw obywatelskich oraz nakaz zwrotu sprzeniewierzonych pieniędzy dla UJ. Marian Kotarba za usiłowanie fałszerstwa został skazany na 1,5 roku więzienia i utratę praw obywatelskich na 4 lata. Wilhelm Pernetz za usiłowanie fałszerstwa i nielegalne przekroczenie granicy został skazany na rok więzienia z zawieszeniem kary na 5 lat, a Zofia Łazarska za usiłowanie fałszerstwa, przyjęcie od Budzisza pieniędzy zdefraudowanych rok więzienia z zawieszeniem na 3 lata.32

Przypisy:

1Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1717, karta 5.

2Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1721, karta 197.

3Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1717, karta 40.

4Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1755 ad Anno 1764, nr 7157.

5Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1755 ad Anno 1764, nr 7161.

6Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1755 ad Anno 1764, nr 7204

7Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1721, karta 94.

8Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1721, karta 152.

9Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1721, karta 153.

10Prawdopodobnie chodzi o Kajetana Olszowskiego h. Prus (1750-1827), syna Antoniego Jana Olszowskiego i Katarzyny Niemojowskiej h. Wieruszowa, kanonika katedralnego.

11Acta Iudicialia Custodiae Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis ab Anno 1721, k. 208.

12Słowo Polskie, nr 131 rok IV, Lwów 4 czerwca 1899 r.

13Słowo Polskie, nr 103 rok V, Lwów 3 marca 1900 r.

14Związek Świątnicki, nr 2 rok 1911, Kraków 1911.

14aZwiązek Świątnicki, nr 8 rok 1912, Kraków 1912.

15Głos Narodu, nr 115 rok XXXVI, Kraków 1 maja 1929 r.

16Nowa Reforma, nr 326 rok XXVIII, Kraków 20 lipca 1909 r.

17Gazeta Lwowska, nr 188 rok 91, Lwów 18 sierpnia 1901 r.

18Gazeta Narodowa, nr 109 rok III, Kraków 13 maja 1864 r

19Gazeta Lwowska, nr 45 rok 97, Lwów 24 lutego 1907 r.

20Nowa Reforma, nr 122 rok XXVII, Kraków 14 marca 1907 r.

21Czas, nr 297 rok LVI, Kraków 30 grudnia 1903 r.

22Nowa Reforma, nr 242 rok XXVIII, Kraków 28 maja 1909 r.

23Goniec Krakowski, nr 212 rok IV, Kraków 7 sierpnia 1921 r.

24Nowa Reforma, nr 155 rok XLI, Kraków 13 lipca 1922 r.

25Związek Świątnicki, nr 3 rok 1912, Kraków 1912.

26Nowa Reforma, nr 143 rok XXXIII, Kraków 22 kwietnia 1914 r.

27Nowa Reforma, nr 144 rok XXXIII, Kraków 23 kwietnia 1914 r.

28Gazeta Lwowska, nr 92 rok 104, Lwów 24 kwietnia 1914 r.

29Nowa Reforma, nr 347 rok XXIX, Kraków 2 sierpnia 1910 r.

30Goniec Krakowski, nr 213 rok II, Kraków 9 sierpnia 1919 r.

31Nowa Reforma, nr 3 rok XLI, Kraków 4 stycznia 1922 r.

32Nowy Dziennik, nr 291-294 rok XVII, Kraków 24-27 października 1934 r.

Reklamy

Opracował Jerzy Czerwiński.

Niedawno przeszukując archiwa, natrafiłem na opis jednego z najważniejszych dni dla świątniczan w XIX wieku, tj. dnia, w którym zwieńczone zostały trudy kilku dekad. Myślę, że warto przypomnieć ten dzień, którego opis dotychczas zamykał się w jednym zdaniu.

Zarys historii powstawania duszpasterstwa w Świątnikach Górnych przedstawiłem już w artykule pt. Od kapelanii do parafii, czyli historia duszpasterstwa w Świątnikach Górnych. Przypomnę zatem, że Świątniczanie od dekad czynili starania, aby móc wybudować własną świątynię i mieć własnego duszpasterza. Mały drewniany kościółek, postawiony na świątnickim rynku w 1767 roku, wymagał poważnego remontu, a w tej perspektywie zaczęto myśleć o większym gmachu. Aby zrealizować przedsięwzięcie, problemów do pokonania było całkiem sporo: spełnić wymagania konieczne do uzyskania zgody władz zaborczych (liczba ludności, wielkość zabudowy), wykonać plany budowy i uzyskać zgodę na ich realizację, uzyskać akceptację parafii mogilańskiej i kurii tarnowskiej, znaleźć odpowiedni plac oraz uzbierać konieczne fundusze do rozpoczęcia inwestycji.

Jeśli chodzi o warunki stawiane przez władze austriackie, to podstawowym była liczba mieszkańców, a ta w pierwszych dekadach XIX wieku wynosiła nieznacznie ponad tysiąc. W czasie, gdy zmieniali kolejni władcy Austrii i łagodzono relacje z kościołem katolickim, dynamicznie rosła populacja świątniczan, tak że w 1846 roku wynosiła już około 1,3 tys. mieszkańców. W sprawie placu i finansów świątniczanie rozpoczęli działanie już od 1820 roku i cierpliwie zbierali przez 26 lat środki, odkładając grosze z każdej wytworzonej kłódki. Grunty pod kościół zapisał w 1832 świątniczanin ks. Wojciech Zakulski i choć ziemie te wykorzystano później pod budowę szkoły, to ten zapis testamentowy jest dowodem organizacji świątniczan i długoterminowego planowania. Ostatecznie zakupiono grunt pod kościół od Wojciecha Popczyńskiego, bo zgodnie z testamentem ks. Zakulskiego, w pierwszej kolejności miała powstać na tym gruncie szkoła (patrz ryc. 1). Zgodę na powstanie kapelanii uzyskano w 1846 roku i rozpoczęto prace budowlane, nad którymi czuwał zarząd budowy na czele z mianowanym kapelanem ks. Józefem Nowakowskim oraz takimi osobistościami jak baron Henryk Konopka z Wrząsowic1, Antonim, Feliksem i Leonem Grabowskimi2 i miejscowym wójtem Popkiewiczem.

Ryc. 1. Kolorem czerwonym oznaczono teren pozyskany na budowę kościoła w 1846 roku, kolorem niebieskim grunty zapisane przez ks. Zakulskiego na budowę szkoły i kościoła (zdjęcie Google).

Ryc. 1. Kolorem czerwonym oznaczono teren pozyskany na budowę kościoła w 1846 roku, kolorem niebieskim grunty zapisane przez ks. Zakulskiego na budowę szkoły i kościoła (zdjęcie Google).

Biskup diecezjalny tarnowski Józef Alojzy Pukalski3 wyruszył 19 czerwca 1858 roku, aby dokonać kanoniczych wizytacji kolejno w Niegowici, Gdowie, Zakliczynie i Sieprawiu. Do Świątnik miał przybyć wieczorem, w sobotę dnia 26 czerwca, więc od rana trwały w miejscowości przygotowania do uroczystego przywitania i ugoszczenia biskupa w Świątnikach. Poranne ciężkie, ciemne chmury nie wróżyły dobrej pogody, ale już w południe pogoda zaczęła się poprawiać, aż do całkowitego wypogodzenia. Na przywitanie specjalnego gościa wykonano pod kościołem bramę z napisem: „Witaj Pasterzu nasz!”. Na powitanie biskupa zabrzmiały nowy dzwon oraz salwy z moździerzy, a cała wieś, od najmłodszych po najstarszych przybyła, aby witać oczekiwanego gościa.

Najpierw pojawili się konni wysłannicy – świta świątniczan w strojach świątecznych z szarfami przez ramie przepiętymi, którzy torowali drogę od granic z Sieprawiem. Wraz z nimi przyjechali także konni sieprawianie, którzy odprowadzali biskupa po zakończonej u nich wizytacji. Przy wspomnianej bramie oczekiwała już cała wieś na czele z ks. Nowakowskim. Z biskupiego powozu pierwszy wysiadł ks. infułat Franciszek Szlosarczyk4, który przyjął od ks. Nowakowskiego kropidło i wodę święconą, którą pokropił zgromadzonych wiernych. Wówczas miejscowy kapelan przywitał biskupa następującymi słowami:

Jaśnie wielmożny i najprzewielebniejszy Pasterzu! W uczuciu najżywszej radości witamy Cię wpośród zagród naszych,, dokąd po raz pierwszy wstępujesz jako prawy następca apostołów, Pasterz i Ojciec nasz! Tęsknie, o bardzo tęsknie wyglądaliśmy tego dnia, w którym z Sobą raczysz przynieść nam oraz błogosławieństwo Boże i ojcowską ogarniesz nas miłością. O to jest ta trzódka, która miłością ku Bogu przejęta, a duchem Bożym poruszona, własną swoją pracą, trudem i znojem tę wspaniałą świątynię na cześć św. Stanisława, owego wielkiego naszego Patrona, najwyższemu wystawiło Panu. Jeżeli przewielebny Pasterzu spostrzegasz łzy w oczach naszych, są one dziękczynną modlitwą do Boga, za wyczekane szczęście powitania Cię pośród domów naszych, oraz najpokorniejszą prośbą: abyś z ramienia Bożego, ten dom ku chwale Najwyższego przez ten lud spracowany wystawiony, jako z ramienia Bożego do tego upoważniony poświęcić i konsekrować raczył”.

Na owo przywitanie biskup Pukalski tak odpowiedział: „Wiem, że już królowa Jadwiga tę osadę bogobojnych mieszkańców w swojej szczególnej miała opiece, nadając im kawał ziemi w tym celu, aby strzegli katedralnego kościoła na Wawelu. Wiem i to, że teraźniejsi mieszkańcy Świątnik, własną swoją pracą, zabiegami i trudy tak piękny na całą okolicę wystawili kościół. Jak najchętniej przeto przychylam się do ich prośby i chcę w imię Boga w Trójcy jedynego, a na cześć wielkiego Patrona św. Stanisława, ku chwale Najwyższego ten nowo wystawiony konsekrować kościół”.

Wówczas ponownie odezwały się moździerze, a zgromadzony lud zaintonował pieśń Boże w dobroci nigdy nieprzebrany i wprowadził gości do nowej świątyni. Jak jednak było w zwyczaju przy wizytacji biskupiej, najpierw odbyła się procesja dookoła kościoła w intencji za dusze zmarłych. Po procesji duchowni zatrzymali się przed wejściem do kościoła, gdzie przygotowano wcześniej namiot z ołtarzem, na którym umieszczono relikwie świętych męczenników Klemensa i Celza, które to w dniu następnym miały zostać umieszczone w ołtarzu głównym kościoła. Świątniczanie czuwali pieśnią i modlitwą całą noc przed kościołem.

Ryc. 2. Kościół świątnicki z 1932 roku (fot. Ilustrowany Kurier Codzienny)

Ryc. 2. Kościół świątnicki z 1932 roku (fot. Ilustrowany Kurier Codzienny)

O godzinie 8 rano dnia następnego, czyli w niedzielę 27 czerwca przy asyście salw moździerzy i orkiestry wielickiej do namiotu przybył biskup Pukalski wraz z towarzyszącym mu duchowieństwem i rozpoczęły się obrzędy konsekracji świątyni. O godzinie 11.45 odprawiona została pierwsza suma, którą celebrował ks. kan. Stanisław Rechowicz5, 82-letni proboszcz mogilański oraz konsyliarz konsystorialny, a kazanie wygłosił ks. Ludwik Lewartowski, proboszcz z Inwałdu, który w pierwszej części jasno i dokładnie wytłumaczył obrzędy konsekracji świątyni, następnie nakreślił alegoryczny obraz kościoła jako troskliwej matki, będącej przy swych dzieciach (parafianach) od kołyski po grób, a na końcu podziękował biskupowi z konsekrację. Świątniczan niezwykle ujęła i wzruszyła ta przemowa.

Po kazaniu głos zabrał ks. infułat Szlosarczyk, wyjaśniając znaczenie odpustu zupełnego, którego następnie udzielił wiernym biskup Pukalski. Po zakończonej sumie zwrócił się on do świątniczan, utwierdzając ich w wierze i zamiarze dalszych prac przy ozdobienia wnętrza swojej świątyni, po czym rozpoczął katechizację młodzieży świątnickiej, która udowodniła znajomość katechizmu i zasad wiary. Po katechizacji przyszła pora na pierwszy w Świątnikach sakrament bierzmowania, który przyjęło 600 świątniczan.

O godzinie 17.30 świątniczanie uformowali pod bramą pochód ze świecami, chorągwiami, obrazami i ruszyli drogą usłaną kwiatami, aby odprowadzić orszak biskupi do granic parafii podstolickiej.

Ryc. 3. Rynek świątnicki z 1927 roku.

Ryc. 3. Rynek świątnicki z 1927 roku.

Nieznany świadek i uczestnik tych uroczystości, na końcu swojego opisu wyraził nadzieję, że tak piękna nowa świątynia i jej ołtarz główny powinien się doczekać stosownego obrazu pędzla któregoś z krakowskich malarzy, gdyż krakowianie mają dług wobec świątniczan za ich wielowiekową służbę dla katedry krakowskiej. Jak wiadomo, dwa lata później, ołtarz główny zdobił już obraz Wskrzeszenie Piotrowina, wykonany przez krakowskiego malarza, Walerego E. Radzikowskiego.

Niedawno, 7.01.2019 r. podczas prac renowacyjnych ołtarza głównego została odnaleziona następująca wiadomość:  W ROKU PAŃSKIM 1904 DNIA 12 KWIETNIA NAJPRZEWIELEBNIEJSZY I CZCIGODNY ANATOL NOWAK BISKUP IRENOPOLITANUS ORAZ BISKUP POMOCNICZY KRAKOWSKI OŁTARZ TEN PRZENIESIONY KONSEKROWAŁ I RELIKWIE ADEODATA I FLORUSA MĘCZENNIKÓW WŁOŻYŁ. Oznacza to, że obecny ołtarz główny konsekrowany został w 1904 roku, nie wiemy zatem, jaki kształt i formę miał ołtarz z 1858 roku i na czym polegało przeniesienie tego ołtarza.

Bibliografia:

Czas, rok 1858 nr 172 (31.07.1858).

Przypisy:

1 Henryk Konopka h. Nowina (1821-1892) – urodzony 25.01.1821 roku w Biskupicach, baron, poseł do Sejmu Krajowego, właściciel dóbr min. klucza Biskupice, do którego należały także Świątniki Górne do 1856 roku, w samych Świątnikach posiadał jedynie plac pod dawną kustoszowską karczmą oraz prawo propinacji, zmarł 7.10.1892 r. we Wrząsowicach.

2 Rodzina Grabowskich była właścicielami dóbr w Konarach.

3 Józef Alojzy Pukalski (1798-1885) – urodzony 16.03.1798 r. w Cieszynie, święcenia kapłańskie w 1821 r, wikary w Skoczowie i proboszcz w Wilamowicach; konsekrowany 23.05.1851 r. na biskupa tarnowskiego. Pius IX mianował go 27.12.1868 r. asystentem tronu papieskiego i hrabią rzymskim. Dwukrotnie wizytował swoją diecezję. Lojalista popierający władze w Wiedniu. Zmarł 5.01.1885 r. w Tarnowie.

4 Ks. Franciszek Wojciech Szlosarczyk (1791-1870), infułat tarnowski, wikariusz generalny i oficjał, zastępca bpa Pukalskiego w czasie Soboru Watykańskiego I (1869-1870). Zmarł. 23.05.1870 r.

5 Ks. Stanisław Rechowicz (1776-1859) – kanonik, członek kapituły tarnowskiej, dziekan skawiński i proboszcz mogilański, święcenia 28.08.1808 r, celebrował także pierwszą sumę odpustową na fundamentach budowy kościoła świątnickiego w dniu 8.05.1847 r; zmarł 24.11.1859 r.

oprac. Jerzy Czerwiński ©

Początki fotografii sięgają lat 20. XIX wieku, a w Krakowie studia fotograficzne pojawiły się już od połowy XIX wieku. Wraz z nową technologią pojawiła się fotografia amatorska, a wraz z nią także wyjście poza komercyjną fotografię atelierową. W Świątnikach rozwój fotografii amatorskiej związany był z Towarzystwem Czytelni Ludowej, a przede wszystkim z osobami Leona Franczykowskiego – poczmistrza, wieloletniego kierownika i reżysera Kółka Amatorskiego i prezesa Czytelni w latach 1918-1924 oraz Wojciecha Kotarby (Pachonika). Tym dwóm osobom zawdzięczamy utrwalenie wyglądu Świątnik Górnych z początku XX wieku, gdyż wydali swoje amatorskie fotografie w formie pocztówek, a kartki te trafiły do wielu świątnickich domów. W 2007 roku Towarzystwo Przyjaciół Świątnik wydało w formie współczesnych kartek pocztowych cztery kartki archiwalne, niestety z nie do końca prawidłowym podpisem. Poniżej przedstawię kolekcję 12 kartek, których odbitki zawdzięczam własnym zbiorom rodzinnym, rodziny Słomków, pana Stanisława Kuryłasa i Muzeum Ślusarstwa w Świątnikach Górnych, a które poddałem cyfrowej obróbce.

Na początek przedstawię kartki autorstwa Leona Franczykowskiego z okresu od ok. 1910-1924:

  • Panorama Świątnik z nieistniejącej już Starej Drogi (przedłużenie ulicy Karpackiej).

Świątniki Górne – widok ogólny (L. Franczykowski)

  • Rynek świątnicki od strony zachodniej.

Świątniki Górne. Rynek. (L. Franczykowski)

  • Rynek świątnicki i jego mieszkańcy: widok od strony wschodniej

Niedziela w Świątnikach Górnych (L. Franczykowski)

  • Ulica „Zboiska” czyli obecnie ulica Bruchnalskiego z dwoma widokami: spod kościoła w kierunku zachodnim oraz spod domu przy Bruchnalskiego 31 w kierunku wschodnim.

Świątniki Górne. Ulica Zboiska. (L. Franczykowski)

  • Widok z powstającego Nowego Gościńca (ul. Sportowa) ok. 1912 roku.

Świątniki Górne. Strona południowa (L. Franczykowski).

  • Opisem kolejnej serii widokówek ze Świątnik będzie opis zamieszczony w numerze nr 3 Związku Świątnickiego z 1911 roku: W sierpniu b.r. pojawiły się nowe kartki z widokami Świątnik, wydane nakładem p. Wojciecha Kotarby (Pachonika). Na seryę składają się 4 kartki, z których przedstawiają: 1) widok ogólny zdjęty z Dziadowca, 2) kościół, 3) szkołę ślusarską oraz muzeum tejże szkoły, a na 4) są powyższe 3 widoki pomniejszone. Nowością w tem wydaniu jest umieszczenie muzeum szkoły ślus. oraz skombinowanie tych trzech widoków na jednej kartce; od starych kartek różnią się one także odmienionymi zdjęciami, na czem zyskał przede wszystkim kościół. Na starych bowiem kartkach kościół wydaje się być niskim, obecnie zaś przez zdjęcie całego cmentarza przed kościołem on sam zyskał na wysokości.1 Warto podkreślić, że kartka przedstawiająca gmach szkoły ślusarskiej jest zarazem pierwszą fotografią zamontowanej w kwietniu 1911 roku bramy szkolnej, wykonanej przez Stanisława Kwintowskiego.

Świątniki widok ogólny (W. Kotarba, 1911)

Kościół w Świątnikach (W. Kotarba, 1911)

Świątniki: C. k. szkoła ślusarska i Muzeum w c.k. szkole ślusarskiej (W. Kotarba, 1911)

Kościół, widok ogólny i c.k. szkoła ślusarska (W. Kotarba, 1911)

  • Ciekawe zestawienie zawierające nowe ujęcie szkoły ślusarskiej, kościoła, budynku poczty, posterunku żandarmerii oraz szkoły ludowej (literówka w opisie).

Pozdrowienia ze Świątnik Górnych (W. Kotarba)

  • Szkoła ślusarska z warsztatami o strony wschodniej, zdjęcie po 1918 roku.

Warsztaty i budynek Państwowej Szkoły Ślusarskiej.

  • Rocznicowa kartka na 50-lecie szkoły ślusarskiej z miniaturkami warsztatów, muzeum szkolnego, sali lekcyjnej, szkolnego korytarza i bramy głównej.

Państwowa Szkoła Ślusarska 1888-1938.

 

Przypisy:

1 Związek Świątnicki, numer 3/1911, s. 12.

Opracował Jerzy Czerwiński ©

 

W artykule pt. Życie w Świątnikach Górnych na przestrzeni wieków przedstawiłem charakterystykę zarówno zagospodarowania Świątnik w kolejnych wiekach, a także schematy świątnickich domów z przełomu XIX i XX wieku, czyli tzw. budynków na jeden koniec i na dwa końce. Niedawno jednak w zbiorach krakowskiego Muzeum Etnograficznego udało się odnaleźć plany i opisy świątnickich domów oraz całych zagród z 1917 roku, dlatego postanowiłem uzupełnić zagadnienie i przedstawić szczegółowe informacje o budownictwie i zagospodarowaniu przestrzennym anno Domini 1917. Starych świątnickich budynków ubywa z każdym rokiem, więc tym bardziej warto utrwalać odchodzący w przeszłość ten typ zabudowy.

Ryc. 1: Ulica Ks. Koniecznego z nieistniejącymi już XIX wiecznymi zabudowaniami.

Ogólna charakterystyka zabudowy i zagospodarowania z początku XX wieku. Jak wiadomo, w Świątnikach dominowały w tamtym okresie trzy zawody: ślusarstwo, drobny handel (hausernictwo) oraz kupiectwo. Ślusarze i hausernicy posiadali przeważnie od 0,07 ha do 2,30 ha gruntów rolnych, które to grunty rolnicy z sąsiednich miejscowości uprawiali za wynagrodzeniem dziennym 200 koron. Terenu zabudowanego posiadali około 0,02 ha, z czego blisko połowę zajmował dom (średnie wymiary 10 x 7,5 m), a resztę podwórze i ogródek. W zagrodach tych z drzew najczęściej rosły śliwy. Kupcy posiadali pola rolne o powierzchni od 7 ha do 26 ha, a także własne konie do prac rolnych oraz na stałe zatrudnionych parobków z sąsiednich miejscowości. W sadach kupców rosły jabłonie, grusze, wiśnie, czereśnie, orzechy włoskie, agrest, porzeczki, maliny i truskawki. Sadzono także kasztany, lipy, robinie akacjowe, topole i jarząb.

Ryc. 2: Nadgryzione czasem zabudowania przy ul. Bielowicza (2010 r.)

W ogródkach świątniczanie uprawiali sałatę, ogórki, cebulę, marchew, pietruszkę, seler, chrzan, kapustę i buraki, a w większych także kalarepę, kapustę włoską, kalafior, pomidory, groch cukrowy i szparagowy, rzodkiew i szczypiorek. W części ogródków sadzono zioła w postaci szałwii, mięty pieprzowej, piołun, rutę, melisę, bylicę (boże drzewko), żywokost, barwinek, hyzop (józefek), dziewannę, dzięgiel czy bobownik. Z kwiatów hodowano róże, bratki, storczyki, stokrotki, lilie, piwonie, rezedy, georginie, lawendy, astry, goździki czy orliki, a w ogrodach większych lewkonie, tulipany, powoje, begonie, lwie paszcze, portulaki, cynie i dzwonki.

Drewno do budowy ścian i konstrukcji domów sprowadzono z okolic Myślenic (Trzebunia, Stróża, Pcim, Bieńkówka, Jachówka). Deski, gonty, łaty, żerdzie nabywano na targu w Sieprawiu. Do stawiania drewnianych budynków zatrudniani byli górale. Większość domów pełniła zarówno funkcję mieszkalną, warsztatową i gospodarczą, a jedynie zamożniejsi posiadali oddzielne budynki gospodarcze. Ściany budynków drewnianych budowano z bali okrąglaków lub półokrąglaków (konstrukcja wieńcowa ścian na zrąb tj. na zamek). Budynki gospodarcze w zamożniejszych zagrodach stawiano nierzadko murowane z cegieł. Pokrycie dachowe stanowiły głównie papa, gont i od niedawna eternit, a rzadziej dachówka. Stajnie i stodoły kryto najczęściej słomą lub gontem, a nowsze budynki także papą i dachówką.

Ryc. 3: Grafika młodego Stanisława Wyspiańskiego, przedstawiająca nieistniejący już dom Stanisława Synowca (ul. Ks. Koniecznego)

Ściany domów na zewnątrz malowano farbą z wapnem, przeważnie na niebiesko, żółto lub zielono. Ściany budynków gospodarczych były albo naturalnym kolorze drewna, albo bielone z pasami spoinowymi. Wewnętrzne ściany izb mieszkalnych bielono, a czasem także malowano w kolorze różowym, żółtym, zielonym, niebieskim, liliowym (raczej unikano jaskrawych odcieni). W domach zamożniejszych świątniczan ściany malowano także we wzory.

W izbach hodowano następujące rośliny doniczkowe: mirty, rozmaryny, geranie, pelargonie, bluszcze, malinki, pokrzywki, złocienie, kaktusy, oleandry, tuje, weroniki czy różyczki.

Ryc. 4: Nieistniejący już budynek leżący przy danych jatkach, a później placu targowym.

Zabudowa do XVIII wieku. Najstarszym istniejącym i zamieszkałym jeszcze w 1917 roku domem była chata Marianny Walasowej „Rafałki”, handlarki drzewem, nabiałem i owocami, wybudowana około 1790 roku przez rodzinę Dziewońskich. Była to typowa kurna chata (nieposiadająca komina), pierwotnie z glinianym klepiskiem, a następnie z podłogą z desek w części mieszkalnej.

Ryc. 5. Plan zagrody z XVIII wieku.

Okna były pojedyncze, dwuskrzydłowe, a każde skrzydło miało po 3 szyby. Wymiary okien to 80 x 60 cm. Drzwi wejściowe, jednoskrzydłowe o wymiarach 172 x 88 cm, a drzwi wewnętrzne 152 x 82 cm. Zachodnia część domu zapadła się i bliska była ruinie. Powierzchnia parceli wynosiła 150 m2, z czego 73 m2 gruntu pod budynkiem.

Na początku XX wieku kurne chaty występowały wciąż w Świątnikach w znacznej ilości. Chaty z oszklonymi oknami występowały już na polskich wsiach od połowy XVI wieku.

Typowa XIX wieczna zabudowa. Przykładem najczęściej występujących w Świątnikach zabudowań z XIX wieku jest dom drewniany B. Zakułowej o wymiarach 10 x 7,5 m, z dachem naczółkowym krytym gontem (patrz Ryc. 10 a). Podwórze wyłożone było częściowo kamieniami.

Ryc. 6. Plan typowej zagrody z XIX wieku.

Typową zagrodę z początku XX wieku reprezentuje dom Józefa Synowca „Kosiutka” o wymiarach 13,5 x 8 m, wybudowany w 1917 roku w miejscu chałupy, która spłonęła w 1916 roku. Dach został pokryty eternitem.

Ryc. 7. Zagroda z początku XX wieku

Duża zagroda kupiecka, czyli zabudowania należące do kupca i gospodarza Mieczysława Czerwińskiego. Powierzchnia zajęta pod budynki wynosiła 1400 m2. Gospodarstwo ogrodzone było sztachetami i żywopłotem oraz posiadało dwie bramy. Główny drewniany budynek mieszkalny i sklepowy wybudowano w 1854 roku, a pozostałe budynki niedługo później. Wszystkie budynki z wyjątkiem stajni posiadały ściany z bali drewnianych (wiązanych na zamek), a stania posiadała murowane ściany z cegieł. Dach dwuspadowy, nad budynkiem mieszkalnym kryty łupkiem, nad składem, stajnią i spichrzem kryty dachówką, a nad stodołą i wozownią kryty papą. Pod częścią mieszkalną znajdowała się piwnica murowana, a druga piwnica była pod spichrzem. Budynek z częścią mieszkalną, sklepem, składem i stajnią istnieje do dzisiaj (ul. Bielowicza).

Ryc. 8: Plan gospodarstwa kupca M. Czerwińskiego.


Ryc. 9: Zabudowania kupieckiego gospodarstwa przy ul. Bielowicza (2010 r.)

Największa zagroda świątnicka. Zagroda należąca do kupca i gospodarza Józefa Słomki o powierzchnia całkowitej 2200 m2. Gospodarstwo było ogrodzone sztachetami, w części także żywopłotem głogowym i posiadało dwie bramy wjazdowe. Z drzew owocowy rosły jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie, czereśnie i jeden orzech, a z drzew dzikich i ozdobnych robinie akacjowe, lipy, jawory, jarzębiny, głóg i tuje. W ogrodzie było miejsce na krzewy: agrest, porzeczki, bez, bukszpan oraz jarzyny: pietruszka, sałata, groch, mak, czosnek, cebula i chrzan.

Ryc. 10: Plan największego gospodarstwa w Świątnikach.

Budynek mieszkalny drewniany wybudowany w 1876 roku, z dachem naczółkowym (a) krytym papą, stajnia murowana z cegieł z dachem dwuspadowym (b) krytym dachówką, a wozownia i skład towarów drewniane z dachem dwuspadowym (b) kryte gontem. Ściany budynku mieszkalnego wykonane z bali ze zrębem złożonym na zamek. Wozownia posiadała dębowy szkielet, a ściany wykonane z desek. Ponadto ze względu na gęstą zabudowę, gospodarz posiadał jeszcze stodołę poza obszarem zabudowanym Świątnik o szkielecie dębowym ze ścianami z desek i dachem dwuspadowym (b) krytym dachówką. Stodoła miała wymiary 20 x 10 m i mieściła dwa sąsieki przedzielone boiskiem o szerokości 4,60 m. Budynek mieszkalny oraz mury stajni i składu zboża istnieją do dzisiaj (ul. Podgórska).

Ryc. 11: Istniejący budynek mieszkalny przy ul. Podgórskiej (2019 r.)

Inne budynki według opisu z 1917 roku.

  • Budynek gminny z 1805 roku – drewniany, tynkowany, parterowy o trzech ścianach zewnętrznych zaszalowanych deskami. Dach dwuspadowy o kącie nachylenia 45 stopni pokryty papą. Od strony północnej znajdował się ganek na drewnianych słupach.

Ryc. 12: Budynek poczty ok. 1911 r. (obecnie cukiernia)

Ryc. 13: Budynek żandarmerii ok. 1911 r.

  • Plebania z 1846 roku – drewniana, tynkowana, parterowa o trzech ścianach zewnętrznych zaszalowanych deskami. Dach dwuspadowy pokryty papą. Od strony drogi (południa) drewniany ganek.

Ryc. 14: Pierwsza plebania z 1846 roku (fot. z 2002 r.)

  • Budynek szkoły ludowe z 1865 roku – murowany, piętrowy. Dach czterospadowy pokryty czerwoną dachówką.

Ryc. 15: Budynek pierwszej szkoły ludowej – ilustracja Kazimierza Cholewy do Kroniki Świątnik Górnych Elżbiety Miziurowej.

  • Kościół parafialny z 1856 roku – murowany z kamieni i cegieł, tynkowany, bielony zewnątrz i wewnątrz. Dach budynku oraz na wieżach czterospadowy, ścięty od frontu, pokryty blachą.

 

Ryc. 16: Kościół (1911 r).

Źródła:

  • K. Chlebowski, Odpowiedź na ankietę w sprawie budownictwa wiejskiego, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli w Krakowie, I/152/Rkp.

Wykorzystano fotografie i skany fotografii własne.

Opracował Jerzy Czerwiński.

Istniejący do dzisiaj krzyż cmentarny, który pierwotnie miał napisany rok „1865” (obecnie jest „1863”) - rysunek K. Chlebowskiego.

Istniejący do dzisiaj krzyż cmentarny, który pierwotnie miał napisany rok „1865” (obecnie jest „1863”) – rysunek K. Chlebowskiego.

W kolejnej części zaglądania w czasy sprzed ponad wieku nadszedł moment na przyjrzenie się sprawom śmierci, czczenia zmarłych i wierzeń w życie pozagrobowe. Etnografów szczególnie te zagadnienia interesowały, gdyż tam właśnie przetrwały najstarsze i pierwotne cząstki dawnej kultury. I jak się będzie można przekonać, tak było także u świątniczan. Dzisiaj już trudno sobie to wyobrazić, że jeszcze niedawno nasi przodkowie pomimo tego, że od blisko tysiąca lat wyznawali wiarę chrześcijańską, że poprzez służbę w królewskiej katedrze mieli kontakt z ludźmi z całego znanego świata, że sami potrafili docierać na krańce Europy z towarem wykonanym w tutejszych warsztatach i pomimo tego nadal silna była wiara w świat duchów, strzyg i czarownice. A potem nagle w XX wieku te przesądy i wierzenia całkowicie zniknęły. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na końcu tego artykułu.

Postanowiłem oddzielić poważne zagadnienie rytuału, tradycji pochówku i czczenia zmarłych, od wierzeń i niejednokrotnie groteskowych zabobonów, choć dla ówczesnych ludzi stanowiło to jedną wspólną całość. Przewodnikiem w poznaniu XIX wiecznych Świątnik ponownie jest Karol Chlebowski, ówczesny dyrektor szkoły ludowej. Gdy spisywał swoje notatki w 1899 roku, łączył w nich spojrzenie wykształconej osoby niepochodzącej ze Świątnik zarazem z osobą wżenioną w tamtą społeczność i dającą się przekonać do miejscowych wierzeń. Prezentuję także kilka rysunków nagrobków cmentarnych, wykonanych w tymże roku przez uczniów klasy IVb.

Nagrobek Feliksy Słomkowej 1865-1905 (2015 r.)

Nagrobek Feliksy Słomkowej 1865-1905 (2015 r.)

Rytuał pogrzebowy. Rytuały pogrzebowe są najstarszym świadectwem istnienia cywilizacji. Każda społeczność posiadała własną, uregulowaną tradycję (rytuał) grzebania swoich zmarłych. Poniżej przedstawię, jak wyglądało to w Świątnikach pod koniec XIX wieku.

Konanie. Umiejącemu najczęściej towarzyszyli krewni i jeśli w ostatnich chwilach życia zachowywał przytomność, to starał się przekazać otoczeniu swoją ostatnią wolę oraz instrukcje co do stroju pogrzebowego, miejsca pochówku i rodzaju trumny. Najczęściej umierający chcieli być pochowani blisko swoich nieżyjących krewnych. Krewni zapalali świecę (gromnicę) i modlili się, odmawiając litanię za umierających. Jeśli konający tego sobie życzył, to sprowadzano księdza, aby udzielił ostatnich sakramentów, a także proszono siostry zakonne o wspólną modlitwę. Nierzadko jednak umierający nie chcieli ostatniej sakramentalnej posługi.

Śmierć. W chwili zgonu tradycją było zatrzymanie w domu zegara na godzinie śmierci. Zmarłego przykrywano tymczasowo prześcieradłem, a następnie krewni przygotowywali ciało zmarłego do pochówku poprzez umycie i ubranie. Zdarzało się, że czynności te wykonywali najmowani ubożsi. Jeśli zmarły miał otwarte oczy, to zamykano je, a niekiedy także kładziono na oczy monety, tzw. czworaki, czyli złote monety 4-dukatowe austriackie.

Kamienny krzyż (2016 r.)

Kamienny krzyż (2016 r.)

Strój pogrzebowy. Wybierano najczęściej najlepsze ubranie, jakie zmarły miał za życia. Nie zakładano kapeluszy i chust. Często były to ślubne stroje. Zamożniejsi zamawiali czasem uszycie nowych strojów. Dzieci ubierano w stroje białe, bladoniebieskie lub liliowe. Dziewczęta ubierano w białe sukienki, młode kobiety w stroje popielate, niebieskie i liliowe (nie czerwone), a starsze w suknie ciemne, granatowe i fioletowe. Końce sukien wypuszczano później na zewnątrz trumny i ozdabiano kwiatami.

Trumna. W owych czasach było dwóch stolarzy wykonywających trumny. Dostępne były droższe trumny z twardego drewna (np. dębowe) oraz tańsze z drewna miększego. Jednakże nawet najubożsi zamawiali trumny malowane i ozdabiane. Dla dzieci trumny malowano na biało, a z papieru pozłacanego wycinano i ozdabiano ją krzyżami i koronkami. Dla starszych trumny malowane były w kolorze orzechowym, wiśniowym lub brązowym także ze złocistymi krzyżami i galonikami. Droższe trumny miały krzyże zdobiące wykonane z blachy oraz żółte i białe galony szychowe.

Czuwanie przy zmarłym. Do czasu dostarczenia przez stolarza trumny, zmarły pozostawał w swoim łóżku. Następnie ciało zmarłego umieszczano powoli w trumnie na wznak i ustawiano obok krzyż i dwie zapalone świece. Pod głowę zmarłego kładziono poduszkę, którą stolarz wypełnił wiórami z desek. Ręce zmarłego składano jak do modlitwy, wkładając do rąk książeczkę modlitewną, różaniec, koronkę lub krzyżyk. Dzieciom do rąk wsadzano obrazek. W zamożnych domach przy marach ustawiano także wazony z kwiatami, duże (kościelne) świece i mniejsze przy krzyżu lub figurze Matki Boskiej. Jeśli to było możliwe (ze względu na stan ciała), to trumna była otwarta, a każdy kto chciał, mógł przyjść na modlitwę. Przy trumnie czuwał opłacony wyrobnik1 i modlił się – nie było jednak w Świątnikach tzw. dziadów2, znanych w innych regionach Polski. Odwiedzający modlili się w ciszy, a po wyjściu wspólnie omawiali i szczerze podsumowywali życie zmarłego, nie stroniąc czasem i od przykrych słów o nim, jeśli na nie zasłużył. Wieko trumny opierano o ścianę frontową domu na znak, że w tym domu leży zmarły. Dla dzieci, panien i kawalerów wieko było zdobione wiecami z zieleni i kwiatów. Zamożniejsi ozdabiali trumnę sztucznymi wieńcami zamówionymi w Krakowie z opisanymi szarfami. Zmarłym członkom straży ogniowej umieszczano na trumnie (do czasu pochówku) hełm, toporek i pas strażacki oraz ozdabiano wieńcami od kolegów strażaków. Z zamknięciem trumny czekano, aż przyjdzie ksiądz i zmówi modlitwy.

Rysunek ucznia szkoły ludowej nagrobka Joanny Bodzoń (1876-1896) z 1899 r.

Rysunek ucznia szkoły ludowej nagrobka Joanny Bodzoń (1876-1896) z 1899 r.

Procesja do kościoła. Zgodnie z lokalną tradycją trumnę ze zmarłym chłopczykiem niosły dziewczęta w białych strojach i z wiankami zielonymi na głowach, a zmarłą dziewczynkę nieśli chłopcy w odświętnych strojach. Kawalera lub pannę nieśli zawsze kawalerowie z asystą panien ubranych na biało z czarnymi pasami, które niosły świece. Dorosłych niosło zawsze czterech silnych mężczyzn, krewnych zmarłego.

Przy ostatnim wyjściu z domu niosący trumnę symbolicznie uderzali nią trzykrotnie o każdy mijany próg domu, na znak ostatniego pożegnania się zmarłego z domem. Podczas procesji do kościoła ksiądz i organista śpiewali psalmy, a w rzadkich przypadkach, kiedy to ksiądz nie brał udziału w procesji, proszono śpiewaka Wojciecha Koterbę o prowadzenie pieśni żałobnych. W kościele trumnę ustawiano na katafalku w ten sposób, aby głowa zwrócona była w kierunku drzwi. Przy katafalku ustawiano tacę, do której rodzina zmarłego składała ofiarę za posługę, przeważnie 60-80 centów3. W połowie mszy uczestnicy pogrzebu zawartość tacy wrzucali do skarbony za ołtarzem.

Pochówek. Po mszy świętej wyruszała z kościoła procesja do miejsca pochówku. Po opuszczeniu trumny do wykopanego dołu najpierw ksiądz, a następnie wszyscy uczestnicy z wyjątkiem dzieci zmarłego rzucali grudkę ziemi na trumnę. Po utworzeniu ziemnej mogiły sadzono w niej kwiaty (róże, lilie, astry, goździki) lub krzewy (tuje, kalinę, bez turecki), a z czasem stawiano krzyż lub kamienny nagrobek. Krzyże stawiano drewniane (ubożsi) lub żelazne (bogatsi). Nagrobki najczęściej budowano z piaskowca.

Pamięć o zmarłych. Krewni i znajomi dbali o to, by co najmniej raz w roku, w rocznicę śmierci, odprawić za duszę zmarłego mszę świętą oraz dać na wypominki w wigilię Dnia Zadusznego i w sam Dzień Zaduszny. Wierzono szczerze, że tylko dusze wspomniane na wypominkach mogą liczyć na łaski. Na dzień 1 i 2 listopada ozdabiano groby poprzez rozwieszenie na krzyżach i nagrobkach wieńców z zieleni i kwiatów, składano świeże i sztuczne kwiaty oraz zamówione wieńce z Krakowa. Pod wieczór w dniu Wszystkich Świętych na cmentarz udawała się procesja i wtedy cmentarz rozświetlał się światłem świec. Kolejna procesja wiernych odbywała się rano w Dniu Zadusznym, po nabożeństwie w kościele.

Fantasmagoryczny świątnicki cmentarz w noc Wszystkich Świętych (2015 r.)

Fantasmagoryczny świątnicki cmentarz w noc Wszystkich Świętych (2015 r.)

Świat duchów. Powszechnie wierzono w przenikanie się świata zmarłych i świata żyjących. Zmarli mieli się kontaktować głównie poprzez sny i w nich przekazywać o tym, co je dręczy i dlaczego spokoju nie mogą zaznać. Zapewnienie spokoju duszy przodków było bardzo ważne dla świątniczan, w związku z tym byli oni zobligowani do wypełnienia ostatniej woli zmarłego, a gdy zmarły pojawiał się w snach, spokój jego duszy miało zapewnić zamówienie mszy świętej w jego intencji oraz jałmużna dla ubogich.

Krzyż żelazny na grobie Tekli Walas (1834-1898) – rysunek ucznia z 1899 r.

Krzyż żelazny na grobie Tekli Walas (1834-1898) – rysunek ucznia z 1899 r.

Pod koniec XIX wieku nadal nie budziły większej sensacji kontakty z duchami na jawie. Wierzono, że duchy można spotkać między 23 a północą zwłaszcza pod przydrożnymi figurami. Jeśli się sąsiadowi zaorało kawałek pola, to na tym zajętym bezprawnie kawałku miała pokutować i straszyć później jego dusza. Ingerencji umęczonej duszy można było się spodziewać, jeśli ktoś dopuściłby się dewastacji grobu. Wierzono w istnienie strzygoni i strzyg4, które dostrzegali ci nieliczni, co podróżowali nocą. Świadków kontaktów nie było trudno znaleźć – niejaki Błażej Bodzoń twierdził, że o godzinie 0:30 pukał w okno jego domu strzygoń i chciał ognia, a znów za Jackiem Cholewą, który w nocy wyruszył do Krakowa, miał podążać drogą taki strzygoń aż do figury we Wrząsowicach.

Do największej demonstracji świata duchowego miało dochodzić w noc Wszystkich Świętych, kiedy to do powracającej ludzkiej procesji z cmentarza miała się dołączać procesja dusz w kierunku kościoła. Następnie zmarli kapłani odprawiali nabożeństwa dla nieżyjących wiernych. Co ciekawe, na tę noc faktycznie zostawiano na ołtarzu kielich i akcesoria mszalne. Przez całą noc duchy miały nawiedzać miejsca znane im za życia. Zmarli mieli wracać na cmentarz wraz z poranną procesją w Dniu Zadusznym. Wiele osób twierdziło, że widzieli światła z kościoła i słyszeli głosy modlących się dusz – m.in. żona Karola Chlebowskiego, którą nawet brat-proboszcz ks. Jan Słomka nie mógł przekonać. W nocy z 1 na 2 listopada przestrzegano, żeby nikt się z domu nie wychodził.

Nagrobek ks. Jana Słomki z 1874 r. (2015 r.)

Nagrobek ks. Jana Słomki z 1874 r. (2015 r.)

Społeczność lokalna w dość prosty sposób pojmowała prawdy wiary chrześcijańskiej i nie widziała sprzeczności z ludowymi wierzeniami. Wierzono, że po śmierci czekało piekło lub niebo. W piekle „lejom diabli pijakom smołę do ust, bogaczom zaś widłami pchają do ust pieniądze” i mieli tam trafiać bezpośrednio po śmierci ci, co za życia klęli, nie chodzili do kościoła, nie modlili się, nie spowiadali i zmarli bez pojednania się z Panem Bogiem. Niebem miało być miejsce 9 chórów anielskich, gdzie brak jest zmartwień i trosk, ale bezpośrednio do nieba miały trafiać tylko małe dzieci, a przed dorosłymi była to bardzo trudna droga. Uważano, że do nieba częściej trafiali biedacy, a bogaci częściej do piekła. Ponieważ stosunkowo niewielu miało trafiać bezpośrednio do piekła lub nieba, większość dusz miała przebywać („mieszkać”) na cmentarzu, dlatego większość ludzi z bojaźnią przekraczała bramę cmentarza, a nie było odważnego, co by w nocy drogą wzdłuż cmentarza chciał podróżować.

Przesądy świątnickie związane ze śmiercią i rytuałem pogrzebowym. Ludzie przełomu XIX i XX wieku nie znając jeszcze bakterii, wirusów czy nowotworów, próbowali jakoś wytłumaczyć nagłe choroby, zgony i szukali powiązań w znakach i symbolach, które miały zwiastować tragedię.

Gdy podczas ślubu zgasła przy ołtarzu świeca, zapowiadało to rychłą śmierć tego małżonka, po którego stronie ta świeca zgasła. Nadchodzącą śmierć w rodzinie zwiastowało uschnięte drzewo w sadzie czy też uschnięty egzotyczny kwiat w doniczce oraz gdy trzasnął stół, komoda, obraz, zegar czy okno. Śmierć nadchodziła, gdy nagle spadł obraz lub coś uderzyło w okiennicę. Nawet dyrektor Chlebowski potwierdza, że zgon jego teścia Antoniego Słomki, nastąpił w tym samym momencie, gdy rozpadł się nagle stół. Zdarzało się też, że o nadchodzącej śmierci informowali we śnie sami zmarli.

Nagrobek Stefana Dziewońskiego (1871-1903) i Stanisława Dziewońskiego (1860-1907) (2011 r.)

Nagrobek Stefana Dziewońskiego (1871-1903) i Stanisława Dziewońskiego (1860-1907) (2011 r.)

Ludowy przesąd miał także „pomagać” tym, którzy męczyli się i nie mogli spokojnie umrzeć. Wierzono, że nie można skonać na pierzu, więc umierającemu wyciągano spod głowy poduszkę. Szukano także osoby, z którą umierający był w sporze lub gniewie, bo dopiero podanie ręki i pogodzenie się miało pozwolić duszy odłączyć się od ciała.

Różnie próbowano wytłumaczyć nagłą śmierć: a to się przerwał coś dźwigając, a to wyszedł na pole zgrzany, a to się gniewał i krew go zalała, a to był otyły i go zadusiło, a to przysięgał fałszywie i umarł, a to mu się flaszka z naftą rozbiła i pomarło. Słowem – każde zdarzenie z minionego roku mogło być znakiem śmierci.

Gdy w domu ktoś umarł, odwracano wszystkie lustra do ściany. Oczy zmarłego zamykano, żeby śmierć nie wypatrzyła następnej osoby. Wodę po umyciu ciała zmarłego wylewano w takim miejscu, gdzie nic nie rośnie, aby żywe nie uschło. Jeśli szyto ubranie dla zmarłego, to ważne było, żeby ścieg był robiony „przed”, a nie „za igłą”, bo można było zaszyć duszę w ciele. W takie i inne niespisane tu przesądy wierzyli świątniczanie u schyłku XIX wieku.

Podsumowanie. Na postawione na wstępie pytanie, dlaczego w Świątnikach tak powszechna była wciąż wiara w duchy, a życie i zachowanie regulowane było licznymi przesądami, odpowiedź brzmi: wrak wiedzy. Dorośli schyłku XIX wieku byli ostatnim pokoleniem mieszkańców, którzy w większości nie mieli do czynienia z oświatą i nauką. Potwierdza to także Chlebowski pisząc, że wierzenia i zabobony obce są w zamożniejszych świątnickich domach, gdzie inwestowano w wykształcenie młodego pokolenia. Pokolenia, które wkrótce miało zobaczyć prawdziwe demony w okopach Wielkiej Wojny, przy których śmiechu warte okazały babcine duchy i strzygi.

Na postawie rękopisu K. Chlebowskiego „Świat zmarłych” z 23.12.1899 r., Muzeum Etnograficzne w Krakowie sygn. I/139/Rkp

Fotografie własne wykonane na cmentarzu świątnickim w dniach 1 lub 2 listopada.

Przypisy:

1Wyrobnik – dawniej osoba wynajmowana najczęściej do różnych prac fizycznych.

2Dziady – wędrowni żebracy uznawani przez społeczności wiejskie za posiadające zdolność kontaktu ze światem umarłych i w wielu regionach byli najmowani do pilnowania ciał zmarłych i stanowili ważny element rytuałów pogrzebowych.

3K. Chlebowski pozwolił sobie na komentarz, że w Świątnikach ofiary dla kapłana za posługę były bardzo niskie, ale za to dostępne dla każdej kieszeni.

4Strzygonie i strzygi – męskie i żeńskie słowiańskie demony, złe dusze w potwornym ciele mszczące się za krzywdy doznane za życia.

opracował Jerzy Czerwiński

Wielki Tydzień i Święta Wielkanocne to jeden z najważniejszych okresów nie tylko pod względem religijnym, ale także społecznym i kulturowym. Zapraszam ponownie to przeniesienia się do podkrakowskich Świątnik z początku XX wieku i przyjrzeniu się, jak rozumieli świat ówcześni ludzie.

Niedziela Palmowa. Od wczesnego rana na świątnickim placu targowym ruch był niebywały, albowiem zjeżdżali się do Świątnik handlarze z Wieliczki, Myślenic oraz Podgórza, aby sprzedać drewniane kołatki (tu nazywanymi kłapaczkami), terkotki (tzw. tyrkaczki), palmy, a także nabiał, wędliny i pieczywo. Kłapaczki i grzechotki stanowiły niezbędny atrybut w czasie od Wielkiego Czwartku do Wielkiej Soboty. Większość gospodyń zaopatrywała się w kupną wędlinę, nabiał i pieczywo, a tylko najmajętniejsze świątniczanki miały własne produkty do święcenia i późniejszego podania na stole wielkanocnym. Palmy, zwane tu bagnięciami, wykonywali najczęściej mieszkańcy okolicznych wsi, a świątniczanie kupowali już gotowe produkty. Taka bagnięć zbudowana była z 2-3 prętów1 wierzbiny, tudzież leszczyny z baziami oraz z szakłaku i trzciny zwyczajnej. Wszystko to związane było 2-3 razy witką wierzbową, szakłakiem lub kolorową tasiemką. Cena takiej palmy wynosiła od 4 do 8 halerzy. Z palmami w rękach świątniczanie udawali się do kościoła i tam poświęcone palmy zabierali do domów, jednak nie wnoszono ich izb, gdyż wierzono, że sprowadzają muchy do mieszkania, tylko w sieni każdy z domowników obrywał po jednej bazi z wierzbiny i połykał je, gdyż miała ona chronić przed bólami gardła. Samą palmę tradycyjnie wieszano nad drzwiami wejściowymi w sieni lub na strych2.

Wielki Tydzień. Od poniedziałku rozpoczynały się wielkie sprzątania domostw i obejścia. Poprawiano elewacje budynków i farbowano ją wapnem z domieszką niebieskiej farby. Na polu czyszczono naczynia i sprzęty domowe, a posiadacze bydła dodatkowo wyrzucali nawóz i sprzątali w budynkach gospodarczych.

W Wielki Czwartek mieszkańcy Świątnik licznie udawali się do kościoła brać udział w mszy świętej, gdzie podczas Glorii następowało „zawiązanie dzwonów” i aż do Rezurekcji ich dźwięk zastępowały kłapaczki i grzechotki. Po nabożeństwie i przeniesieniu Pana Jezusa do Ciemnicy (tu nazywanej też Piwnicą) powracano do prac domowych, zgodnie jednak z lokalnym przesądem w okresie „zawiązania dzwonów” powstrzymywano się od siania oraz sadzenia3.

Kłapaczki (fot. archiwum Parafii w Świątnikach Górnych)

Tyrkaczki (fot. Salvatore Capalbi – wikipedia)

W Wielki Piątek wszyscy wstawali przed wschodem słońca, aby umyć się w zimnej wodzie, na pamiątkę wrzucenia Pana Jezusa przez żołnierzy do potoku Cedron. Jedni robili to przed domem, inni udawali się do jednej z gromadzkich studni. Czynność ta miała pomagać przy wrzodach, strupach i innych chorobach skóry oraz przed takimi chorobami chronić. Podczas rannego nabożeństwa kapłani w procesji przenosili Najświętszy Sakrament do Grobu Pańskiego, który przygotowano na czarnym marmurowym ołtarzu pod chórem4. W tabernakulum umieszczano „puszkę”, a na tabernakulum wystawiano Najświętszy Sakrament w monstrancji. Pod ołtarzem znajdował się obraz przedstawiający w pozycji leżącej ciało Chrystusa. Na samym ołtarzu i na stopniach paliły się świece i lampy kolorowe. Siostry zakonne udekorowały stopnie wazonami i doniczkami z kwiatami. Na przełomie wieku nie było jeszcze tradycji trzymania straży przed Grobem, ale przez cały dzień świątniczanie mogli w ciszy modlić się i adorować. Cisza i powaga udzielała się także na ulicach, skąd znikł codzienny gwar i śmiech. Jedynym wyjątkiem były dźwięki kłapaczek i tyrkaczek, autorstwa nawet 30-osobowych grup młodych świątniczan. Wieczorem w kościele odprawiane były Stacje oraz Gorzkie żale, a nabożeństwo kończyło kazanie. Świątnicki kościół w tym dniu zwykle bywał przepełniony, gdyż poza świątniczanami przybywali także mieszkańcy z okolicy.

Procesja przeniesienia Pana Jezusa do Grobu 2008 r. (fot. archiwum Parafii w Świątnikach Górnych)

Wielka Sobota. Rano odbywało się w kościele poświęcenie ognia i wody, zatem za kościołem kościelny rozpalał ognisko z suchej tarniny wcześniej przygotowanej, a kapłan święcił ogień. Wypalone węgle i popiół z tarniny zbierali później ludzie, zwłaszcza z okolicznych wsi, uznając je za skuteczne lekarstwo na rany dla koni i bydła. Podczas mszy świętej, która odprawiana była zaraz po poświęceniu ognia i wody, w czasie Glorii następowało „odwiązanie dzwonów”. Po powrocie do domów sadzono w ogrodach kapustę, buraki oraz siano nasiona warzyw takich jak marchew czy sałata. Gospodynie natomiast miały do wykonania liczne prace przy kuchni, gdyż o godzinie 3 po południu pojedynczy dzwon oznajmiał czas, aby się udać na święcenie pokarmów. Trzeba było zatem przygotować i umieścić w wiklinowych koszach, chustach lub misach szynki cielęce, wieprzowe lub baranie (osoby uboższe); kiełbasy, chrzan, bochenki chleba, masło, oliwę, sól, pieprz, ocet i jaja. Do święcenia posyłano chłopców, dziewczęta, a czasem służbę. Kosze ustawiano przed kościołem, a kapłan poświęcał je kolejno. Do zamożniejszych domów ksiądz był zapraszany po południu i udawał się święcić przygotowaną zastawę, gdzie oprócz wspomnianych produktów było także wino oraz upieczone baby, placki oraz torty. Do początku XX wieku nieznany był obyczaj ozdabiania i malowania jaj (pisanki), a jedynie niektórzy gotowali je w łupinach cebuli, aby barwic jaja na kolor czerwony oraz w uciętej na polu trawie lub zbożu, aby nadać kolor zielony.

Grób Pański (2011 r.)

Rezurekcja odbywała się wieczorem, a rozpoczynała ją procesja trzy okrążeń wokół kościoła. Krzywym okiem patrzono, jeśli ktoś nie przeszedł wszystkich okrążeń, uznając taką osobę za czarownika lub czarownicę, bo Boża moc miała nie pozwalać im przejść całej uświęconej procesji.

Niedziela Wielkanocna. Rano świątniczanie zbierali się przy zastawionych stołach i odmówiwszy modlitwę, rozpoczynali uroczyste śniadanie poprzez dzielenie się święconym jajkiem i życząc sobie nawzajem zdrowia, powodzenia oraz doczekania szczęśliwie następnych świąt. Następnie spożywali święcone chleb i mięso wraz z „wielkanocnym chrzanem”, tj. tartym chrzanem zmieszanym z żółtkami jaj z dodatkiem octu. Popijano wódką, herbatą lub piwem. Na stołach zamożniejszych świątniczan pojawiały się też ciasta. Śniadanie kończyła wspólna modlitwa, a po śniadaniu udawano się do kościoła. Skorupy święconych jaj oraz kości mięs zakopywano w zagonach zasadzanych ziemniakami, gdyż miało chronić przed szkodnikami i zapewnić dobre zbiory. Z podobnymi intencjami niektórzy zakopywali je także między korzeniami drzew owocowych. Na ulicach panował spokój i powaga wielkiego święta, w związku z tym w tym dniu nie prowadzono handlu, a domy opuszczano tylko w celu udania się do kościoła.

Poniedziałek Wielkanocny. Gromady dzieciaków, zwłaszcza z biedniejszych rodzin, od wczesnego ranka biegały od domu do domu, a wchodząc do każdej izby, chwaliły Pana Boga i wołały, że przyszły po śmigusie. Mogły liczyć na kawałek kołacza, babki czy chleba, a czasem 2-4 halerze. Dzieci z zamożniejszych domów odwiedzały tylko krewnych i chrzestnych, licząc na kawałki ciast oraz święconego lub 10-20 halerzy.

Starsza młodzież oraz dorośli w tym dniu odwiedzali się wzajemnie w godzinach popołudniowych, częstowali się święconym oraz pili wino, piwo czy herbatę (ubożsi także wódkę). Obowiązkowo każdy kawaler musiał odwiedzić w tym dniu swoją narzeczoną, bo brak śmigusa był równoznaczny z zerwaniem znajomości. Pojawiały się także grupy poprzebieranych wyrostków przepasanych powrozem i twarzami umazanymi sadzą. Ci wchodząc do mieszkania, mówili:

Przyszedłem du po śmiguście,

Ale mnie też nie opuście.

Dajcie sera i kołacza,

Będę skakał koło pieca.5

Mogą oni liczyć także na kawałek święconego lub kilka halerzy.

Przez cały dzień w tym dniu chłopcy z sikawkami biegali po domach i polach, oblewając się wzajemnie wodą oraz czyhając na przechodzące dziewczęta.

We wtorek po Świętach życie miejscowości wracało do stanu powszechnego, bo starsi chwytali za młotki i bukfele, a jedynie młodzież więcej zaglądała do szynku, a niektórzy udawali się do Podgórza, by wziąć udział w Święcie Rękawki6.

Tradycje wielkanocne w latach późniejszych. Przez cały XX wiek wiele z opisanych tradycji przetrwało w podobnej do opisanej wyżej formie, gubiąc najczęściej swój wielowiekowy przesąd, który na początku XX wieku był jeszcze bardzo silny. Pojawiły się też nowe zwyczaje i zakorzeniły się w miejsce starych.

Wspomniane obmywanie się w zimnej wodzie z czasem zaczęto praktykować o północy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, gdzie wielu mieszkańców tłumnie udawało się do starych świątnickich studni np. do Dziadowca lub do Wielkiej Studni na Gwoźnicy. Zwyczaj ten ostatecznie zaczął zanikać w latach 90. XX wieku.

Przez lata zmieniała się liturgia i pory nabożeństw Triduum Paschalnego i dziś nabożeństwa te odprawiane są tylko wieczorem, a Rezurekcja została przeniesiona na godzinę 6.00 Niedzieli Wielkiej Nocy. Od kilku dekad Grobu Pańskiego strzeże miejscowa Ochotnicza Straż Pożarna.

Świątniczanie wciąż święcą w swych koszykach nie tylko kolorowe pisanki, które od lat zadomowiły się w świątecznej tradycji, ale także tradycyjne pokarmy na niedzielny stół, choć wiele osób spożywanie święconego rozpoczyna już w Wielką Sobotę po święceniu, kiedy to liturgicznie ogłaszany jest koniec Wielkiego Postu.

Śmigus-Dyngus utracił w Świątnikach swój społeczny charakter, ale może to nie dziwić w czasach, kiedy osoba oblana wodą ma prawo wezwać Policję. Z drugiej jednak strony w wielu miejscowościach zwyczaj ten jest wspierany przez gminne ośrodki kultury i w formie społecznej zabawy ściąga wielu widzów i uczestników.

Należy także wspomnieć o tzw. judaszach, który to zwyczaj stosunkowo niedawno pojawił się w Świątnikach i polega na płataniu przez młodych ludzi różnych figli i dowcipów w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, co jednak prawdopodobnie przy braku fantazji, prowadzi przeważnie do różnych chuligańskich wybryków łącznie z niszczeniem prywatnego mienia. Zwyczaj judaszy obchodzony jest lub był w wielu miejscowościach, ale trudno odnaleźć taki, który miałby podobieństwo do świątnickiego, tym bardziej że nawet te nieszkodliwe dowcipy nie za bardzo licują z powagą Wielkiego Piątku. Za to miejscowa Policja ma więcej roboty, bo „tradycja” ta popularna jest również w sąsiednich miejscowościach.

1Pręcie – cienki pręt; witka, rózga (także zbiorowo: pręty) – Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego.

2Według wierzenia miała chronić przed piorunami.

3Uważano, że zasiane lub zasadzone rośliny dałyby schorowane plony.

4Pierwotnie jeden z wawelskich ołtarzy marmurowych został umieszczony w „nawie” zachodniej pod chórem i skierowany był w kierunku północnym. Na podstawie K. Chlebowski, Opis zwyczajów i przesądów ludowych w czasie Świąt Wielkanocnych w Świątnikach Górnych, 1903, Muzeum Etnograficzne w Krakowie I/40/Rkp.

5Cytat za K. Chlebowski, op. cit.

6Święto Rękawki – zwyczaj od wieków praktykowany pod kopcem Krakusa w każdy wtorek po Świętach Wielkanocnych.

Oprac. Jerzy Czerwiński.

Po okresie świąt Bożego Narodzenia, począwszy od 6 stycznia, tradycyjnie rozpoczyna się karnawał, którego kulminacją są zapusty, dziś częściej zwane ostatkami. W Świątnikach Górnych zapustami nazywano ostatnie trzy dni przed Popielcem.

Dla dorosłych świątniczan zapusty oznaczały przede wszystkim wzajemne odwiedziny i gromadzenie się w większym towarzystwie, aby przy jedzeniu i piciu wspólnie porozmawiać o nowinkach, powspominać stare (lepsze) czasy oraz wspólnie pośpiewać, bo w Świątnikach nie było wspólnej zabawy bez śpiewu i muzyki. Na stołach z jadła pojawiała się kiełbasa, pączki, pieczone mięso, grzanki, a nade wszystko przypiekana słonina. Przysmak stanowiły psie ucha, którym to mianem miejscowa ludność określała kruche ciasto zwane chrustem lub faworkami. Szkło wypełniała wódka, piwo, wino, a najczęściej herbata z rumem (tzw. herbatka z Dziadowca). Śpiewano piosenki ludowe, ale także patriotyczne. Wspólne biesiadowanie rozpoczynało się już niedzielnym popołudniem, ale kulminacja świętowania przypadała na wtorek zapustny.

Ryc. 1. Świątnickie psie ucha, czyli chrust (2018).

Właśnie wtedy dodatkowy ruch we wsi zaczynali robić zapustnicy, zwani tu zapuśnikami lub bogusłami. Chłopcy w wieku od 8 do 14 lat zbierali się grupy 3-, 4-osobowe i przebierali się za Cyganów, tj. ubierali się stare, dziurawe stroje, podarte czapki, połamane kapelusze. Twarze czernili sadzą lub też nosili maski papierowe. Jeden z chłopców przebierał się za Cygankę, nosząc na plecach zawiniątko ze szmat niczym niemowlaka. Wchodząc do nawiedzanej izby tańczyli, „przygrywali” na patykach niczym na skrzypcach i fletach oraz śpiewali różne przyśpiewki, udając mowę cygańską:

Ja jest cygan nic nie mom

Jeno jedne cyganeckę, co z nią biegam

Cygon jo se, cygon, cygon

Weznę zapaseckę, zrobię cyganeckę.

Ja cyganka spadłam z wiśnie

Ostargałem se fartusek, widzieliście?

My cygani, dobrzy ludzie,

Wychowali cyganecke we psiej budzie.

Ja cyganka będę panio,

A jo cygon pude za niom.

Posedł cygon do fabryki,

I zarobił cyganeczce na tsewiki!1

Dzieciaki następnie przyskakiwali do gospodyni domu ze śpiewem: „Dajcie też ta gosposiu spereczki, kiełbaski, bułeczki, chlebeczka dla tego na plecach dzieciąteczka!” Za takie przedstawienie mogli liczyć na kawałek chleba, 2-3 jajka, kawałek kiełbasy, ciasta, czasem także na parę groszy. Otrzymawszy dary, wychodzili ze śpiewnym podziękowaniem: „Niech wom tez tu Bóg zapłaci i niech wom tez tu da zdrowie i scęście, żeby się wom wszystko dobrze rodziło! Żeby wom się rodziło w oborze, w komorze, w stajni i na polu i w każdym kątku po dzieciątku, a na piecu troje”.2

Grupy zapustników tworzyli też poprzebierani kawalerowie – muzykanci. Był tam Cygan z poczernioną twarzą ubogo ubrany; Cyganeczka takoż często z dwójką czy trójką dzieci; Żyd w chałacie, długich włosach, z siwą brodą i łupinami orzechów na oczach; Żołnierz w kabacie i czapce wojskowej; Ułan polski w rogatywce z kitą i kaftanie; byli i inni poprzebierani w kożuchy i w kaftany „na lewą” stronę ubrane. Wszyscy oni przy dźwiękach muzyki odwiedzali izby biesiadników. Cyganeczka tańczyła i „wróżyła” z ręki (za monety), a za trafne wróżby otrzymywała kawał chleba, sera, kiełbasy czy słoniny. Taki przykładowy zaśpiew rozchodził się po izbach:

Nie moge cię wyzałować miły mięsopuście,

Śtery spery w grochu były, a piąto w kapuście.

Jagem był maluśki, posołem cieluśki,

Siedziołem pod ksockiem bowiłem dziełuski.

Jagem się zalecoł miałem śtery sadła

Jakzem się ozenił wsyćkie baba zjadła.

Ej zapusty, zapusty, nie chcą baby kapusty,

Wolałyby kobzole upicone w popiole.3

W zamian za udany występ i zabawienie gospodarzy zapustnicy mogli liczyć nie tylko na poczęstunek herbatą, wódką i jakąś przekąską, ale także na datek pieniężny. Po skończonym obchodzie grupa wraz z uzbieranym dobytkiem kierowała swe kroki do domu jakieś panny lub wdowy i tam urządzali końcową imprezę.

Ryc. 2. Zapustnik świątnicki (1954).

Zwyczaj przebierania się dotyczył nie tylko wędrownych grup zapustników, ale także nierzadko podczas ostatkowego ucztowania z przyjaciółmi ktoś zaskakiwał współbiesiadników przebraniem, najczęściej kobiety przebierały się za mężczyzn, a mężczyźni za kobiety.

Pozostaje jeszcze wyjaśnienie, dlaczego zabawy w zapusty nazywano w Świątnikach sperkowinami albo też chodzeniem po sperkośku. Otóż jak wspomniałem, popularną przekąską ostatkową była przysmażana słonina (sperka) i nią często obdarowywano przebierańców.

Była też i ciemna strona zapustów, albowiem gdy tak przy alkoholu zaczynano wspominać dawne czasy, często przypominano sobie też o dawnych krzywdach i zniewagach, a alkohol i liczne towarzystwo zwiększało odwagę. Przykładem może być awantura wywołana przez ślusarza Antoniego Drapicha, który wraz z siedmioma współtowarzyszami został oskarżony „o zbrodnię gwałtu publicznego, współwiny w ciężkim uszkodzeniu ciała i przekroczenie złośliwego uszkodzenia cudzej własności”. A było to tak:

Szajka ta, składająca się z miejscowych awanturników, uraczyła się w dniu 24 lutego b. r. z powodu ostatków karnawału wódką, a wówczas zmówiła się, aby się zemścić na tych osobach w gminie, do których ktokolwiek z nich miał jaką urazę. Najpierw napadli na rygorozanta praw p. Ludwika Cholewę i grozili mu sztyletem, następnie wybili szyby w szynku St. Dziewońskiego, a potem mieszkaniach u Piotra Wilkosza, Jana Walasa, Fr. Cholewy i Stanisława Walasa, pobili ciężko dwóch chłopców, oraz wtargnęli do domu p. Maryi Kotarbowej i pobili jej lokatorów, uczniów miejscowej szkoły ślusarskiej. Oskarżeni uzbrojeni byli w sztylety, noże i żelazne pałki”.4

Fotografie:

Ryc. 1 – fotografia własna.

Ryc. 2 – Ze zbiorów Muzeum Ślusarstwa im. Marcina Mikuły w Świątnikach Górnych.

Przypisy:

Julian Tomaszewski, Karol Chlebowski „Zapusty w Świątnikach Górnych” Świątniki Górne, 1903 r. Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli w Krakowie, Dokumentacja Kontekstowa Kultur, I/108/Rkp

2 Tamże.

3 Tamże.

4 Nowa Reforma, wydanie popołudniowe z 22 kwietnia 1914 r., Rok XXXIII nr 143

Opracował Jerzy Czerwiński.

W dzisiejszych czas coraz częściej odchodzi się od tradycyjnego sposobu obchodzenia i przeżywania Świąt Bożego Narodzenia, a tradycja nie podtrzymywana szybko ginie, jeśli nie zostanie utrwalona choćby opisem. Świątniczanie mają to szczęście, że pod koniec XIX wieku dyrektor miejscowej szkoły ludowej, Karol Chlebowski1, podjął współpracę z krakowskim etnografem, Sewerynem Udzielą i sporządził dla niego wiele szkiców i notatek dotyczących ówczesnego życia i zwyczajów miejscowej ludności. Notatki te pozwolę sobie poniżej szeroko zacytować, tym bardziej, że Chlebowski w ujmujący sposób przedstawia zwyczaje świątniczan.2

Poniższy opis, zwłaszcza dotyczący wieczerzy wigilijnej, jest też w pewnym stopniu sprawdzianem na ile rodzinne tradycje są podobne do tu opisanych.

Wigilia

Wigilia Bożego Narodzenia. Ta odwieczna osada ślusarzy, wiążąca swój początek według podania z panowaniem królowej Jadwigi, przedstawia jak zresztą i wszędzie może we wigilię ruch niezwykły. Już od wczesnego ranka roi się jak w ulu się na placu targowym. Tu zakupują Świątniczanki pulchne i smaczne kukiałki od piekarza z Golkowic lub wielkie strucle z Podgórza przywiezione; tam znów gromadnie osaczono górala sprzedającego śliwki i gruszki suszone; tuż obok dobijają targu o masło, serki i jaja, a szczebiotliwe Ochojnianki i Rzeszotarzanki trzymają się w cenie, bo wiedzą, że wigilia to ich żniwo; dziś dopiero wezmą za nabiał, ile same zechcą. Tam okoliczny wieśniak złoży znów całe stosy gałązek jodłowych i świerkowych, które na centy wiązkami sprzedają do umajenia chat wewnątrz. Opodal jeży się cały las jodełek, a dobre matki według zamożności zakupują to większe, to mniejsze dla dzieci, które chyba cały rok by płakały, gdyby które z nich „sadu” nie miało, bodaj kosztem kilku centów piernikami, orzechami i jabłkami ozdobionego i kolorowymi świeczkami oświetlonego. A jakiż dopiero ruch widać po klepach, a jaki po domach! Lecz wkrótce milkną promienie słońca na nieboskłonie i wnet zmierzcha się w chatkach, jakby na złość ruchliwym gosposiom, które głośno wyrzekają, na nielitościwe słońce, co nie zważając na ich niedokończoną jeszcze robotę, schowało się gdzieś za Mogilanami. Trudno jednak narzekać, bo inne światła się pokazują i trzeba myśleć o wieczerzy! Wszak wszystko czeka jej niecierpliwie, a dzieciaki dawno już ściany umyły, drzewko przystroiły i już by oświetlić pragnęły takowe, aby mu się przypatrzeć, jak świetnie wygląda. Wreszcie i matka już kończy gotowanie i białym obrusem zasłany słomą i sianem stół nakrywa. Hola, tedy, będzie wieczerza! – podskakuje wygłodzona dziatwa, bo to dziś był post nie lada: mało co pożywić się dano!

Uklęka ostatecznie wszystko do pacierza, a na ostatku gospodyni, która położywszy chleb, strucle i opłatki na stole, westchnęła głęboko i modli się gorąco o szczęście dla rodziny, która ją im uboższa chatka, tem liczniej otacza kołem, bo to mówią, tak już Pan Bóg daje!

Po odmówionych pacierzach łamią się domownicy opłatkiem zaczynając od najstarszej osoby, po czym dzieci całują rodziców w ręce, a ci życzą wszystkim dobrego zdrowia i szczęśliwego doczekania drugiej „wigilii”.

Następnie usiadają i jedzą:

a) groch z perłówką (kaszą);

b) paluszki z makiem (kluski);

c) galas z chlebem lub sam (galas to jest gęsty żur z gotowanych śliw i gruszek suszonych);

d) chleb, struclę i kołacze po kawałeczku.

W domach uboższych piją przed wieczerzą po kieliszku wódki, a po wieczerzy po szklance piwa. Zaś oprócz powyższych potraw spożywają też w domach zamożniejszych rozmaicie przyprawione ryby, potem jabłka i orzechy, a piją wino. Po wieczerzy zapala dziatwa świeczki na drzewku i wyśpiewuje wesołe kolędy. O północy, a względnie o ½ 12tej sunie wszystko na „pasterkę”.

Warto tu jeszcze wspomnieć do licznych ozdobach choinkowych, wykonywanych z dostępnych materiałów, jak choćby tradycyjne świątnickie karmeliki czyli cukierki owinięte w biała bibułę i kolorowy staniol. Były także kupowane w Krakowie szklane bańki, bo tak w Świątnikach zwano te ozdoby dziś powszechnie określane „bombkami”. Zapalanie choinki było wielkim przeżyciem zwłaszcza dla dzieci tym bardziej, że była to czynność jednorazowa, przeznaczona na Wigilię. Palenie otwartego ognia świec na drzewku choinkowym wiązało się z zachowaniem szczególnej ostrożności. Z potraw wigilijnych najbardziej charakterystyczny dla Świątnik jest wspomniany galas, czyli potrawa wykonana z gotowanych suszonych owoców (głównie śliwki, jabłka, gruszki). Tradycyjnie było 4-6 (w zależności od zamożności) postnych potraw wigilijnych.

Święto Narodzenia Pańskiego bywa tu nader poważnie obchodzone. Sklepy nie otwierają się wcale w tym dniu, na ulicach pusto i cicho, a tylko w kościele i po domach rozbrzmiewają wesołe kolędy. Dopiero wieczorem wychodzą niektórzy z młodych na przechadzkę lub do znajomych, ale starsi przestrzegają nawet i wieczorem, by tak wielkiego święta nie złamać.

We św. Szczepana dopiero występują tu w całej pełni uroczystości kolędowe! Już po sumie wychodząc z kościoła, pokazuje młodzież, że zwyczaj posypywania się święconym owsem i tutaj nie zaginął. Ruchliwsi próbowali już na chórze i w zakrystyi swej zręczności w celowaniu w twarz, a teraz przed kościołem znają już zupełną swobodę, więc rzucają to na siebie wzajemnie, to na przechodzące dziewczęta. Po południu gromadzą się kolędnicy u swoich przywódców i odbywają się próby, czy wieczorne przedstawienia dobrze im się udadzą.

Jakoż zaledwie się zmierzchnie, wylega na ulice cały rój kolędników z latarniami, a osada przedstawia widzowi coś fantastycznego! Muzyki, śpiewy, stroje, latarnie, nawoływanie się wzajemne, to wszystko jak przy budowie wieży Babel. Ucho rozróżnić nie może na ulicy, co gdzie śpiewają, co kto woła, bo proszę: tu przed domem Słomki, zamożnego kupca, przygrywa jedna grupa z miejscowej orkiestry, obok u sąsiada śpiewają Bartose, u sąsiada drugiego kolędują co innego trzy dziewczęta maleńkie, tuż niedaleko przychodzą chłopcy z Kubą i znów słychać inne kolędy nieopodal wyśpiewuje dwóch chłopców swoje: „Jezus malusieńki”, a tam w rynku śpiewają znów swe kolędy chłopcy, co chodzą z Maryjką. Za tymi grupami biegają tłumy małych widzów i nawołują się wzajemnie, padając od czasu do czasu plackiem po śliskiej drodze, to ten to owa, a wtenczas płacz potłuczonego dopełnia obrazu w tym kalejdoskopie kolędowym.

Lecz zbliżmy się do jednej z tych grup i zapoznajmy się z ich zwyczajami, a mianowicie zacznijmy od małych dzieci w wieku 6-14 lat. Zobaczymy tu trzy dziewczątka, czasem dwie tylko, z których jedna trzyma latarnię, a druga kantyczki. Chodzą one z Kolędą – czyli jak mówią po kolędzie. Takich grup złożonych osobno z dziewcząt po 2-3, a osobno z chłopców ugania się po wsi kilkadziesiąt. Są to przeważnie dzieci biedniejsze, ale można spotkać tu i dzieci z domów zamożniejszych. Tylko że pierwsze idą wszędzie kolędować, a drugie śpiewają tylko pod domami krewnych i znajomych i to więcej dla rozrywki, niż dla otrzymania jakiego datku.

Takka grupa przyszedłszy pod okna pewnego domu, przyświeca do okna latarnią, a jedna z nich mówi: „Przystępujemy tu do tego domu zakolędować?” Jeśli otrzymują odpowiedź przychylną lub żadnej, to zaczynają kolędę: „Najświętsza Panienka, gdy porodzić miała” lub inną i dotąd śpiewają zmieniając kolędy, dopóki im ktoś z domowników wyniesie parę centów np. 2-5 ct. Tu jednak gospodarze w domu pytają się lub przez okno starają się poznać, od kogo to są dzieci, bo krewnemu lub chrześniakowi to dają więcej, np. 10 ct. Po otrzymaniu datku dziękuje dziatwa, albo krótko: „Bóg zapłać!” lub też śpiewa: „Za kolędę dziękujemy, szczęścia zdrowia winszujemy, byście byli szczęśliwymi oraz błogosławionymi – na świecie żyjąc!”. Ale gdy datek był mały, np. 2-3 centy, to odbiegają mali kolędnicy od okna nic nie rzekłszy i pędzą dalej.

Gdy ktoś odmówi takim kolędnikom przez okno, aby nie kolędowali, to może się narazić na usłyszenie niemiłych epitetów, zwłaszcza od wyrostków źle wychowanych. To też mało jest takich domów, gdzieby nie rozmieniono na centy bodaj guldena lub korony, aby możliwie obdarzyć bodaj po 2-3 ct małych natrętów i nie obrazić ich odmową. Chodzą jednak i więksi, a tym już centy nie wystarczą.

Kolęda z muzyką. Takich muzyk chodzi tu zwykle trzy, a każda grupa składa się z 4 muzykantów i jednego śpiewaka, który nosi kantyczki i zaczyna kolędy. Taka grupa przyszedłszy pod okna śpiewa zwrotkę kolędy: „Wśród nocnej ciszy” lub innej, a drugą zwrotkę grają i znów trzecią śpiewają bez muzyki itd. na przemian. Grają i śpiewają jedną lub nawet więcej kolęd dotąd, dopóki im ktoś nie wyniesie kolędy. W domach zamożniejszych dają im po koronie lub więcej, a niej zamożni wynoszą po 20, 30 i 40 centów. Do chat ubogich nie chodzą oni kolędować. Czasem zapraszają ich do izby i częstują wódką, piwem, winem lub herbatą. W takim razie grają i śpiewają i tu jeszcze. Odchodząc czy to spod okien, czy z izby, dziękują za otrzymaną kolędę śpiewając:

Za kolędę dziękujemy…”

Z Bartosem (tak mówią) chodzą we św. Szczepana i w dniach następnych. Chodzi zwykle sześciu starszych chłopców, a ich kolędowe imiona przybrane są: Bartos, Stach, Maciek, Walek, Szymek i Anioł. Pierwsi pięciu ubrani są za pasterzy w kożuchy odwrócone wełną, przepasani powrósłami ze słomy, a na głowie mają kapelusze przystrojone wstążkami z kolorowego papieru. Szósty z nich, anioł, ubrany jest w komże białą, a na głowie ma złocistą koronę i nosi on dzwonek i maleńką szopkę, w której widać wewnątrz porozlepiane obrazki przedstawiające: Dzieciątko Jezus, Maryę i Józefa, aniołów i pasterzy. Szkopka ta ma kształt kościółka z trzema wieżami i zrobiona jest z tektury i papieru kolorowego napuszczonego oliwą, aby mu nadać przeźroczystości. Pod środkową wieżą u dołu jest od frontu wydrążenie, w którym porozlepiane są wyżej wspomniane obrazki, a z boku tego wydrążenia pali się mała wstawiona tam świeca.

Szopka ta jest mała tak, że chłopiec nosi ją w jednej ręce i nie jest do pokazywania lalek, bo takiej tu nie noszą. Lecz wracajmy do naszych pasterzy.

Otóż wieczorem wychodzą oni z domu, gdzie mieszka ich przewodniczący Bartos i idą najprzód do domów bogatych, a potem do chat uboższych. Gdy mają wchodzić do izby, to anioł pierwej zadzwoni dzwonkiem, a wszyscy wtedy pochwaliwszy we drzwiach Pana Boga, wchodzą i kładą się zwyczajem pasterzy na podłodze, tylko anioł staje gdzieś na uboczu. Następnie następuje odśpiewanie na role i przedstawienie całej „Pastorałki”, która była wydawana drukiem przez Zgromadzenie Księży Misjonarzy z Krakowa.

Inną, tzw. „Pastorałkę Góralską” odgrywają tu chłopcy poprzebierani za pasterzy w kożuchy, przepasani powrósłami, w czapkach baranich lub w kapeluszach papierowymi wstążkami ustrojonych, z laskami (kostur) w ręce. Tylko anioł jest ubrany, jak w poprzedniej „Pastorałce” opisałem i ma dzwonek ale szopki nie nosi. Przedstawienie to nazywają, że chodzą z Kubą, bo tu pastuch Kuba znów jak w poprzedniej „Pastorałce” Bartos główną odgrywa rolę.

Dawniej miewali oni ze sobą turonia (w kożuch przebrany i z kozią głową, na kiju się podpierający silny chłopak skakał, udając turonia), ale dzieci się lękały, więc zakazano tego w gminie przedstawiać.

Z Maryjką chodzą we święty Szczepan, w Nowy Rok i w następne niedziele aż do Gromnic. Chodzą chłopcy w wieku 12-16 lat, stosownie poprzebierani i nimi jedna dziewczyna (Maryjka):

Maryjka ubrana jest biało i nosi dużą, zwiniętą lalkę na rękach, przedstawiającą dzieciątko, która porusza, jak to czynią matki, gdy dziecię płacze; Anioł ubrany w białą komżę i ma koronę na głowie, a w ręku dzwonek; Król ubrany jak rycerz z szablą przy boku, z szarfami ze złocistego papieru przez piersi i z koroną na głowie; Minister starszy i młodszy stoją zawsze obok króla i są podobnie do niego ubrani, tylko zamiast korony, mają hełmy z tektury oblepione złocistym papierem; Józef z siwą brodą, w długiej kapocie, z laską w ręce (broda z lnu lub konopi); Żyd w jupicy również z brodą, przepasany skręconą chustką w sobolej czapce na głowie oraz Pastuch ubrany w kożuch przewrócony do góry wełną i przepasany powrósłem, z baranią czapką na głowie.

Podłaźnicy. W Nowy Rok od północy chodzi 6-8 młodych ludzi, najczęściej wolnego stanu „podłazić”, tj. „podsypować” (pyta się bowiem sąsiadka drugiej: Podlazł was kto? Dużo ich było? Coście im dali?). Jeden z nich idzie na czele z latarnią, drugi niesie gałązki dębowe, a inni mają w kieszeniach owies, drobne orzechy i cukierki. Gdy wejdą do domu, śpiewają jakąś kolędę, a potem winszują tak: „Winszujemy Wam wszystkiego dobrego na ten Nowy Rok! Żebyście mieli pełno w oborze, w komorze, na kołku, we worku. Niechaj się Wam rodzi pszenica jak rękawica, bób jak żłób, groch wielki i kasza! Wiwat Polska nasza!”. Gospodarz częstuje ich wódką, winem lub herbatą, a gospodyni przynosi chleb i masło lub kiełbasę, a czasem kołacz na przekąskę. Wychodząc rzucają owsem, orzechami i cukierkami razem w gospodarza i na gospodynię, a jeśli w domu jest córka, to ją najobficiej obsypują, zwłaszcza kawalerowie. Jeśli pomiędzy podłaźnikami znajduje się jej narzeczony, to przyjęcie tych gości bywa sutsze i dłużej się bawią, a cukierków i orzechów więcej też podłaźnicy sypią po izbie i sprzętach i domownikach. Odchodząc winszują jeszcze raz nowego Roku i zatykają gałązkę dębową ze stragarz, aby w tym domu wszyscy byli zdrowi jak dęby (datków nie przyjmują prócz napitku i poczęstunku).

Gwiazda. Wieczorem w święto Trzech Króli chodzi trzech chłopaków starszych lub ludzi żonatych z „gwiazdą”. Jeden z nich idzie naprzód z gwiazdą, tuż przed nim lub obok drugi z latarnią, a trzeci ma „Kantyczki”. Gwiazda ma kształt zwykłej czwororożnej gwiazdy. Uklejona jest z różnokolorowego papieru, napuszczonego oliwą, a wewnątrz pali się świeca. Przytwierdzona zaś jest ta gwiazda do długiej laski u góry i wsadzona jest tak, że się na tej lasce obraca.

Chodzą owi kolędnicy od domu do domu, zaczynając od najbogatszych. Przyszedłszy popod okna, śpiewają jedną z kolęd, a skoro im wyniosą jaki datek – 10 do 20 ct. to przyśpiewają jeszcze zwrotkę lub dwie z innej kolędy, po czem mówi jeden głośno: „Winszujemy obywatelom zdrowia, szczęścia i wszystkiego dobrego – przy tym Nowym Roku.”

Jeśli ich zaproszą gdzie do izby, aby ich poczęstować, to kolędują dalej i winszują w izbie, a nie na dworze. Ale to mało się trafia – chyba u krewnych lub tam, gdzie się bawi wesołe towarzystwo, a chcą sobie przedłożyć zabawę kosztem takiego gwiaździarza np. tutejszy (metrowy, mały) policyant, człowiek niezwykle naiwny, który chodzi z gwiazdą. Jego bowiem zachowanie się, sposób wyrażania się wyższym stylem itp. wartają śmiechu. Toteż tacy bawiący się młodzi ludzie z upragnieniem czekają rychło policyant (przydomek Łabuś) przyjdzie z gwiazdą, a by się nim nacieszyć. Chodzi on osobno po kolędzie z muzykantami jako śpiewak, a wtenczas gdzie zajdzie potrzeba kleci on na poczekaniu i wiersze, jak np. tu w szkole miejsce miało. Gdy już po odkolędowaniu każde z nas wynosiło po kilka groszy Łabusiowi, wyszedł i p. Rychel, a by mu też coś rzucić. Na to p. policyant nie namyślając się wiele improwizuje: „Winszujemy panu Rychlemu, szczęścia, zdrowia i fortuny, długiego życia i młodej żony, w każdym kątku po dzieciątku, a na piecu dwoje! W oborze, w komorze, na kołku, niech się panu Rychlemu wszędzie fortuni!”. To wygłosiwszy był tak rad z siebie, że nie wiedział, którędy się z piętra schodzi i omalże oknem nie wyskoczył, nie mogąc do drzwi na schody trafić.

Więcej nie odbywa się tu nic takiego, coby zaznaczyć jeszcze wypadało. Ze szkopką tu nie chodzą taką, w której lalki pokazują. W prawdzie przychodzili tu ze wsi okolicznych z taką szopką, lecz nie mogli wytrzymać konkurencji z miejscowymi kolędnikami i najczęściej bez szopki stąd poszli, więc zaprzestali jakoś odwiedzać Świątniki.

Z czasem jednak szopki zagościły w Świątnikach i stopniowo zaczęły wypierać kolędowanie poprzez odgrywanie pastorałek. Po II wojnie światowej organizowano konkursy szopek przy Izbie Regionalnej oraz w kościele parafialnym. Dziś kolędnicy chodzący po domach pojawiają się już bardzo rzadko. Przy szopkarzach świątnickich Nie można wspomnieć o Stanisławie Słomce (zm. 2017), który wykonał liczne szopki w tym m.in ruchomą szopkę do kościoła parafialnego poruszająca zarówno tematykę historii Polski, jak i loklanych świątnickich tradycji.

Szopka krakowska Stanisława Słomki z elementami fasady świątnickiego kościoła (fot. Marcin Mikuła)

Szopka ruchoma Stanisława Słomki (2011 r.)

Przypisy:

1 Patrz artykuł: Świątnickie szkoły, część pierwsza.

Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli w Krakowie, Dokumentacja Kontekstowa Kultur, I/201/Rkp

Opracował Jerzy Czerwiński

Ponieważ Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami, jest to ostatnia chwila na tradycyjne przygotowania zarówno niektórych potraw jak i ozdób świątecznych. Jedną z takich ozdób jest karmelik, czyli owinięty w bibułkę i kolorowy staniol cukierek przeznaczony do powieszenia na choince. Sama nazwa, jak podaje Słownik języka polskiego pod red. J. Karłowicza, jest tożsama z rzeczownikiem karmelek, karmelka czy karmalek i oznacza cukier krystaliczny stopiony, zwykle w tabliczkę ulany z dodatkiem koloru i smaku1, czyli po prostu cukierek. Sama ozdoba nie jest zapewne wymysłem rodem ze Świątnik, bo jest wiadome, że kiedyś takie ozdoby gościły w domach południowej Polski. Ponieważ jednak według informacji uzyskanych od starych świątniczan, karmeliki można było znaleźć dawniej w prawie każdym domu, nie minę się z prawdą nazywając wykonywanie i wieszanie na choinkę tej ozdoby świątnicką tradycja. Tradycją, która powoli umiera, bo dziś karmeliki pojawiają się jeszcze w kilku świątnickich domach.

Warto wspomnieć, że w różnych okresach historii świątniczanie musieli radzić sobie z niedostępnością niektórych materiałów, zastępując je różnymi substytutami np. gdy nie było cukierków, to zawijano kostki cukru itp.

Zatem żeby tradycja całkiem nie zaginęła postanowiłem przedstawić krótki opis wykonania karmelików. Wszelkie wymiary są orientacyjne i należy je dostosować do posiadanych materiałów, szczególnie do wielkości cukierków.

Do wykonania karmelika potrzebne będą: cukierki, bibułą, staniol (cynfolia, pozłotko) w dowolnym kolorze, kordonek (najlepiej zielony). Do cięcia będą potrzebne dobre nożyczki i nóż.

1. Cienka bibuła powinna mieć wymiary ok 12 x 12 cm. Jeśli bibuła jest w większych arkuszach to należy ją przyciąć do takich rozmiarów. W moim przypadku jest to kwadrat 14 x 14 cm, zatem jeden bok przycinamy do ok. 12 cm (powstaje prostokąt 14 x 12 cm). Do cięcia i dalszych prac bierzemy 4-5 arkusików bibuły i przycinamy je jednocześnie.

Ryc. 1 Materiały

2. Następnie składamy przyciętą „paczkę” bibuł w paski o szerokości ok 5-8 mm mocno je na zgięciu dociskając. Czynność zwijania ponawiamy kilkukrotnie przy czym można zarówno składać w jednym kierunku (rolować) albo tez raz w jedną, raz w druga stronę (harmonijka).

Ryc. 2

Ryc. 3

3. Kończymy składać, gdy pozostanie nam ok 5 cm bibuły.

Ryc. 4

4. Bierzemy ostre nożyczki i przystępujemy do cięcia złożonej bibuły w cienkie paski, nawet do 1 mm szerokości. Cięcie powinno wychodzić poza złożoną bibułę.

Ryc. 5

Ryc. 6

5. Po zakończeniu cięcia delikatnie rozdzielamy arkusiki bibuły.

Ryc. 7

6. Obcinamy wystające elementy cukierków.

Ryc. 8

7. Układamy dwie bibułki na zakładkę o szerokości dostosowanej do wielkości cukierka, a następnie zawijamy cukierek dokładnie i skręcamy na końcach.

Ryc. 9

Ryc. 10

Ryc. 11

8. Wycinamy staniol na długość potrzebną do spokojnego zawinięcia cukierka (tu ok. 10 cm).

Ryc. 12

9. Zawijamy staniolem cukierka w bibule i delikatnie zaciskamy na końcach (staniol jest kruchy więc nie można zbyt mocno skręcać).

Ryc. 13

10. Pozostaje tylko zawiązać zielonym kordonkiem i karmelik gotowy. Z racji niewielkiej wagi można je wieszać na samych igłach choinki.

Ryc. 14

11. Pozostaje tylko rozpocząć prace hurtowe.

Ryc. 15

Porady:

1. Lepiej jest, gdy cukierki są twarde, bo można je dokładniej i mocniej zawinąć nie bojąc się o ich zgniecenie.

Ryc. 16 Choinka z karmelikami.

2.Ponieważ staniol jest metalem, bardzo szybko będzie tępić narzędzie do jego cięcia, dlatego nie powinno się używać do tego celu tych nożyczek, którymi tniemy bibułę. Najlepiej stosować narzędzie, które można będzie łatwiej naostrzyć, np. nóż.

Ryc. 17 Choinka z karmelikami.

Ryc. 18 Choinka z karmelikami.

Przypisy:

1 Słownik języka polskiego ułożony pod redakcją Jan Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, tom II, Warszawa 1902, s. 272

Opracował Jerzy Czerwiński.

Muzyka jest jednym z naszych dóbr, które dziedziczymy po naszych przodkach. Można jednak zauważyć wyraźny brak zainteresowania dawnymi świątnickimi melodiami i tekstami. Być może nie każdy z tych utworów to arcydzieło poetycko-muzyczne, ale niegdyś te utwory łączyły we wspólnym śpiewie mieszkańców Świątnik i stanowią taką samą cześć naszej historii, jak świątnicy, płatnerze czy walczący w dawnych czasach żołnierze. Dobrze, żeby o tej części historii Świątnik pamiętali zwłaszcza ci, którzy przyjęli na siebie obowiązki kierowania głosem czy instrumentami muzycznymi i mają największy wpływ na to, co w Świątnikach się gra i śpiewa.

Niewiele pieśni świątnickich doczekało naszych czasów. O ile można liczyć na odnalezienie spisywanych ręcznie tekstów przez chórzystów czy harcerzy, to niestety nic nie wiadomo, żeby jakiś znany z imienia czy nazwiska kompozytor zachował melodię w zapisie nutowym. Muzyka przekazywana była w drodze nauki z jednego na drugie pokolenie. Jednak po II wojnie światowej, gdy nowy system zburzył obowiązujące wcześniej fundamenty życia zawodowego (likwidacja prywatnych wytwórców) i towarzyskiego (likwidacja stowarzyszeń, w tym Czytelni Ludowej), proces przekazywania tej wiedzy wyhamował na tyle, że dzisiejsze pokolenie chcąc nie chcąc ma utrudnione możliwości jej poznania. Choć żyją jeszcze osoby, pamiętające tamte melodie, nie wszystkie da się dziś odtworzyć.

Niniejsze opracowanie dzięki internetowi będzie mogło przekazać nie tylko tekst i ilustracje, ale także da możliwość odsłuchania niektórych utworów. Dzięki życzliwości Muzeum Ślusarstwa w Świątnikach Górnych będziecie mogli państwo m.in. posłuchać nagrań świątnickich piosenek w wykonaniu samych świątniczan sprzed 40 lat nagranych przez Marcina Mikułę na szpulową taśmę magnetofonową o szerokości 0,25 cala.

Zastanawiać tylko może, czemu w wydanym w 2010 roku zbiorowym opracowaniu „Legendy, przepisy, zwyczaje czyli… gulasz świątnicki” nie ma ani jednej świątnickiej piosenki.

Muzyka w Świątnikach.

Świątniczanie od wieków słynęli z zamiłowania do śpiewu. Towarzyszył im on podczas prac przy zbiorach, jak i przy wytwarzaniu uzbrojenia, kłódek czy zamków. Warsztatowe śpiewanie ucichło w dopiero w drugiej połowie XX w., kiedy to powstały spółdzielnie pracy, a w pozostałych warsztatach zaczęły pojawiać się radioodbiorniki. Znamienny był pierwszy dzień pracy w Spółdzielni „Przyszłość”, zapamiętany we wspomnieniach Marcina Mikuły:

„Po zainstalowaniu odpowiednich maszyn i urządzeń, rozpoczęto produkcję w zakładzie otwartym w r.1956, likwidując tym samym prace chałupnicze w domach prywatnych. Były początkowo opory, trzeba było przełamać wiekowe przyzwyczajenia. Pamiętam dobrze pierwszy dzień pracy. Po krótkiej chwili stukania młotkami zaintonował ktoś starą pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. Wszyscy chóralnie podjęli śpiewanie. Przeszli następnie do pieśni patriotycznych i świątnickich. Zapanował pogodny nastrój i jakoś z miejsca przekonali się wszyscy do nowych – bardziej nowoczesnych – warunków pracy.”1

Najbardziej znaną pieśnią świątnicką traktującą o rzemiośle jest poniżej przedstawiona, będąca zarazem opisem typowego dnia świątnickiego kłódkarza:

Nic mnie tak nie cieszy,
Nic mnie tak nie cieszy,
Jak świątnickie rzemiosło.

Rano wstaje, już mi daje,
Kukuryku zniosą jaje.

Nic mnie tak

Rano wstaję, sachle kuję,
A żona mi obsypuje.

Nic mnie tak

Zwrotek było znacznie więcej, a każda opisywała kolejne czynności warsztatowe wykonywane podczas montażu kłódek.

<<<< Nic mnie tak nie cieszy MP3>>>>

Śpiew poza warsztatem pracy gościł przede wszystkim podczas spotkań towarzyskich. Przez wieki głównym miejscem spotkań była lokalna karczma. Świątniczanie bawili się również na festynach oraz na spotkaniach przy tradycyjnym węgierskim gulaszu. Repertuar odśpiewywanych pieśni obejmował od polskich pieśni patriotycznych po ludowe. Przy tak dużym zaangażowaniu nie powinno dziwić, że powstały także utwory lokalne. Poniżej zaprezentuje cztery takie piosenki. Słowa ich dotyczą głównie spraw obyczajowych, lecz pomimo dość swobodnych treści, znajdują się tam czasem także ciekawe informacje.

Gorzała lipka z jałowca

Gorzała lipka z jałowca, z jałowca, z jałowca, z jałowca,
Najlepsza herbatka z Dziadowca, z Dziadowca | x2
Bęc!

Gorzała lipka i jawor, i jawor, i jawor, i jawor,
Gdzieżeś się Jasiu zabawił, zabawił? | x2
Bęc!

Zabawiłem się u Resie, u Resie, u Resie, u Resie,
Pasła konisie na rosie, na rosie | x2
Bęc!

Gorzała lipka z jałowca, z jałowca, z jałowca, z jałowca,
Nie wychodź dziewczyno za wdowca, za wdowca | x2
Bęc!

Bo by ci wdowiec wymawiał, wymawiał, wymawiał, wymawiał,
Że pierwszą żonę lepszą miał, lepszą miał. | x2
Bęc!

Kupże se Jasiu kokoszkę, kokoszkę, kokoszkę, kokoszkę,
Niech ci wygrzebie nieboszczkę. | x2

Bęc!

<<<< Gorzała lipka MP3>>>>

W tej znanej jeszcze świątnickiej pieśni, warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy: pierwsza to wspomnienie słynnej studni w Dziadowcu – lesie leżącym poniżej Spółdzielni „Przyszłość”, szkoły podstawowej i miejskiej oczyszczalni ścieków. Znajdująca się tam studnia stanowiła jeden z głównych punktów zapewniających stały dostęp do pitnej wody, która ponadto słynęła z bardzo dobrego smaku. Wspomniana słynna „herbatka z Dziadowca” sporządzana była z dodatkiem wódki lub rumu. Drugą ciekawostką jest typowe dla Świątnik w dawnych wiekach ponowne zawieranie związku małżeńskiego przez licznych w owych czasach wdowców i wdowy. Brak medycyny i należytej higieny zbierał pokaźne śmiertelne żniwo. Nie było zaskakujące dla nikogo, że ktoś zostawał podwójnym wdowcem. Wracając do piosenki, ostatnia zwrotka jest ciekawym przykładem lokalnego, czarnego humoru.

Kolejne dwie pieśni to typowe utwory ludowe o tematyce męsko-damskiej. Pisownia zachowuje gwarowe wyrażenia, dziś już w znacznej mierze nieznane i nieużywane.

Kalina w lesie

Kalina w lesie pochyliła się | x2
Kasia na Jasia pogniewała się. | x2

Pojechał Jasiu na polowanie, | x2
Zostawił Kasieńkę, swoje kochanie. | x2

Przyjechał w nocy, koło północy, | x2
Zastukał, zapukał i otarł oczy. | x2

– Kasieńko moja napój mi konia. | x2
– Nie będę poiła, niem twoja żona! | x2

– Nie mojaś żona, aleś kochanka, | x2
Napójże, napój mego kasztanka. | x2

<<<< Kalina w lesie MP3 >>>>

Wysokie przełazecki.

Wysokie przełazecki
Pan tata je zagrodził
Abym ja, dziewczyno | x2
Do ciebie nie przechodził.

Oj wezmę siekiercki,
Porąbie przełazecki
I będę przechodził | x2
Do swojej kochanecki.

Oj, skoroś ty wiedziała
Żem ja jest urlopniecek2
Po cóżeś chodziła | x2
Kaj za mną na trawnicek.

Za las, chłopcy, za las

Za las, chłopcy, za las,
Bo za lasem grają,
Bo mi się za lasem |
Panny podobają.   | x2

Chodźwa my se oba,
Nie bójna się boba,
Bo boby malutkie |
Zbijema go oba.    | x2

Chłopcy świątniczanie
Każcie sobie zagrać,
Ino se nie dajcie            |
Czupryny potargać.    | x2

Bo ta czupryneczka
Nie lada, nie lada,
Żeby ją targała           |
Konarska gromada.  | x2

Ostatnia z odnalezionych świątnickich pieśni dotyczy wypraw do sąsiednich miejscowości na lokalne festyny. W zależności od miejsca zabawy, ostatnia linijka tekstu przybierała odpowiednie określenie: sieprawska, wrzosowska czy zestarska gromada.

Wspomniane powyżej pieśni wpisują się w świątnicki zamierzchły folklor, który stanowiły także ludowe ceremonie i obrzędy. A że i świątnicka tradycja miała własne utrwalone obrzędy, dziś już mało kto pamięta. Do takich ceremonii należy zaliczyć w pierwszym rzędzie zaślubiny. O tym, że i w Świątniki miały swoją własną tradycję zaślubin świadczą zachowane fragmenty komedii „Świątniczanie” Józefa Dziewońskiego z 2. połowy XIX w.

Chór prządek z komedyi pt. „Świątniczanie”

Gdy krótki dzionek w zmroku zapadnie,
A srebrne gwiazdeczki rozsieje noc,
Gdy spracowany do mnie się kładnie,
By utraconą odzyskać moc;
Dziewuchom hożym nie do pościeli
Nie jeszcze pora w spoczynku śnić
Toć przyzwoiciej siąść przy kądzieli
Z niej pożyteczna wysnuwać nić.
„Dziewuchy! Siądźmy do pracy wkoło
A po kolei niech każda z nas
To śpiewem bawi, gadką wesołą
Jak biczem trzasnął, uleci czas.3

Fragmenty libretta opublikował Związek Świątnicki w 1911 r. i są to jak dotąd jedyne znane fragmenty tej sztuki. A okoliczności odgrywania tej komedii najlepiej oddają słowa sprzed ponad wieku:

„W poprzednich numerach „Związku” piosenka prządek i kujawiak Franka, wyjątki z komedyi „Świątniczanie”, napisanej przez śp. Józefa Dziewońskiego, śpiewano na wieczorku w domu Michalca. Zeszły się tam dzieuchy, kobiety, by przy wspólnej, ochoczej pracy przy kołowrotku zaśpiewać wesoło, pogadać i najnowszymi wieściami czy też „bajkami” się podzielić. Przyszli tam i Jaśki, Jantki, Franki, bo każdy z nich ma między dziewczętami swoją ulubioną Resię, Wikcię, Kasię. W takiem towarzystwie nie braknie przeto i śpiewu, dowcipów zjadliwej zwłaszcza i ciętej w języku starej Sobkowej. I skrzypce się znalazły, a zabawa – w tany się zmieniła przeplatana krakowiakami […]”.4

Należy zaznaczyć, że spotkania świątniczan połączone ze śpiewem nie są w dzisiejszych czasach rzadkością. Do stałych wydarzeń należą sobótkowe i świętojańskie ogniska czy spotkania w dniu św. Jana (27 grudnia), których śpiew jest nieodłączną częścią.

Na początku XX wieku w Świątnikach utworzono chór, nad którym niedługo później opiekę objęła Czytelnia Ludowa. Nauka muzyki i śpiewu chóralnego stanowiły zresztą jeden ze statutowych założeń towarzystwa. Repertuar chóru składał się z melodii ludowych, w tym wspomnianych pieśni świątnickich, rozrywkowych oraz pieśni patriotycznych i religijnych. Śpiewano m.in.: Jak długo na Wawelu, Marzenie (muz. Chopin), Ave Maria (muz. Schubert), Powróćmy jak za dawnych lat, Prząśniczki (muz. Moniuszko), Płynie Wisła płynie, Szturmówka itd. Tradycja śpiewu chóralnego świątniczan pielęgnują obecnie chór „Milenium”, schola „Beatus” oraz kościelny męski chór „Credo”.

Wspomniana Czytelnia Ludowa zajmowała się także organizacją uroczystości patriotycznych, podczas których nieodłącznym elementem było wykonywanie z pomocą miejscowego chóru polskich pieśni „Boże Ojcze”, „Rotę” czy „Boże, coś Polskę”. Na „wieczorkach” wystawiano patriotyczne sztuki i śpiewogry oraz odtwarzano wybrane arie i pieśni z kompozycji polskich mistrzów. Jednak pieśni o tematyce patriotycznej znany były w Świątnikach znacznie wcześniej, o czym świadczy dobitnie opis miejscowości nakreślony przez W. L. Anczyca, który ok. 1862 roku miał okazję przyglądać się Świątnikom i świątniczanom. Jedną z rzeczy, które zadziwiły tego znanego literata, wydawcę i badacza kultury ludowej, był śpiew świątniczan i pieśni pamiętające czasy zygmuntowskie.

Pieśni religijne.

Charakter i tradycja obrzędów religijnych sprawia, że w kościołach wciąż rozbrzmiewają dźwięki i słowa napisane przed kilkoma wiekami. W parafiach takich jak Świątniki, które mogą cieszyć się wielopokoleniową historią, przez lata powstawały melodie czy też całe pieśni wykonywane tylko w miejscowym kościele. Pradawne hymny i pieśni ustępują jednak miejsca wciąż tworzonym nowym utworom, a zjawisko to dotyka także te „unikatowe” pieśni. Własna melodia czy aranżacja niekoniecznie musi oznaczać, że jest to muzyczne dzieło. Niemniej jednak jest to także cząstka świątnickiej historii. Cząstka Świątnik.

Droga Krzyżowa. Osoby, które przybyły do Świątnik i biorą udział w obrzędach religijnych tutejszej parafii, zawsze porusza śpiewana w okresie Wielkiego Postu, a kulminacyjne podczas obrzędów Wielkiego Piątku, forma nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Najstarszy polski tekst Drogi Krzyżowej został wydany w 1731 roku we Wrocławiu i nosi tytuł: „Sposób nabożeństwa drogą krzyżową nazywanego”. Pierwowzór tekstu Drogi odprawianej od wielu lat w Świątnikach (najstarsi ludzie potwierdzają, że właśnie ta Droga Krzyżowa towarzyszyła im całe życie w świątnickim kościele) pochodzi co najmniej z początku XIX wieku. Ta pradawna forma nabożeństwa odprawiana jest nadal także w kilku innych parafiach w różnych częściach Polski: w Zaborowie, Rudzie Śląskiej (wersja skrócona 1-zwrotkowa, bliższa tekstowi oryginalnemu), Lublinie (parafia Świętego Stanisława) czy w Borowym Młynie. Warto dodatkowo zaznaczyć, że tekst tej drogi krzyżowej stał się jednym z motywów rozważań bł. Honorata Koźmińskiego OFMCap5. Poniżej zestawiam obok siebie najstarszy tekst tej Drogi z wersją śpiewaną w Świątnikach do przełomu XX i XXI w. (obecnie tekst został w kilku miejscach zmieniony).

 

Pieśń przy obchodach Drogi Krzyża Ś. ze Stacyami6 Świątnicka Droga Krzyżowa

Boska dobroci uderz w serce moje
Łaską skuteczną, by obfite zdroje
Łez wytrysnęły, nad Panem ciepiącym,
Krzyż dźwigającym.

Niech te strumienie, które grzech głęboko
Zamulił w sercu, spławią nasze oko;
Bo inszych Jezus zmęczony tak srodze
Nie chce w swej drodze.

I

Po wielu krzywdach i obelgach Pana,
Zawziętość ludzka stawia przed tyrana;
Aby nań wyrok ogłosił wołają,
Zbawcy nie znają.

Obwinia Piłat niewinność istotną,
Na śmierć skazuje u wszystkich sromotną,
Żeby na krzyżu Bóg zawisł z łotrami
I złoczyńcami.

II

Bierze Zbawiciel krzyżową machinę
Na swe ramiona, która grzechów winę
Naszych znaczyła, chcąc przez tę ofiarę
Znieść z ludzi karę.

Spieszy z ciężarem przy wielkiej ochocie,
By jak najprędzej na górze Golgocie
Stanął i umarł, za wszystkich grzeszników
I niewdzięczników.

III

Ach duszo moja! cóżeś uczyniła?
Żeś krzyż tak ciężki na Pana zwaliła,
Pod którym z nagła na ziemię upada,
Sobą nie włada.

Żeby wstał prędko kaci nalegają,
Naśmiewając się nogą popychają:
Żaden w upadku Zbawcy nie ratuje,
Ani folguje.

IV

Postawszy z ziemi, gdy na Kalwaryją
Zwróci się Jezus, postrzeże Maryją,
Matkę kochaną, ta ku niemu drżąca
Idzie płacząca

Wejrzą na siebie, nie mówią ni słowa,
Dla żalów ciężkich ustała wymowa:
Same w nich słychać głębokie wzdychania,
Jęki i łkania.

V

Boleść z żałością, że się wraz złączyły,
Jezusa w siłach ciężko osłabiły:
Tak, że już krzyża daléj nieść nie może,
Któż mu pomoże?

Pomóż człowiecze dźwigać krzyża Panu,
Wszak to dla twego szczęśliwości stanu:
Przyłącz się chętnie do Cyrenejczyka,
Za pomocnika.

VI

Nie tak rzęsisty sok z grona wyciska
Prassa, jako krzyż, gdy Pana przyciska:
Twarz świętą broczy krwią z potem zmieszaną,
Od złych zeplwaną

Na co żałosna patrząc Weronika,
Ociera Pańską twarz, wziąwszy ręcznika:
Tę wyrażoną w nagrodę uczynku,
Ma w upominku.

VII

Postąpi daléj, niosąc krzyża brzemię
Jezus kochany, w tem padnie na ziemię:
W bramie sądowej drzewem obalony,
Leży zemdlony.

Leje się źródłem krew z najświętszej głowy,
Gdy krzyż uderzył o wieniec cierniowy:
Ztąd nowa boleść Jezusowi memu
Na pół żywemu.

VIII

Zacne Matrony na ten widok nowy
Zapatrując się, a nie mogąc słowy
Żalu wyrazić, łzy obficie leją,
Wszystkie truchleją.

Cieszy je Jezus, nad własną osobą
Nie każąc płakać, chybaby nad sobą,
I nad synami, za których swawole,
Cierpi te bóle.

IX

Gdy daléj krzyża nieść w mdłości nie zdoła
Jezus zraniony, a hałastra woła:
Postępuj prędzéj na miéjsce karania,
Bez omieszkania,

Upadłszy ciężko, już to po raz trzeci,
Niby Cedr wielki gdy z Libanu leci,
Stęknie na ziemi, krew się z ran dobywa,
Hojnie wypływa.

X

Już stanął Jezus na górze Golgocie,
Gdzie go złość katów ku większej sromocie
Z szat obnażyła, zkąd się Jezus wstydzi,
Lud z niego szydzi.

Podaje ocet żółcią zaprawiony
Ustom Jezusa, by wypił spragniony,
Częstuje rzesza, nagli do spełnienia
Dawcę zbawienia.

XI

Obnażonego o krzyż uderzają,
Złośliwi kaci, litości nie mają:
Ciągną za nogi, ręce, bez ochrony,
Jak w lutni strony.

Dziurawią dłonie i nogi gwoździami,
Bijąc w nie silnie ciężkiemi młotami:
Krew się obficie leje z każdej rany,
Jako z fontany.

XII

Podnosi z krzyżem Jezusowe ciało,
Które się zewsząd krwią najświętszą zlało,
Stawia je wpośród dwóch łotrów, w dół skały,
Lud zbyt zuchwały.

Patrzy na wszystko Matka Boska z Janem,
Ta nad swym Synem, ten płacze nad Panem,
Że tak okrutnie na krzyżu rozpięty,
Kochanek święty.

XIII

Już dług wypłacił śmiercią Pan na drzewie,
Za grzech nieszczęsny w Adamie i Ewie:
Zdejmują ciało, nie bez łez wylania,
Do pochowania.

Matka bolesna, mając na swem łonie
Syna zmarłego, niema we łzach tonie:
Płacze, narzeka, ręce załamuje,
Rany całuje.

XIV

Obmywszy Ciało Jezusowe łzami,
Matka stroskana, z świętymi uczniami
Niesie do grobu i w nim ze czcią składa,
Mdlejąc upada.

Cna Magdalena, że jej we łzach mało,
Skrapia olejkiem woniejącym ciało:
Jęczy jak gołąb, że nadspodziewanie
Traci kochanie.

Pieśń idąc do Najświętszego Sakramentu

Płacz i ty duszo, wszak ta śmierć dla ciebie,
Żebyś wiecznością żyła z Bogiem w niebie;
Żałuj za grzechy, proś o zmiłowanie:
Odpuść mi Panie.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

I

Po ciężkich krzywdach i obelgach Pana,
Zawziętość Żydów stawia przed tyrana;
By dekretował żyjącego wiecznie,
Boga koniecznie.

Obwinia Piłat niewinność istotną,
Na śmierć krzyżową u wszystkich sromotną,
Aby był Jezus na krzyżu z łotrami
Przybity gwoździami.

II

Bierze Zbawiciel krzyżową machinę
Na Swe ramiona, która ciężką winę
Grzechów znaczyła, chcąc przez tę ofiarę
Znieść z ludzi karę.

Spieszy z ciężarem sercem niestrwożony,
Dźwiga siłami już na śmierć zwątlony,
By jak najprędzej stanął na Golgocie,
Umarł w sromocie.

III

Stój, duszo moja, patrz coś uczyniła,
Jakoś krzyż srogi na Pana włożyła,
Pod którym w mdłości za ciebie upada,
Sobą nie włada.

Żeby wstał prędko kaci przymuszają,
Nogami kopią, gwałtem popychają.
Żaden w tym razie Pana nie ratuje,
Ani folguje.

IV

Dwa kwiaty śliczne z sobą się stykają,
Dla zelżywości blady kolor mają.
Jezus z Maryją, Syn z Matką cierpiący,
Współbolejący.

Schodzą się z sobą przednie niebios światła,
Słońce i Księżyc, lecz Jutrzenka zgasła.
Jezus z Maryją ćmią Swoje jasności
W ciężkiej żałości.

V

Wściekłość żydowska, lud zapamiętały
W swej zawziętości i uporze stały,
Nieść dalej każe krzyż osłabionemu,
Panu naszemu.

Kto kocha Boga, pomóż dźwigać Panu,
Wszak to dla twojej szczęśliwości stanu.
Przyłącz się sercem do Cyrenejczyka
Za pomocnika!

VI

Zacna matrona święta Weronika
Płacząc rzewliwie z Panem się spotyka,
Ociera świętą Twarz krwią ubroczoną
Swoja zasłoną.

Skoro otarła usta Jezusowe,
Obaczy cudo niesłychanie nowe,
Gdy twarz podobną bierze w prześcieradło
Jako zwierciadło.

VII

Idzie Zbawiciel drzewem obciążony,
Sił Mu nie staje, mdleje udręczony,
W bramie sądowej, gdy sobą nie włada
Drugi raz pada.

Leje się źródłem krew z Najświętszej Głowy,
Gdy ją przyciska krzak straszny, cierniowy,
Stąd nowa boleść Jezusowi memu
W pół umarłemu.

VIII

Widząc nabożne niewiasty stojące,
Cieszy Pan Jezus rzewliwie płaczące,
Rozrywa serce smutkiem napełnione
Zbyt zakrwawione.

Nie jest wylania łez inna przyczyna,
Tylko jedyna w nas grzechowa wina,
Która do kropli Krew Pańską wylała,
Zamordowała.

IX

Dźwiga zemdlony Jezus drzewo srogie,
Znosi boleści na Swym ciele mnogie,
Stawa pod górą kalwaryjską miły
Bez żadnej siły.

Pada po trzecie, by wyniósł grzesznika
Z ran od upadku, ból Pana przenika,
Nie rzuca jednak drzewa krzyżowego
Do zgonu swego.

X

Tu Ciało Święte wstydem obnażają,
Gdy z Pana szaty nieszyte zdzierają,
Które On nosił przez życia wiek cały
Dla naszej chwały.

Podają wino żółcią roztworzone,
Częstują usta Pańskie upragnione.
Z Stwórcy wszech rzeczy bezbożnie żartują,
Gorzko traktują.

XI

Szarpie łotrostwo Baranka cichego,
Uderza o krzyż Jezusa miłego.
Wyciąga ręce, nogi tak okrutnie,
Jak struny lutnie.

Oddaj ofiarę Najwyższy Kapłanie!
Zaleć nas Ojcu, dobrotliwy Panie!
Na pniu krzyżowym, które się ostało
Ofiaruj Ciało!

XII

Podnoszą w górę z Jezusem machinę,
Ostatnią Jemu zadają ruinę.
Nagle spychają krzyż gruby, wysoki
W dół zbyt głęboki.

Żałując Pana nierozumne skały
Z wielkiego żalu w sztuki się krajały,
A nasze serca czy Boga nie znają,
Że się nie krają?

XIII

Oto już skończył Jezus życie Swoje
Na drzewie twardym za sprośności moje.
Czyń litości nad Nim, proś o zmiłowanie.
Odpuść mi Panie!

Matka Bolesna piastując na łonie
Zmarłego Syna, z żalu we łzach tonie,
Płacze, narzeka, ręce załamuje,
Rany całuje.

XIV

Co czynisz grobie okropne mieszkanie,
Że nam zabierasz najmilsze kochanie?
Zostawiasz tylko na nasze powieki,
Łzy w późne wieki.

 
 
 
 
 
 

Płacz i lamentuj moja nieprawości,
Opłakuj zbrodnie, opłakuj swe złości,
Bo ty tej śmierci stałaś się przyczyną,
Pana ruiną.

 

Należy podkreślić, że śpiewnik ks. Mioduszewskiego do dzisiaj stanowi kanon wśród kościelnych śpiewników. Nie jest znane pochodzenie melodii śpiewanej w Świątnikach. W XIX wieku powyższy tekst śpiewano na melodię innej, dobrze znanej pieśni wielkopostnej Rozmyślajmy dziś, a dzięki zamieszczonemu zapisowi nutowemu można odtworzyć drugą melodię.

droga-1838

Brzmi to następująco:

<<<< Droga krzyżowa 1838 MP3 >>>>
Zapis nutowy świątnickiej wersji, a także jej brzmienie zamieszczam poniżej:

droga_swiatnica

<<<< Świątnicka Droga Krzyżowa MP3>>>>

Skoro już poruszyłem wątek śpiewników kościelnych, to w kontekście świątnickich pieśni należy wspomnieć Śpiewnik Kościelny ks. Jana Siedleckiego, wydawany od 1880 roku do czasów dzisiejszych. Śpiewnik ten doczekał się 41 wydań, lecz także na tym polu nuta współczesności wypiera klasykę. Najbardziej poszukiwanymi i cenionymi śpiewnikami są te pochodzące z wydania XXXIX (1987 r., 1990 r. 1994 r.), zawierające prawie 700 pozycji, niejednokrotnie w kilku wersjach melodycznych. Warto dodać, że jednym z redaktorów owego wydania był świątniczanin ks. Marian Michalec CM. Znalazły się tam dwie pieśni mające w Świątnikach Górnych własną melodię: kolędę Z nieba wysokiego oraz pieśń Witaj, święty Stanisławie. Poniżej prezentuje zapis nutowy oraz linię melodyczną obu pieśni.

siedlecki_Znieba

<<<< Kolęda – Z nieba wysokiego MP3>>>>

siedlecki_Stanislaw

<<<< Witaj święty Stanisławie MP3>>>>

W późniejszych wydaniach Śpiewnika zniknęły alternatywne, świątnickie melodie do tych pieśni. A przecież nie są to jedyne świątnickie aranżacje pieśni kościelnych. Może jednak warto pielęgnować te tradycje, zwłaszcza że nie mamy się czego wstydzić.
Na koniec chciałbym przypomnieć jeszcze jedną pieśń, choć akurat w jej przypadku odejście w zapomnienie nie powinno nikogo dziwić. Pieśń, która łączyła wtedy sacrum i profanum w głównej mierze dlatego, że takie pieśni ludzie mieli odwagę śpiewać tylko w kościele. Pieśń, podczas której każdy angażował wszystkie swoje siły, a kościół drżał od tego wspólnego, gromkiego głosu. W końcu pieśń, której wspomnienie bardzo mocno związane jest ks. proboszczem Stanisławem Koniecznym i pamiętnymi z lat 80. XX wieku Mszami za Ojczyznę. Mam na myśli pieśń Ojczyzno ma. Warto o takich pieśniach nadal pamiętać, chociaż lepiej by było, żeby ta pieśń nigdy nie stała się ponownie aktualna.

Ojczyzno ma (słowa i melodia ks. Karol Dąbrowski)

Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana,
Ach jak wielka dziś Twoja rana,
Jakże długo cierpienie Twe trwa!

Tyle razy pragnęłaś wolności,
Tyle razy gnębił Cię kat,
Ale zawsze czynił to obcy,
A dziś brata zabija brat!

Ojczyzno ma…

Biały orzeł znów skrępowany,
Krwawy łańcuch zwisa u szpon,
Ale wkrótce zostanie zerwany,
Bo wolności uderzy dzwon.

Ojczyzno ma…

O Królowo Polskiej Korony,
Wolność, pokój i miłość racz dać,
By ten naród boleśnie dręczony
Zawsze wiernie przy Tobie trwał!

O Matko ma, Tyś Królową polskiego narodu,
Tyś wolnością w czasie niewoli
I nadzieją, gdy w sercach jej brak!

(Kraków 1981 r.)

<<<< Ojczyzno ma MP3 >>>>

Przypisy:

1 M. Mikuła, Ludzie i wydarzenia w Świątnikach Górnych 1888-1955, Świątniki Górne 2015, s. 64.

2 Urlopnicek – osoba na urlopie w czasie odbywania służby wojskowej

3 Związek Świątnicki, nr 2/1911, s. 14-15.

4 Związek Świątnicki, marzec 1912, s.8.

5 O. Honorat, Sześć Dróg Krzyżowych, Gorzkie Żale i inne pieśni wielkopostne, Warszawa 1900, s. 11-40.

6 X. M. M. Mioduszewski CM, Śpiewnik kościelny czyli pieśni nabożne z melodyjami w Kościele Katolickim używane dla wygody kościołów parafialnych, Kraków 1838, s. 437